Bal

4 stycznia 2017

Opowiadanie Marty Maciejewskiej „Bal” zdobyło nagrodę główną w konkursie WOLNOŚĆ JEST…? m.in. za „transową wizję szkolnego balu przebierańców, która sprawia, że razem z bohaterką bardzo, bardzo chcemy być fajni, przypochlebić się pani, objeść ciastkami, do upadłego bawić w pociąg”.

Opowiadanie „Bal” doceniono też za to, „że szybko orientujemy się, jak silna, podszyta szaleństwem jest ta chęć bycia fajnym i lęk przed obciachem, jak krucha w gruncie rzeczy jest zdobyta w ten sposób pozycja. I za to, że na koniec rozumiemy, że podłość może się nie wydawać zbyt wysoką ceną za jej utrzymanie”.

 

BAL

Pierwszy poważny bal w moim życiu. Pani Lena przez cały tydzień przykazała nam wycinać kwiatki i gwiazdki. Znajduję się w gronie zaufanych dziewczynek. Jesteśmy najgrzeczniejsze w zerówce. Co najmniej dwa razy w tygodniu pani Lena przykleja nam na bluzkach wielkie kropki, czerwone jak raki. Okleiłam nimi cały zegar w stołowym pokoju.

Przy naszym stoliku zawsze siedzą: Kasia – jej mama jest pielęgniarką w tym samym szpitalu, gdzie leżała na żylaki babcia Esterka – Amelka – ona ma taką śliczną lalkę z fartuszkiem koronkowym, dała jej na imię Ela (tak zwyczajnie, jakby tylko w pokoju sprzątała i w telewizor wgapiona, zasiedziona na fotelu, trwała) – i Jadzia Jeżowska, która odpowiada na pytania tylko wtedy, gdy zwracasz się do niej imieniem i nazwiskiem. No i jeszcze Karina. Zawsze z nami siedzi. Nie potrafi utrzymać nożyczek. Piąstkami próbuje je chwycić, ale one wymykają się i wymykają. Oczywiście pomagałam jej parę razy, ale nic z tego. Siedzi i patrzy z otwartymi ustami. Jakby wiecznie się czemuś dziwiła albo jakby dopiero co spóźniła się na autobus szkolny. Jadzia Jeżowska owinęła ją marszczoną bibułą i mówi.

Że to magiczny płaszcz i że nie szkoda tych nożyczek bo jak taki magiczny płaszcz się nosi co rośnie tylko raz w roku i nie dla byle kogo to się takimi rzeczami małymi jak nożyczki nie ma co przejmować bo z tym płaszczem to można mieć kwiaty jakie tylko się chce i to nie sztuczne wycinane co to pachną papierem toaletowym ale świeże i tańczące.

Takie ogniki, wtedy jeszcze chłodne, niebieskie, Karina miała w oczach, jak płaszcz, jak Jadzia i jak kwiaty, co do niej mówiły.

Stanęłyśmy przed szkołą. Mama niepotrzebnie opatulała nas szalikami i przycinała brody zamkiem błyskawicznym, przycinała wszystkie lodowate wichury, przymilające się do każdego nieokrytego fragmentu ciała.

Mam pilnować Karinki wiem dlaczego żeby nikt jej nie zaczepiał bo wiem co się stanie i pytać się Karinki czy do toalety nie chce pilnować Karinki w toalecie pilnować toalety pilnować tego kto będzie zaczepiał pilnować pytania pytać o pilnowanie wiedzieć co się stanie zanim się stanie.

Tak, wiem, co się stanie. Mama pocałowała oba czoła, które miała pocałować, i potoczyła się do autobusu, bo musiała coś piec, szyć albo sprzedawać. Wzięłam Karinkę za rączkę i krokiem opasłych pingwinów popędziłyśmy nakrapianym jak jajko kuropatwy linoleum. Prosto na bal.

No tak wszystkie dzieci już są i na pewno się bawią świetnie a tu jeszcze trzeba śniegowce na kapcie zmienić bo inaczej nie wpuszczą. Nie ma mowy żeby pani Lena w śniegowcach wpuściła na jeszcze dobry dywan w miasto co są na nim apteki banki domy i szpitale a jeszcze od czasu do czasu komisariat się trafi więc jak w śniegowcach po nich chodzić po tych aptekach bankach i szpitalach a jeszcze od czasu do czasu po natrafionym komisariacie?

Daj Karinko jedną nóżkę ale podnieś ją przecież wiesz że sama nie zdejmę ci tego buta no dalej wcale cię nie boli wymyślasz jak zawsze idziemy bo się skończy i w ogóle nie zdążymy musimy iść na prawo tam jak zawsze nie ociągaj się na lewo nie bo tam druga grupa ma bal wiesz co to jest prawo daj rękę.

Nie mogłam uwierzyć własnemu szczęściu. Już za chwilę chwycę klamkę i będę, będę tam, w wymarzonej krainie. Uchyliłam lekko drzwi, duszące światło przygryzło źrenice. Pokaz slajdów zatrząsł moją głową. Ile tam barw! Tęcza, ugnieciona i pozostawiona do rośnięcia, pęczniała miękką powłoką – plemienne pióra (na pewno pobłogosławione przez rodzinnego szamana) i za nimi kraciaste koszule kowbojów. Rude, krnąbrne warkoczyki co chwilę zahaczały o lśniący łańcuch, zawieszony pod sklepieniem sali. Księżniczek było więcej niż koron, a miejsca mniej niż dzieci. Westchnienia, śmiechy i chichy, mlaskania i oślinione cmoki, grzmotne burczenia w brzuchach, za wysokie mysie piski, tłumione szepty i bulgoczące wrzaski – to wszystko owarzyło się gęstym serkiem na całej warstwie mojej małżowiny, by przy lekkim drgnięciu lawinowo opaść do mózgu. Pod tablicą zsunięte ławki, na ławkach talerze, a na talerzach ciastka! Prawdziwa ciastkoza! Wielka jak góra karpatka, brązowe precle jak wiklinowe koszyki, babeczki z granatowymi, nocnymi jagodami. Pieczone jabłka zamknięte w miodowej polewie jak ważki w bursztynie. Kamyczki cukierków porozsypywane wszędzie, nerwowa galareta sama jedna w kącie, trochę już niepełna. Odwagi dodają jej okrągłe mandarynki. Aż mnie coś zakłuło pod językiem! Zęby drżą niecierpliwe, chcą psuć się czekoladową masą, chcą wpuszczać do kanałów owocowe, lepkie jak upalny dzień syropy. Ramionami nerwów przyssać się do cukrowanych pomarańczy. Zdrętwiały język będzie błagał o litość, ale jej nie otrzyma. Będziemy jeść do zdarcia kubków smakowych, po brzegi przełyku, po nagłe niedobrze i niespodziewane zwrócenie!

Dzieci już bawią się w pociąg. Pani Lena jest maszynistą. Tak szybko przecina powietrze swoim ciałem! Fuzja rączek i nóżek tuż za nią. Nieprzewidziana stacja: Jaś potknął się o kowbojskie dzwony Maćka.

Co się stało o nie Karina dlaczego zawsze musi być coś to sobie sama teraz idź po ten głupi kapturek jest pewnie na ławeczce no czego się gapisz nie umiesz iść?

To tak naprawdę nie żaden kapturek, tylko czepek kąpielowy babci Esterki, który moja siostra nosi non stop w realnym życiu. Karina bardzo lubi bajkę o Czerwonym Kapturku. Sama nie potrafi, więc męczy każdego, żeby jej czytał. Samodzielnie tylko obrazki ogląda. Lubi te, jak Kapturek wychodzi ze swojego domku, jak macha koszyczkiem pełnym pyszności. Przepompowany on taki, jakby miał zaraz pęknąć od nadmiaru cukierków i ciasteczek. Karina podnosi wtedy linijki brwi i chwieje główką w prawo i w lewo jak nasz kanarek Cytrynka, odsłania gołe dziąsła, błyszczące sople lodu, i śmieje się pusto odbitym dźwiękiem. Dlatego w domu mama nazywa ją Kapturkiem i Karinka toczy się cała od tej książki wtedy, wtula mocno w pulchliznę brzucha mamy i całym nosem wdycha zapach obiadu i potu. Ja mam za sztywne ciało na to przytulanie, zbite na oślep. Całe mięso zbiera się w sobie, boi się, że odpadnie od kości i nikt go nie pozbiera. Mama pachnie jeszcze mydłem. Które jednocześnie mdli i przyciąga, pieni się i zostawia biały osad w porach skóry.

Karinka miała kapturek, to nie było problemu, jak ją przebrać. Mama uszykowała jej koszyk od święconki, przybrała kokardką czerwoną, naciągnęła rajty czerwone i jak się na Karinę długo patrzyło, to wszystko wydawało się czerwone. Ja mówiłam, że chcę być Alicją z Krainy Czarów. Przyniosłam mamie moją książkę i położyłam na kolana. Mamie się czoło zmarszczyło jak woda w kałuży i zapytała, czy może być pirat. Ale ja obiecałam dziewczynom, że będę Alicją; Kasia będzie pielęgniarką, Amelia jakąś tam księżniczką, byle z koroną, a Jadzia Jeżowska obiecała jeszcze się zastanowić, kim będzie. Ja obiecałam dziewczynom, jak wycinałyśmy gwiazdki i kwiatki. Obiecałam. Oczy wykręciły mi się do środka, wyschły, a potem zwilgotniały jak ciemna studnia. Kuzyn Rożek był piratem przez cztery lata, więc ja też mogę. Założę po nim spodnie i zakleję sobie oko, zakleję sobie dwoje oczu, całą głowę okleję czarną taśmą. Pirat. Może być pirat.

W parę minut później już na dobre wypełniło moje myśli i ciało wesołe „czu, czu, czu”. Jaś się wywalał, Amelii spadała korona, Irek ją deptał, Amelia deptała Irka, pani Lena próbowała sprawić, żeby nikt nikogo ani niczego nie deptał. Ładnie się bawiliśmy, „czu, czu, czu”, pociągiem dalej, od słonego morza po skaliste góry, dalej i dalej. Nikt nie pytał, dlaczego jestem piratem, chociaż obiecałam przy wycinaniu jakichś kwiatków i gwiazdek być Alicją. Nieważne, ważne było „czu, czu, czu” i piekące placki na naszych policzkach, ważne były spotniałe włoski, które jak szalone wymykały się zielonej gumce, korona upadła, Irek ją zdepnął, Amelia podeptała Irka, a Jadzia Jeżowska wciąż zastanawiała się, kim jest.

Przyszła Luiza, sąsiadka z góry. W zerówce jest w drugiej grupie. Nie pasowała mi do tej sali. Podejrzewałam, że chce zniszczyć wszystkie ciastka, kowbojskie koszule, wagony pociągu i nawet samą koronę Amelii, a mnie opaskę z oka ściągnąć. Przez szczelinę wlał się mulisty śmiech korytarza.

Gdzie jest Karina pilnować Karinki żeby nikt jej nie zaczepiał bo wiem co się stanie i pytać się Karinki czy do toalety nie chce pilnować Karinki w toalecie pilnować toalety pilnować tego kto będzie zaczepiał pilnować pytania pytać o pilnowanie wiedzieć co się stanie zanim się stanie.

Jakby twardą kredą po tablicy, jakby paznokciem po szybie, coś szatkuje mój mózg, ciepła zupa przelewa się od prawa do lewa. Luiza prowadzi mnie do swojej grupy.

Coś Karinka coś o niej wcześniej dobrze ale jakiś Maciek no i masz lepiej zabierz bo wcześniej dobrze ale lepiej zabierz.

Przykucnęła i wpatrywała się we mnie, usta rozchylone, jakby wiecznie zdziwione, jakby dopiero co nie zdążyła na autobus szkolny. Pocierała piegowate mięso policzka, mokre oczywiście. Rajty też i apteka, bank, komisariat nawet, cały obraz był pociemniały i wpatrywała się we mnie tym swoim dziwnym wzrokiem. Kłębiaste zwierzątko przechylało główkę.

Pilnować Karinki żeby nikt zaczepiał bo i pytać się pytać czy toalety pilnować toalety kto zaczepiał wiedzieć zanim stanie.

Dzieci krążyły wokół niej jak muchy nad kotletem.

Jakiś tam Maciek, co oczy miał takie jakby bez powiek, zapytał, czy ta sikaczka jest moją siostrą.

– Nie.

Odwróciłam się, ale nie oglądałam przez prawe ramię tego, co zostawiam za sobą. Usiadłam na ławeczce, założyłam moje nowiutkie śniegowce i ruszyłam do wyjścia po nakrapianym jak jajko kuropatwy linoleum, obok dyżurki Grubej Azji, mając w uszach syk dziecięcego parowozu.

MARTA MACIEJEWSKA

 

MARTA MACIEJEWSKA – absolwentka filologii polskiej na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza. Obecnie kontynuuje kierunek w ramach studiów magisterskich i specjalizacji krytyka i praktyka literacka. Od 2014 roku współpracuje z poznańskim portalem kulturapoznan.pl. W szczególności interesuje się polską prozą współczesną oraz szeroko pojętym rynkiem książki.

 

Zobacz także: Festiwal Fabuły: Konkurs WOLNOŚĆ JEST…? Rozstrzygnięcie!
Zobacz także: Opowiadanie Gizelli Bortel „A ty śpij, mój ptaszku...”
Zobacz także: Opowiadanie Izabeli Jułgi „Ciśnie mnie haluksa”
Zobacz także: Opowiadanie Joanny Lesiewicz „Stała” 
Zobacz także: Opowiadanie Joanny Witczak „Kiedy twoim jedynym followersem jest śmierć"

 

Literatura to eksperyment >>

Jarosław Mikołajewski: „liryk z Bożej łaski”* >>

Wokół „Wędrówki Nabu” Jarosława Mikołajewskiego >>