Poznań zły: „Ubiezpieczyciel”

8 września 2020

Bartłomiej Grubich

Fot. M. Kaczyński ©CK ZAMEK

„Po sześciu miesiącach miałem najwięcej sprzedanych ubezpieczeń w firmie. Okazało się to łatwe. Prawie zawsze proponowałem. Jeżeli ktoś wydawał się oburzony, szybko sprawę obracałem w żart”. Czekając na drugą książkę Bartłomieja Grubicha, przypominamy jego opowiadanie, które w 2014 roku wygrało konkurs „Poznań zły”.

Światła, błyski, hałasy i grzmoty. Basy, muzyka, głośna, chaotyczna. Kolejny pokal i jeszcze jeden, przerywam je kieliszkiem wódki. Drinków nie piję, drinki są dla ciot. Z taką kobietą u boku nie jestem ciotą. Zaczynam jeszcze jeden pokal, przerywam picie w trakcie, popijając kolejnym kieliszkiem wódki. Kolejny kieliszek wódki przerywam, łapiąc moją nową dziewczynę za rękę. Nie oponuje, uśmiecha się, idziemy do domu. Tam pijemy kolejne dwa kieliszki wódki, dwa na głowę. Palimy papierosy. Potem pieprzymy się. Na łóżku, kulturalnie, choć wydajemy dzikie dźwięki. Między jednym a drugim ruchem naszych miednic już wiem, jestem tego pewien, że jest ona piękna. Delikatna, dość blada skóra i demonicznie czarne oczy. Bardziej czarnych nie można mieć. Patrzę na jej piersi, uśmiecham się na widok tej delikatności. Najpiękniejsza. Nie wiem, o czym ona myśli, nie wiem, czy myśli o czymkolwiek, może nie ma czasu, może nie ma sił, bo na pewno jest jej dobrze. Mnie też jest dobrze. Znów palimy papierosy. Jest najlepiej. I już wiem, co się stanie.

Wychodzę wcześnie rano. Pobiegać. Biorę też kluczyki do samochodu. Zostawiłem kartkę, żeby zapisała swój numer. Kartka jak list. Każdy list zawsze przypieczętowuje samotność. Już w nocy wiedziałem i nie zmieniam planów. Po nocy z najpiękniejszą kobietą, jaką mogę sobie wyobrazić, wiem, że do niej nie zadzwonię. Bo mogę nie zadzwonić. Bo w następny weekend znajdę sobie inną, lepszą.

Pieniądze nie dają szczęścia i nic nie gwarantują. To nie jest tak, że kupuję innych za pieniądze. Po części. Niektórych. Być może. Pieniądze dają jednak pewność siebie, że mogę, potrafię, osiągam. Dwa lata wcześniej…

Dwa lata wcześniej. Wstaję, myję zęby, myję się. Zjadam śniadanie. Wychodzę z domu, czasami biorę śmieci, zawsze zakluczam drzwi, bo zawsze jestem sam. Nie mogę sobie pozwolić, żeby nie zamknąć drzwi. Jadę tramwajem, wysiadam. Centrum, okolice Półwiejskiej, poznański Manhattan. Tylko że na ten prawdziwy Manhattan dojeżdża się metrem. I wszyscy szybko chodzą, bo mają za to duże pieniądze. Tak przynajmniej jest w filmach, gdzie za szklanymi szybami chodzą szybko ludzie, między biurkami, na których stoją komputery, telefony, drukarki i stosy papierów, czuć zapach kawy i pieniędzy. U mnie w biurze czuć tylko kawę. Używam karty, wpikuję się, żeby szef wiedział, że już jestem i nie jestem spóźniony. Nigdy się nie spóźniam, ale nigdy nie jestem wcześniej niż trzy minuty przed początkiem pracy. Siadam do biurka. Włączam komputer, podnoszę słuchawkę telefonu. W międzyczasie wyrabiam wszelkie konieczne zasady dobrego wychowania. Witam się z kim trzeba, a też z tym, z kim nie trzeba, ale tak przy okazji witam się też. Nawet z tymi, których nie lubię, choć inaczej niż z tymi, których lubię. Nie wiem, czy jedni lub drudzy czują różnicę.

Klikam i system wyszukuje mi potencjalnego jeszcze klienta. Widzę dane, numer telefonu, adres, nazwisko i imię oraz uwagi, czy na przykład ktoś do niego już dzwonił, czy też nie.

― Dzień dobry! Czy mogę zająć chwilę? Tak? To dziękuję. Mogę panu zaproponować świetną ofertę ubezpieczenia. Nie szkodzi, bo jestem przekonany, że to lepsza oferta. Otóż…

I tak co dzień, do znudzenia, przez osiem godzin. Rzeczywistość call center i wiszenie na słuchawce. Bolące szczególnie, kiedy nie idzie. I rozmowy z szefem, panem pod pięćdziesiątkę, który niby zachęca, a jednak grozi. I żyjąc na Manhattanie, w filmach tak pokazują, wpadasz potem na drinka do baru, wyrywasz najlepszą laskę i jest pięknie. Tutaj mogę co najwyżej pójść do Biedronki, wrócić do pustego domu i oglądać telewizję, bo na nic więcej nie mam sił.

― Dzień dobry! Czy mogę zająć chwilę? Tak? To dziękuję. Mogę panu zaproponować świetną ofertę ubezpieczenia. Nie szkodzi, bo jestem przekonany, że to lepsza oferta ― zacząłem jak zawsze i chciałem mówić jak zawsze, jak automat stworzony do opowiadania o ubezpieczeniach, lecz jakiś impuls i powiedziałem inaczej. Przedstawiłem ofertę, nie zachęciłem przesadnie, czułem w jego czterdziestoletnim głosie rezygnację. Dodałem coś, że takie ubezpieczenie to zażegnanie problemów i sporo gotówki. Coś powiedział, że problemy są gdzie indziej. Odpowiedziałem, że go rozumiem i wiem, jak jest, więc może coś poradzę. Odpowiedział, że wątpi. Powiedziałem, że może wraz z ubezpieczeniem jego żona zniknie. Nie wiedziałem, że ma żonę, ale z dużą dozą prawdopodobieństwa można było tak założyć. I od słowa do słowa…

Po sześciu miesiącach miałem najwięcej sprzedanych ubezpieczeń w firmie. Okazało się to łatwe. Prawie zawsze proponowałem. Jeżeli ktoś wydawał się oburzony, szybko sprawę obracałem w żart. Zostawałem wtedy z nudną rozmową, z której nic nie wynikało, a już na pewno nie nowy klient firmy ubezpieczeniowej. Jeżeli ktoś wydawał się zainteresowany, mówiłem możliwie ogólnie o znikaniu, wypadkach. Jeżeli ktoś dawał do zrozumienia, że jego żona lub mąż, narzeczona lub narzeczony, dziewczyna lub chłopak są jednoznacznym powodem nieszczęść ― dość jednoznacznie mówiłem o pakiecie „ubezpieczenie plus śmierć tej osoby”. Najłatwiej było, kiedy dzwoniłem do mieszkańców poznańskich Rataj. Wszak mieszkałem tam. Codziennie smutne twarze emerytów lub naiwnych trzydziestoletnich „przed chwilą studentów”. Obojętnie, czy spotykałem ich w aptece, gdzie nie bywałem prawie nigdy, czy też w sklepie mięsnym, gdzie bywałem czasami. Zawsze to samo, wykastrowane z emocji spojrzenia szwędające się wokół blokowisk. Znałem to. Blokowiska, wielka płyta. To tam moje ubezpieczenia sprzedawały się najlepiej. Choć tylko w pakiecie. To właśnie tam, na trzydziestu smutnych metrach kwadratowych, może mieszkać czterdziestoletnia kobieta, mieszkać z facetem, z którym ma już tak niewiele wspólnego. Oprócz wspólnego spłacania, przez trzydzieści lat, kredytu. Takich osób, kobiet, mężczyzn zamkniętych w blokowych czterech ścianach jest wielu. Między ścianami tak cienkimi, że żyje się problemami nie tylko swoimi, ale też sąsiadów.

Było więc łatwo, co nie znaczy, że nie było to pracochłonne. To prawie drugi etat. Kiedy dogadywaliśmy szczegóły i już klient był przekonany, dowiadywałem się, czego mogłem, o partnerze czy partnerce. Gdzie pracuje, gdzie jada, co jada, kiedy wychodzi, a kiedy wraca, z kim się spotyka, z kim się pieprzy, kogo kocha, kogo nienawidzi, jakie ma pasje i czy wychodzi z psem na spacer. I po mojej pracy, normalnej pracy przy telefonie, szedłem wcielać pakiet ubezpieczeniowy w życie. Nigdy w ten sam dzień co sprzedaż, raczej miesiąc czy dwa później, żeby nikt nie podejrzewał. Zresztą to nie musiało być ubezpieczenie na życie. Również ubezpieczenie na samochód, mieszkanie, nowy laptop. I do tego czyjaś śmierć. Czasem w czystych rękawiczkach, czasem brudna i krwawa. Dodatkowe względy bezpieczeństwa z mojej strony były niepotrzebne, wszak byłem naprawdę w tym dobry. I się nie myliłem.

Czasami ludzie rezygnowali w trakcie, co było OK ― ubezpieczenie sprzedane, statystyki do góry, a pracy dla mnie mniej. Gorzej, kiedy nie tyle rozmyślali się, co mieli do mnie żal po fakcie. Odczuwali pustkę, zaczynali rozumieć, że osoba, która każdego dnia wkurwiała ich, dawała też jakąś wartość. I ta wartość okazywała się większa niż wszystkie pozostałe minusy. I wtedy było już za późno, mogli pójść na policję, wkopując się, bo to oni dawali zlecenie. I chyba się mnie bali, bali tego, że z taką łatwością mi to przychodziło. Nawet nie dla pieniędzy, przynajmniej niebezpośrednio dla moich pieniędzy. Raczej, żeby mieć dobre statystyki w firmie, w firmie, w której wcześniej, od czterech lat raz w roku, a może i nawet raz na kwartał, ważyły się moje losy i chcieli mnie wyrzucić. A tymczasem po połowie roku miałem najlepsze wyniki, po dziewięciu miesiącach zacząłem prowadzić szkolenia dla współpracowników. Oczywiście nic im nie mówiłem o mojej prawdziwej metodzie. Jak każdy coach i prowadzący takie szkolenie ― gadałem bzdury, slogany, że każdy, jeżeli chce, może być świetnym sprzedawcą. Między wierszami zajeżdżałem wątkami jak z Coelho. Improwizowałem, oczywiście młodzi, gniewni sprzedawcy byli we mnie zapatrzeni, a starzy ― wkurwieni spoglądali z zazdrością i zawiścią, myśląc, jakie premie dostaję.

Po półtora roku zostałem szefem działu, zajmując miejsce już mojego byłego szefa, który jeszcze bardziej niż wcześniej był w wieku pod pięćdziesiątkę. I był bezrobotny.

Ja natomiast zarabiałem już całkiem sporo. I dzięki awansowi mogłem robić to małym kosztem, bo byłem już zmęczony tym, co było wcześniej. Zmęczony ofiarami, krwią, śmiercią. Obojętnie, czy wbijałem ostrze w tętnicę, czy też dorzucałem truciznę do kanapki. Zawsze ktoś odchodził i zawsze była śmierć. A poza tym po pracy była to jakby druga praca. I to mnie męczyło, bo na nic innego nie miałem czasu. Adrenalina i satysfakcja uciekły już jakiś czas temu. Tak łatwo, tak łatwo się znudzić, tak łatwo stać się znów człowiekiem bez właściwości.

Wiedziałem, że nie nadaję się na szefa, ale na sławie swoich wyników pociągnę jeszcze dwa, trzy lata, może dłużej. Pozostaną solidne pieniądze i solidny wpis w CV. A krew ofiar do tego czasu zaschnie, archiwum rozmów telefonicznych zostanie już wykasowane. Zresztą, kto by miał je odsłuchiwać, zadowolony z wyników pracodawca czy też zadowoleni z realizacji usługi klienci?

I jakoś było, jakoś leciało, większa pewność siebie, więcej czasu, więcej pieniędzy, więcej znajomych tych szczerych i tych fałszywych. I kobiety przewijające się. Dosłownie. I współpracownicy, a raczej rzekłbym ― moi podwładni, byli koledzy, teraz trochę zazdrośni, choć niektórzy szczerze zadowoleni z mojego sukcesu. I chyba nie wiedzieli, jak do tego doszedłem, nie zdawali sobie z tego sprawy, choć może jednak. Nikt jednak nic mi nie powiedział. Nie w twarz, nie bezpośrednio. Nie zapytał, nie zasugerował. Nic nie wskazywało, żeby wiedzieli, choć jednak tak głęboko w sobie zakładałem, że może ktoś z nich, przynajmniej jeden z nich rozwiązał zagadkę. I wcielił to, co robiłem, także w swoje życie. Być może lepiej, bardziej perfekcyjnie, bardziej niezauważalnie, bezszelestnie, cicho i czysto, razem z ubezpieczeniem sprzedaje śmierć. Rozrywając pary, które wcześniej przed ołtarzem lub choćby tylko przed sobą, przyrzekały, że będą razem. Wiecznie.

Minął kolejny rok. Może dogorywam jako szef, a może moja pozycja jest niezagrożona. Sam nie jestem pewien, robię swoje, małym nakładem sił i czekam. W ciągu ostatniego roku wypiłem dużo alkoholu, rozbiłem wiele szklanek, byłem w wielu miejscach, o wielu usłyszałem, poznałem wiele osób, a wiele z tych wielu osób to były kobiety. Znów się znudziłem, zmęczyłem życiem na całego w miejskim stylu z pieniędzmi w portfelu. I może stąd, a może przez przypadek, co niektórzy nazywają przeznaczeniem, pojawiły się emocje, jakich dawno nie było. Emocje na widok jej twarzy, na dźwięk jej słów, na zapach jej ciała. Kobieta, której nie chciałem pożegnać. Do której nie chciałem też wracać, bo chciałem ją mieć przy sobie cały czas. I już jakiś czas mam. Szczęście. Ożeniłem się z nią dwa miesiące temu, poszło błyskawicznie.

Wracam z pracy. Nic szczególnego, nic, o czym warto rozmawiać. Siadamy do stołu, obiad, jakiś obiad, nie pamiętam nawet co. Rozmawiamy. O tym, o czym pisali w internecie, że lewica się oburza, a prawica broni. Bełkot. Z obydwu stron, nas to jednak bawi, z poczuciem bycia ponad to. Śmiejemy się, choć między wierszami poruszamy sprawy ważne. Bzdury mieszamy ze sprawami ważnymi, chyba o to chodzi w życiu. Grunt to znaleźć proporcje.

Potem chwilę odpoczywamy w swoich pokojach. Siedzę z laptopem na kolanach, przeglądam newsy, a ona czyta książkę. Idę pobiegać. Godzina, dziesięć kilometrów, dwa kółka nad Maltą, bo tu mam blisko, bo mieszkanie na Milczańskiej, w nowych blokach, choć za oknami buduje się kolejny supermarket. Dopóki nie powstanie, chcę tu zostać. Bo ona chce też. Choć już na budowę wszedł ciężki sprzęt. Jak pod oknem będzie przejeżdżało pięć samochodów co pięć sekund, pomyślę o przeprowadzce jeszcze bardziej, namówię ją. I jestem szczęśliwy, bo wiem, że wtedy ona się zgodzi. Póki co biegam nad Maltą, korzystam.

Po godzinie biegania zdążyłem się spocić, choć jeszcze nie jestem spocony jak świnia. Wracam i wchodzę do bloku. Przy okazji biorę listy ze skrzynki, kładę na biurku i szybko idę pod prysznic.

Umyty, jem coś. Jest już późno, nie powinienem jeść późno, tak mówił mi kolega w pracy. Pieprzyć kolegę z pracy, skoro jestem głodny, to jem. Chwilę rozmawiamy, choć ona skarży się, że jutro musi wcześnie wstać. Dlatego się już położy. Mówię, że to dobry pomysł. I ja przyjdę niedługo też, choć na zegarku dopiero 22:42. I błogi spokój, nie słychać, że za oknem i za dziesięć godzin znów będzie gwar i hałas maszyn. „Dobranoc” ― mówi. Odpowiadam. Pocałunek, całuję. Odpowiada pocałunkiem.

Siadam do biurka, włączam laptopa, nie wiem dokładnie po co. Pogapię się, poczytam, może odpiszę na jakiegoś dawnego zagubionego maila. Komputer się włącza, w międzyczasie sięgam po listy. Rachunki, bzdury, reklamy. I jedna koperta z logo, które znam. Moja firma. I adresatem moja żona i ja. Otwieram. Przeglądam, niby czytam, ale nie muszę czytać, bo znam to doskonale. Umowa na ubezpieczenie mieszkania. Mówiła kiedyś, że trzeba je wziąć, ja mówiłem, że to bez sensu, skoro niedługo chcemy je sprzedać i znaleźć sobie inne i lepsze. Może nawet dom. I teraz mam kopertę i umowę podpisaną przez kolegę z pracy. Podwładnego.

Nie rozumiem, czemu to zrobiła, mogła poczekać, pogadać, potwierdzić lub wyrzucić ten pomysł z głowy. Nie chodzi o pieniądze, sam nie wiem, o co chodzi. Nie chciałem mieć koperty z tym logo i z moim i z jej nazwiskiem u siebie w domu. Nie mam głowy na odpisywanie na maile. Czekam, patrzę na ekran. Nie wiem, co zrobić. Chciałbym pójść spać, obok niej, zasnąć i jutro się obudzić jakby nigdy nic. Jednak ten list. Jak wyrok śmierci. Każdy list zawsze przypieczętowuje samotność. Godzina, dwie. Czas mija. Wiem, że ona śpi.

Śpi za ścianą, ale jakbym wyczuwał to drżenie, oddech we śnie. Przebieram się. Idę do łóżka. Chcę wejść, ale boję się. Ciemność. Boję się, że ktoś mnie obserwuje. I ktoś na pewno wie, że zabijałem, że tak doszedłem do tego, co mam. Kolega z pracy, który podpisał umowę, to cwany typ. Po nim bym się spodziewał. Nie położę się tylko po to, żeby nie wstać. Ubezpieczenie, więc muszę umrzeć. Przynajmniej ktoś z nas. Ja. Albo ona.

Wychodzę z pokoju. Idę na korytarz. Sięgam do szafki. Cicho. Bezszelestnie, jak za starych, dobrych czasów. Skrzynia z narzędziami. Młotek. Z ostrym obuchem. W dłoni. Stoję nad łóżkiem. Wiem, że zasługuje na coś lepszego, ale boję się. Ona lub ja, to ona zaczęła, to ona wydała na mnie wyrok. Ten list nie mógł być przypadkiem. Przykro mi. Smutno mi. Żałuję, że nie możemy porozmawiać, wyjaśnić. Żałuję, że jej zaufałem, choć cienka jest linia między miłością a nienawiścią. Już wiem, że to zrobię. Nie uda się, żeby było czysto i bez bólu. Będzie krew. Zastanawiam się, czy po wszystkim nie pójść jednak spać do drugiego pokoju…

BARTŁOMIEJ GRUBICH

 

Opowiadanie zajęło I miejsce w konkursie „Poznań zły”, który był zorganizowany w ramach Festiwalu Fabuły w 2014 roku. Nadesłane na konkurs teksty oceniało jury w składzie: Joanna Jodełka, Eliza Szybowicz, Piotr Bojarski.

 

 

BARTŁOMIEJ GRUBICH ― autor powieści „Biegacz” (2019, wydawnictwo Vesper) nominowanej do Bydgoskiej Literackiej Nagrody „Strzała Łuczniczki". Wielokrotnie wyróżniany za swoje opowiadania, trzykrotnie w ramach Międzynarodowego Festiwalu Kryminału (2015, 2016, 2018), jak i w ramach konkursów „Poznań zły” (2014), „Poznań Fantastyczny” (2014) oraz „Literacki Konkurs Tematyczny” (2016, 2018). Autor kilkunastu artykułów w czasopismach „Nowy Obywatel” oraz „Take Me”. Z wykształcenia filozof i socjolog. Miły człowiek. Biega. Nie pali. Czasami pije. Żyje możliwie dużo. W miarę możliwości.

Nowa książka Bartłomieja Grubicha ukaże się w pierwszej połowie 2021 roku, również nakładem wydawnictwa Vesper. Będzie to powieść o pewnym mrocznym, deszczowym mieście. Mieście w którym unoszą się opary absurdu, sen droczy się z jawą, ktoś się gubi, ktoś kogoś szuka, a krok w krok za bohaterami podąża... Będzie dramat i groteska, kryminał i romans, będzie szczypta grozy.

Mroczna fanaberia. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk >>

Zwierzę, czyli oskarżenie. „Tarsjusz” Wisławy Szymborskiej   >>

Oran – miasto zamknięte. „Dżuma” Alberta Camusa >>