Bogumiła Kaniewska: W książkach szukam drugiego człowieka

10 listopada 2020

Bogumiła Kaniewska: W książkach szukam drugiego człowieka

Rektorka UAM prof. Bogumiła Kaniewska. Fot. Adrian Wykrota

Kto właściwie napędza ten świat? Czy ci, którzy się z nim godzą, czy może te chodzące histeryczki, którym jest zawsze za mało? Odpowiedź jest niejednoznaczna. Albo raczej jednoznaczna, ale niekoniecznie taka, jaką chcielibyśmy usłyszeć. Z prof. Bogumiłą Kaniewską, rektorką Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, krytyczką i historyczką literatury oraz byłą członkinią kapituły Poznańskiej Nagrody Literackiej, rozmawia Anna Solak.

 Co w tej chwili czyta pani prywatnie, nie jako jurorka konkursów literackich czy krytyczka literatury?

Jak wielu pożeraczy książek czytam kilka rzeczy jednocześnie, w zależności od tego, na co akurat mam ochotę. Kiedy jestem bardzo, bardzo zmęczona i nie pracuje mi już głowa, są to kryminały.

Dopiero co przeczytałam ostatniego Wojciecha Chmielarza i „Czarnego wdowca” Jacka Ostrowskiego. Czyli mecenas Zuza Lewandowska z jej mało konwencjonalnym sposobem bycia i kryminał PRL-owski z odniesieniami do czasów trudniejszych, które w końcu bardzo dobrze pamiętam. Czytam je stricte rozrywkowo, natomiast jeśli chodzi o rzeczy innego rodzaju, bardzo chętnie sięgam po tak zwaną literaturę kobiecą. Czyli tę, która jest poświęcona problemom kobiet, pokazuje kobiety, bo ta literatura po prostu najzwyczajniej w świecie mnie dotyka, dotyczy i przejmuje.

Ostatnio, powiedziałabym jak na ironię, czytam „Kobiety z Vardø”. To książka, która opowiada o tym, w jaki sposób świat kobiecy był cały czas zagrożony przez świat oficjalny, męski, bo łatwo się kobiety oskarżało o czary. To oparta na faktach książka Kiran Millwood Hargrave dziejąca się w Skandynawii. Zresztą, jeśli chodzi o książki, bardzo lubię surowe, skandynawskie klimaty.

Natalia Przybysz nagrała jedną ze swoich piosenek, inspirując się tą książką, nosi ona właśnie tytuł „Vardø”.

Dla mnie ta książka też ma dodatkową wartość. Została przetłumaczona przez Jędrzeja Polaka, wybitnego poznańskiego tłumacza, który opuścił nas w kwietniu tego roku. To jedno z jego znakomitych tłumaczeń, pokazujące, że mężczyźni również potrafią widzieć świat kobiet bardzo przenikliwie. W końcu tłumacz w pewien sposób również jest autorem tekstu, nad którym pracuje.

Czy proza Margaret Atwood także stoi wysoko na pani osobistej liście?

Oczywiście, to również dobra literatura, bardzo potrzebna. Trochę inaczej traktuje świat kobiet niż Millwood Hargrave, bo pokazuje jednak pewną utopię – myślę oczywiście o „Opowieści podręcznej”. Problem zaczyna się wtedy, kiedy ta utopia staje się nam niebezpiecznie bliska. Obawiam się, że od wczoraj jesteśmy właśnie w takim momencie [rozmawiamy 23 października 2020 roku, dzień po decyzji Trybunału Konstytucyjnego zaostrzającej prawo aborcyjne w Polsce – przyp. red.]. Atwood od dawna pokazywała problemy związane z tożsamością kobiet, z ich miejscem w życiu społecznym, ich samoświadomością. Fakt, że ta wizja spełnia się tak dramatycznie, jest dla mnie przerażający i chyba właśnie dlatego wolę „Kobiety z Vardø”.

Skoro już jesteśmy przy rzeczywistości – czy w literaturze faktu ma pani swoje ulubione tytuły albo autorów?

Niezwykle cenię literaturę faktu, choć zmyślenie jednak pociąga mnie bardziej. Ta możliwość pójścia za fabułą, nieoczekiwane, zaskakujące rozwiązania są dla mnie ciekawsze, fikcja po prostu bardziej wciąga. Z literatury faktu przeczytałam ostatnio nieco już starszą książkę – „Cały ten Kutz” Aleksandry Klich, bo jeśli chodzi o tę odmianę piśmiennictwa, zdecydowanie preferuję biografie. Z jednej strony, dlatego że przedstawiają życie człowieka w warstwie społecznej, z drugiej – ze względu za to, że pokazują też egzystencjalne konsekwencje wybranej drogi.

W książkach zawsze szukam drugiego człowieka, tego, co mnie przejmuje, dotyczy, co jest jakimś spotkaniem. Jeszcze nie kupiłam, ale zaraz będę zamawiać książkę o Janis Joplin. Generalnie najchętniej czytam biografie artystów, zaczęło się to od książki Pierre’a Sichela poświęconej Amedeowi Modiglianiemu. Modi zafascynował mnie jeszcze w liceum i fascynuje do dziś do tego stopnia, że przejechałam się do Londynu na jego wystawę.

Tak dziś popularne biografie polityków czyta pani równie często? To przede wszystkim wysoko sprzedażowa literatura, ale w końcu ona też pokazuje drugiego człowieka.

Leżą. Leży i Donald Tusk, i Danuta Wałęsa. Czekają i pewnie jeszcze długo się nie doczekają, mimo całego szacunku dla tego rodzaju działalności. Polityce samej w sobie owszem, przyglądam się – ale to nie dlatego, że mnie jakoś specjalnie interesuje, a dlatego, że mnie nadzwyczajnie irytuje od pewnego czasu. I może właśnie dlatego dziękuję za biografie polityków.

Nawet „Dżej, Dżej” z naszego poznańskiego podwórka, biografia Jacka Jaśkowiaka?

Wolę sobie z prezydentem Jaśkowiakiem porozmawiać normalnie, twarzą w twarz. Choć fragmenty oczywiście czytałam, znam tę historię. Powinna mnie pani teraz zapytać o to, czego jeszcze w ogóle nie czytam.

A zatem?

Biografii sportowców. Na przykład Roberta Lewandowskiego, mimo że uważam, że wykonuje ogromną robotę promocyjną dla Polski, bo nawet w Chinach można teraz kupić koszulki z jego nazwiskiem. Niespecjalnie mnie to porusza. Nie lubię też literatury science fiction.

Nawet klasyki?

Nawet. Mimo całego mojego podziwu dla Lema i jego sposobu myślenia nigdy w życiu nie sięgnęłabym po taką książkę, żeby po prostu poczytać. Zawodowo tak, ale nie dla przyjemności.

A jeśli ktoś z przyjaciół polecałby coś z tej półki?

A to już inna sprawa. Ja się do książek przekonuję w taki sposób, że je przeglądam, podczytuję. I kiedy zaciekawi mnie jeden fragment, drugi, to potem rzeczywiście jest szansa. Raz nawet przez jedną książkę polityczną spaliłam kuchnię. Wiele lat temu kupiłam swojemu tacie na imieniny książkę Tadeusza Isakowicza-Zaleskiego i chciałam ją tylko przejrzeć przed prezentowym zapakowaniem… I tak ją sobie przeglądałam, aż spaliłam kuchnię. Tak więc zdarza się, nie jestem fundamentalistką.

Czyli olśnienia literackie zdarzają się pani nadal. A język, jakim posługuje się autor, potrafi jeszcze panią zaskoczyć, być czymś świeżym i odkrywczym, czy to już raczej tylko wyłapywanie inspiracji?

Trudne pytanie.

Pytam dlatego, że sama ostatnie takie olśnienie miałam w przypadku prozy Macieja Płazy, a domyślam się, że dla kogoś tak bardzo zanurzonego w literaturze i języku jak pani o te momenty jest jeszcze trudniej.

Tak, one zdecydowanie są możliwe. Czasem dotyczą utworów poetyckich, które czytam raczej fragmentarycznie, czyli pojedynczymi tekstami. Ostatnim takim olśnieniem językowym była dla mnie Krystyna Miłobędzka, którą odkryłam na nowo przy okazji Poznańskiej Nagrody Literackiej – jej język po prostu mi się odświeżył.

Na pewno ma to również związek z momentem, w jakim sami jesteśmy. Co innego nas zachwyca, kiedy mamy lat 18 czy 8, a co innego, kiedy mamy lat 80. Olśnieniem absolutnym i nieustającym był i jest dla mnie Wiesław Myśliwski, zwłaszcza we wcześniejszych powieściach. Jego użycie języka jest dla mnie fenomenalne. Mogę go czytać na okrągło i ilekroć czytam, tyle razy wydaje mi się, że jeszcze tego nie czytałam, że odkrywam te książki po raz pierwszy.

Mam podobnie z „Traktatem o łuskaniu fasoli”, ale nie wiem, czy każdy kolejny zachwyt wynika z wcześniejszego zapomnienia, czy z późniejszej dojrzałości.

Kiedyś ktoś wygłosił taką tezę, że istnieją książki dla ludzi po czterdziestce. Jedną z nich zostały obwołane „Noce i dnie” Marii Dąbrowskiej. Książka, która funkcjonuje w zupełnie innym obiegu interpretacyjnym, a dla mnie zawsze będzie książką o Barbarze Niechcicowej – to znakomity psychologiczny wizerunek kobiety, która nigdy nie jest zadowolona, szczęśliwa, bo zawsze chce czegoś więcej, zawsze jej źle. To bardzo sugestywny portret, udał się Dąbrowskiej znakomicie. A jednocześnie, w kontraście z piękną postacią Bogumiła Niechcica, człowieka akceptującego stan rzeczy, pojawia się pytanie: kto właściwie napędza ten świat? Czy ci, którzy się z nim godzą, czy może te chodzące histeryczki, którym jest zawsze za mało? No i odpowiedź jest niejednoznaczna. Albo raczej jednoznaczna, ale niekoniecznie taka, jaką chcielibyśmy usłyszeć.

Ma pani ukochane książki dzieciństwa?

Moją absolutnie ukochaną książką z dzieciństwa są „Dzieci z Bullerbyn” Astrid Lindgren i nigdy już chyba zdania nie zmienię. Oczywiście lubiłam jeszcze wiele innych, na przykład „Plastusiowy pamiętnik” Marii Kownackiej albo niefikcjonalną książkę o zwierzętach „To i owo” – nawet nie pamiętam już dziś, kto był jej autorem, ale „Dzieci z Bullerbyn” to książka, do której zawsze będę wracać. Czytałam ją także moim dzieciom, bawi mnie do dzisiaj. Fragment, który nazywam „kawałek kiełbasy dobrze obsuszonej”, to dla mnie po prostu szczyt literackiego komizmu. Jest tam wiele fantastycznych rzeczy, ale myślę, że najbardziej uwodzi mnie tamten świat.

Sielankowy.

Sielankowy, tak, mimo że tam wojna już brzmi gdzieś w zapowiedziach, na horyzoncie idylli. Ten świat jest biedny, ale cudowny i wspaniały, pełen zabawy i przyjaźni. To bez wątpienia moja książka numer jeden.

Zgadzam się z tą opinią, choć u mnie „Dzieci z Bullerbyn” były zaczytywane na równi z książkami Edmunda Niziurskiego, w których łobuzy broiły na potęgę i działo się sporo niewychowawczych rzeczy.

À propos niewychowawczych rzeczy… Nie powinnam się do tego przyznawać, ale „Dzieci z Bullerbyn” to książka, którą zakosiłam z biblioteki szkolnej w drugiej klasie i nigdy już jej nie oddałam, tak bardzo chciałam ją mieć. Do końca życia będę miała wyrzuty sumienia z tego powodu.

Może jeszcze da się ją zwrócić?

Niestety, ta szkoła już nie istnieje, już jej nie ma. Mam nadzieję, że Pan Bóg od książek mi wybaczy to dziecięce przestępstwo.

I panie bibliotekarki, które być może będą czytać naszą rozmowę też.

Mam nadzieję. Nigdy więcej nie powtórzyłam tego błędu, ale to była książka, z którą po prostu nie potrafiłam się rozstać, a czasy były takie, że nie dało się jej kupić w księgarni czy na Allegro. Musiała ze mną zostać po prostu, taka pierwsza miłość silniejsza niż wszystko. A jeśli już mówimy o książkach chłopackich, to Niziurski owszem, ale wolałam „Tomków” Szklarskiego i książkę Eugeniusza Paukszty, która jest dzisiaj słabo pamiętana – „Złote korony księcia Dardanów”. To rzecz na poły detektywistyczna, dziejąca się w Turcji. Jako dziecko czytałam zresztą tonami wszystko.

To zasługa rodziców czy naturalna potrzeba?

Pewności nie mam, bo pamięć dzieciństwa jest lekko zamazana, ale rodzice opowiadali nam bajki, tata nawet własnego autorstwa, które pamiętam do dzisiaj. Nie przypominam sobie natomiast głośnego czytania książek, może dlatego że szybko nauczyłam się czytać. Wszystko przez starszą siostrę, która poszła do szkoły. Jako czterolatka bardzo potrzebowałam jej towarzystwa, więc kiedy odrabiała lekcje, wspinałam się na oparcie krzesła i odrabiałam je razem z nią. Czytam od początku sama. Nigdy, nawet jako dziecko, nie czytałam na głos.

A dziś, kiedy pani czyta, otoczenie musi być w jakiś sposób sterylne? Cisza, zero ludzi dookoła, uporządkowana przestrzeń? Czy raczej może pani to robić na środku zatłoczonego placu czy w tramwaju w godzinach szczytu?

Zawsze sobie obiecuję, że stworzę jakiś rytuał czytelniczy – zaparzę herbatę, przyniosę miły koc, nastawię jakąś muzykę… Kończy się na tym, że po prostu łapię za książkę lub czytnik i czytam.

Na stojąco.

Na stojąco lub na leżąco. Bardzo chętnie czytam w podróży, na plaży, wszędzie. Nauczyłam się już nie podczytywać podczas spotkań towarzyskich, bo to niegrzeczne, ale zdarzało się nieraz. Dziś na wszelki wypadek już nie otwieram książek w domu znajomych.

Zapisuje pani coś na marginesie, zakłada książkę tym, co akurat jest pod ręką, zagina rogi?

Nie robię tego, chyba że w chwili desperacji. Zazwyczaj zaznaczam ważne miejsce samoprzylepnymi karteczkami, a jeśli już coś zakreślam, to tylko ołówkiem.

To zasady wpojone jeszcze w dzieciństwie?

Zgadza się – szacunek do książki. Książka to jednak od zawsze bardzo cenny dla mnie przedmiot.

Skoro są cenne, to czy pożycza je pani komukolwiek?

Bardzo chętnie puszczam dalej w świat te, które już przeczytałam i niespecjalnie mi na nich zależy, ale pożyczam bardzo niechętnie. Mam taki odruch nerwicowy, że jak już coś pożyczę, to natychmiast kupuję sobie drugi egzemplarz na wszelki wypadek. Niestety nie zapisuję nigdy, co komu pożyczam, więc zdarzyło mi się stracić już kilka książek.

To kupowanie dubletów nie służy za bardzo redukcji kolekcji.

W ogóle nie służy redukcji kolekcji.

Jak pani sobie radzi z nadmiarem? Czytnik, audiobooki?

Czytnik tak, audiobooki – nie. To pewnie jakiś rodzaj dysfunkcji, ale muszę książki czytać, a nie ich słuchać. Chociaż kiedy czasem zdarza mi się usłyszeć jakiś fragment, to mnie zaciekawia, ale nie w taki sposób, że kupuję sobie audiobooka, tylko w taki, że kupuję książkę. Nie chcę mieć pomiędzy sobą a książką dodatkowego pośrednika, który mi pewne rzeczy narzuca. Czasem genialnie są te książki czytane, ale wolę własny, pierwotny odbiór. Chociaż jestem otwarta i pewnie, gdy przyjdzie odpowiedni impuls, spróbuję posłuchać. Kiedyś tak samo broniłam się przed e-bookami, a teraz jest to dla mnie drugi, alternatywny sposób czytania. Książek to jednak nie wyrzuciło i problemu ich przechowywania nie rozwiązało. Prawda jest więc taka, że kiedy się przeprowadzam, zostawiam za sobą potężny zbiór książek, który bardzo szybko odbudowuję.

Automatycznie nasuwa mi się teraz pytanie o adaptacje filmowe. Czuje pani czasem zgrzyt, oglądając ulubioną książkę przefiltrowaną w ten sposób przez cudzą wrażliwość?

Mój ukochany Myśliwski był filmowany i zawsze był to dla mnie jakiś obcy film. Oczywiście zdarzają się świetne ekranizacje, które są dziełami sztuki same w sobie, ale nie dotyczy to książek dla mnie najważniejszych. Chociaż bywa, że nie mam takiego poczucia dyskomfortu, myślę tu choćby o wspomnianych wcześniej „Nocach i dniach”, zwłaszcza w wersji serialowej. Albo „Chłopach” Jana Rybkowskiego czy ekranizacji Iwaszkiewicza w wykonaniu Andrzeja Wajdy.

Czy są jakieś tytuły, które poleciłaby pani dziś nam wszystkim jako ukojenie, pocieszenie, oddech od trudnych czasów, w jakich przyszło nam żyć? Inaczej mówiąc – po co sięga pani w momencie, gdy życie po prostu staje się uciążliwe?

To bardzo zależy od momentu, nastroju… Bo jeśli potrzeba nam czegoś, żeby się zmobilizować, to egzystencjaliści, to Myśliwski, to „Dżuma”. Zresztą losy tej ostatniej lektury potoczyły się bardzo dziwnie, bo długi czas była czytana jako książka-alegoria o drugiej wojnie światowej, a teraz nagle się okazuje, że Camus pisał też o naszej codzienności. To jeden biegun. Drugi to próba ucieczki w zupełnie inną krainę niż ta, w której sami jesteśmy. Takim zapomnianym w Polsce baśniowym pisarzem jest Tadeusz Nowak, który pisał bardzo piękne książki. Inne przykłady tego nurtu to Maciej Płaza, Jakub Małecki, Olga Tokarczuk – zwłaszcza w tych krótszych książkach, a jak ktoś ma dużo czasu, to i w „Księgach Jakubowych” rzecz jasna. Trzecia droga to ucieczka w cudzą historię, czyli wracamy do biografii. To przecież ciekawe opowieści o tym, jak inni ludzie radzą sobie z przeciwnościami losu.

rozmawiała: ANNA SOLAK


BOGUMIŁA KANIEWSKA (1964) – badaczka prozy współczesnej, teoretyczka literatury, tłumaczka, profesorka na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Rektorka UAM od 1 września 2020 roku oraz Przewodnicząca Konferencji Rektorów Uniwersytetów Polskich. Kierowała jako dziekan Wydziałem Filologii Polskiej i Klasycznej, była wiceprzewodniczącą Komitetu Nauk o Literaturze PAN oraz prorektorką UAM ds. studenckich. Przełożyła m.in. „Alicję w Krainie Czarów” oraz „Po drugiej stronie lustra” L. Carolla. Autorka, współautorka i redaktorka kilkunastu książek. Tytuł profesora uzyskała na podstawie monografii „Opowiedziane. O prozie Wiesława Myśliwskiego”.   Prof. Bogumiła Kaniewska w pracy badawczej zajmuje się przede wszystkim literaturą XX wieku, teorią przekładu, a także literaturą dla dzieci. Od lat łączy działalność naukową z popularyzacją nauki, publikując recenzje i artykuły na łamach pism literackich (m.in. „Nowych Książek”). Wypromowała ponad stu magistrów i czworo doktorów.  


ANNA SOLAK
(ur. 1987) – dziennikarka i redaktorka miesięcznika „IKS” i portalu Kulturapoznan.pl, którego od 2020 roku jest redaktorką naczelną. Absolwentka historii, dziennikarstwa i Polskiej Szkoły Reportażu. Miłośniczka literatury pięknej i non-fiction. Książki czyta w każdej wolnej chwili i miejscu.

Marcin Jaworski: Książek nie należy się bać >>

Festiwal Fabuły 2020: Konieczność fikcji >>

Szkic do „Końca lata” >>