Janina Ochojska: Na powieścidła nawet nie spoglądam

12 lipca 2017

Janina Ochojska

„Czarodziejską górę” otwieram przynajmniej raz w roku. Słowa i frazy tak rzadko spotykane w mowie wywołują we mnie spokój i poczucie piękna. Z Janiną Ochojską rozmawia Anna Solak.

Ma pani w ogóle czas i energię na czytanie?

Wie pani, ja bez książek nie potrafiłabym żyć. Poza tym uważam, że nie ma czegoś takiego jak czas na czytanie, czyta się przy każdej okazji. Przy śniadaniu – czytam, wieczorem – bez książki nie zasnę, jestem w podróży – nie ruszam się bez książki. Mam Kindla, ale wolę wersję papierową. Chociaż kończę teraz czytać biografię Romanowów Simona Sebaga Montefiorego („Romanowowie 1613–1918”), a taką cegłę trudno wziąć w podróż. Więc dzielę książki na te, które można wziąć w podróż i które czyta się w domu. Czytam dużo książek historycznych. Ostatnio zakochałam się w pisarzu, który może nie jest nowy, ale odkryłam go dopiero teraz – to Edward Rutherfurd, napisał „Nowy Jork”, „Paryż” i „Londyn”. Beletrystyka najwyższych lotów, ale oparta na autentycznych historiach miast i krajów.

Spodziewałam się, że najpierw wymieni pani książki o ludziach, to oni w końcu zajmują panią na co dzień.

Ale to historia miast opisana losami ludzi – rzeczywistych bądź bardzo prawdopodobnych. Stwarza to niezwykłą atmosferę, bo to właśnie ludzie tworzą historię danego miasta. Poza tym zawsze czytam kilka książek na raz, bo kiedy coś zacznę, trafiam na coś kolejnego, czemu nie mogę się oprzeć. Istnieją też książki, które nie dają się czytać ciągiem, bo są tak straszne. Na przykład „Nowa Odyseja” Patricka Kingsleya. Musiałam przerwać po trzech czwartych książki, bo straszne historie ludzi – którzy próbują przebyć Saharę i Morze Śródziemne, którzy są okradani, gwałceni, więzieni, a jest to opowieść o konkretnych ludziach, nie o anonimowej grupie – spowodowały, że po prostu nie dałam rady. Mam też swojego ulubionego pisarza – Martina Pollacka. Jego „Ojcobójca” to jednocześnie historia pojedynczego człowieka, ale i ukazanie źródeł nazizmu i antysemityzmu, który rodził się wśród normalnych ludzi, porządnych katolików.

Z Martinem Pollackiem rozmawiałam wcześniej, siedzieliśmy nawet przy tym samym stoliku.

A ja się z nim ciągle rozmijam. Czytam teraz jego książkę „Po Galicji”, która jest absolutnie fascynująca. Cudna książka. O ludziach, tradycjach i o historiach, o których nawet nie wiemy, że istnieją. Na przykład historia Wilama Horzycy, którego imię nosi teatr w Toruniu, do którego to miejsca w czasach studenckich człowiek próbował dostać się na wejściówkę albo bez biletu. A tu okazuje się, że on właśnie z tych rejonów pochodzi. Martina Pollacka przeczytałam już wszystko. Uwielbiam też Małgorzatę Szejnert. Jej „Wyspę klucz” przeczytałam dwa razy, inaczej spojrzałam na rodzinny Śląsk dzięki „Czarnemu ogrodowi”. Z pisarzy historycznych moi ulubieni to wspomniany Montefiore i Orlando Figes. Kiedy widzę książki tych autorów, od razu drżą mi ręce, niestety, mam przemożną chęć ich posiadania.

Czyli kupuje pani książki na własność?

Wszystkie na własność. Mam dość duże mieszkanie, w którym jeden pokój to biblioteka, ale już brakuje mi miejsca. Ostatnio próbowałam nawet kupić kolejną półkę… Książki leżą w stosach, na krzesłach, w drugim pokoju, w sypialni. Wszędzie.

Przypomina mi się rozmowa z Moniką Sznajderman, która opowiadała, że w jej i Andrzeja Stasiuka domu książki znajdują się absolutnie wszędzie, nawet spadają im czasem na głowę.

U mnie aż tak źle to nie wygląda. Próbuję przesiać tę moja bibliotekę, ale pewnych książek na pewno nie oddam.

Przez sentyment?

Po prostu chcę do nich wracać. „Czarodziejską górę” otwieram przynajmniej raz w roku. Sam opis, te słowa, wywołują we mnie coś takiego, że od razu czuję się lepiej. Ale tak, sentyment też. Nawet jeżeli nie wrócę do „Szeptów” Orlando Figesa, którą uważam za jedną z najlepszych książek o sowieckiej Rosji – nie wyobrażam sobie jej nie posiadać. Samo spojrzenie na te książki – tak, to czytałam i to też – jest przyjemne.

W takim razie pewnie nie pożycza pani książek.

Pożyczam. Ale zapisuję, komu pożyczam. Mimo to trochę książek mi umknęło. Patrzę teraz na „1945” Magdaleny Grzebałkowskiej, która to książka zrobiła na mnie ogromne wrażenie, i przypominam sobie, że ją komuś pożyczyłam, ale nie wiem komu… Ale wiem, w jakim kręgu ludzi szukać, więc znajdę ją na pewno.

Czyli nie ma litości dla nieoddających.

Nie, nie ma. Są zapiski (śmiech).

Z tego, co słyszę, wynika, że czyta pani głównie reportaże i książki historyczne. A co z beletrystyką?

Lubię dobry kryminał. Oczywiście klasykę – Agatha Christie, wiadomo. Ale mam też takich ulubionych autorów jak Donna Leon, Andrea Camilleri czy Katarzyna Bonda, którą polubiłam ostatnio. Dobrze pisze. Koleżanka namówiła mnie też na Jo Nesbø – „Czerwone gardło” na początku odłożyłam, ale potem książka okazała się fascynująca. Autor opisuje historię, którą mało znamy – udział Norwegów w drugiej wojnie po stronie nazizmu. Kiedy byłam w szpitalu, przeczytałam całe „Millenium”, wtedy też odkryłam Roberta Harrisa. Najbardziej podoba mi się jego „Oficer i szpieg”, o aferze Dreyfusa – tak książka kompletnie mnie wciągnęła, ale też świetnie napisane są Pompeje” i „Konklawe”. Poza tym właśnie skończyłam „Agonię dźwięków” Jaume Cabrégo. Piękna!

O czym jest?

To historia mnicha zesłanego do klasztoru, w którym ma być spowiednikiem sióstr. Uwielbia muzykę, ale zwierzchnicy chcą go od niej oddzielić, bo ta jest uznawana za grzeszną. Opowiedzenie tej historii bardzo spłyca tę książkę. To język i sposób opisu życia klauzurowych mniszek powodują, że czytelnika z jednej strony przejmuje groza, a z drugiej pojawia się podziw. Siostry chcą żyć w absolutnym ubóstwie i jednocześnie – robią z tego świętość. Cabré potrafi to przepięknie opisać.

Coś w stylu Wiesława Myśliwskiego, u którego opowiadana historia jest tylko pretekstem, bo liczy się język?

Tak, Myśliwski ma podobnie. Nie lubię czytać byle czego, więc na kiepskie powieścidła nawet nie spoglądam.

A na poezję?

Nie bardzo. Znam oczywiście wiersze Szymborskiej, Miłosza czy Herberta, którym zaraziła mnie koleżanka na studiach. „Pana Cogito” znam praktycznie w całości. Tyle że kiedyś to było bardziej aktualne niż dzisiaj. Miłosza wolę w powieściach niż w poezji, chociaż wiem, że ta ostatnia bywa wspaniała.

Jaka była pani pierwsza książka?

Zupełnie pierwszej nie pamiętam. Pamiętam za to książkę pt. „Szop, który miał na imię Daniel”.

Pierwsze słyszę.

To historia o chłopcu, który zaprzyjaźnił się z szopem. Potem oczywiście były iMała księżniczka”, i „Ania z Zielonego Wzgórza”. Wie pani, kiedyś wychodziło dużo dobrej literatury dziecięcej. Dzisiaj jest zresztą podobnie. Mam wszystkie książki Małgorzaty Musierowicz, „Jeżycjadę” mogę opowiedzieć w całości. Nie mogłabym chyba żyć bez książek. Kiedyś byłam w szpitalu od grudnia do września, jednym ciągiem. Miałam cały pokój zawalony książkami, opuszczałam szpital z kilkoma pełnymi torbami.

To najlepsze, co można robić w szpitalu – czytać i powoli dochodzić do siebie.

To zdecydowanie lepsze niż ciągłe myślenie: „a tu mnie coś boli, a tu coś uwiera”. Wchodzi się w świat książki, to czas dany człowiekowi. Dzięki książkom stajemy się bogatsi, lepsi.

A do bibliotek pani chodzi?

Nie. Pożyczanie książek wiąże się z przyniesieniem ich do domu, a potem odniesieniem, a ja już chodzę z trudem. Mam za to ukochaną księgarnię Muza na ulicy Królewskiej w Krakowie, która istnieje od zawsze. Była za czasów komuny i jest teraz. I jest świetna! Nie ma tam chłamu, pracują w niej ludzie, którzy książki kochają i często polecają mi dobre tytuły. Są też wydawnictwa, które gwarantują dobre książki, jak Czarne, Znak, Charaktery, Kultura Polityczna.

Biografie też pani czyta?

Tak, mam nawet specjalną półkę z biografiami – Róży Thun, Zollów, korespondencję Szymborskiej z Filipowiczem… Ostatnio czytam biografię Kłocza, która wyszła już jakiś czas temu. Patrzę, a w tej mojej księgarni jest za siedem złotych. No to wzięłam od razu dwie, dla siebie i dla znajomych.

Książka to najlepszy prezent?

Na prezenty kupuję tylko książki. Zdarza się, że coś kupię, a potem szkoda mi to oddać. Ale wtedy prędko kupuję egzemplarz dla siebie. Lubię też książki o Żydach i ich historii. „Księgi Jakubowe” Tokarczuk przeczytałam za jednym zamachem. Z takimi dużymi książkami mam jednak problem, bo niewygodnie mi się je czyta – a to na plecach, a to na boku… Marzy mi się specjalny, wygodny fotel do czytania z podpórką na nogi. Nie mam takiego, wciąż szukam. Mam za to specjalną podpórkę na książki, ale wie pani, to się nie sprawdza. Jest tylko na chude książki, większe zamykają się od razu.

To spory problem dla kogoś, kto tyle czyta.

Na szczęście teraz pracuję już inaczej niż kiedyś. Mniej przebywam w fundacji, więcej pracuję zdalnie, z domu. Czytam więc przy śniadaniu, potem odpowiadam na maile, idę na rehabilitację, wracam i znów odpisuję na maile, potem odpoczywam, więc znów czytam… Kupiłam teraz najnowszą książkę Pamuka, bo „Stambuł” mnie zafascynował. Jeszcze jej nie zaczęłam, zajrzałam tylko, ale już czuję, że to coś, co będzie mi się podobało…

Rozmawiała: ANNA SOLAK

 

JANINA OCHOJSKA – założycielka i prezeska Polskiej Akcji Humanitarnej, specjalistka w kwestiach udzielania pomocy. Przez ostatnie dwadzieścia dwa lata dotarła z PAH z pomocą do czterdziestu czterech krajów. Kopie studnie w Sudanie, pomaga przetrwać szpitalom w Korei Północnej, buduje szkoły w Afganistanie i domy dla ofiar tajfunu Yolanda na Filipinach. W Polsce zajmuje się programem dożywiania dzieci i edukuje wolontariuszy. Dużo czyta.

ANNA SOLAK (ur. 1987) – dziennikarka i redaktorka miesięcznika „IKS” i portalu Kulturapoznan.pl. Absolwentka historii, dziennikarstwa i Polskiej Szkoły Reportażu. Miłośniczka literatury pięknej i non-fiction. Książki darzy miłością nieokiełznaną i bezgraniczną, czytając je namiętnie w każdej wolnej chwili i dowolnym miejscu.

Małgorzata Lebda: Czasami myślę Knausgårdem >>

Książki są martwe, a gryzą sumienie >>

Literatura to eksperyment >>