Jeden Poznań, dwa serduszka, ojojoj

16 kwietnia 2019

Poznań Poetów 2019

Poznań Poetów 2019

Wobec trudności z ustaleniem, czy festiwal jest zdarzeniem rewolucyjnym, czy po prostu radosnym, czy ma być raczej jawnie gorzkim lekiem na ukrytą gorycz (similia similibus), czy też karnawałem – jeden wstępniak okazał się niewystarczający. Oto więc dwie jego wersje, jednak kończące się tym samym wnioskiem: zapraszamy na Poznań Poetów!

1. Festiwal, oddech, wolność (wersja dla rozgoryczonych)

Tegoroczny Poznań Poetów tylko z zewnątrz wygląda podobnie do poprzednich festiwali. Owszem – tak jak wcześniej – w Zamku i okolicach zjawią się poetki i poeci, młodzi i starsi, na dorobku i wielcy, polscy i zagraniczni, liryczni i gniewni; owszem – odbędzie się wielkie czytanie i słuchanie wierszy; jak zawsze – dużo się będzie o nich rozmawiało na sesji krytycznoliterackiej, w szkołach, ze studentami i przez cały pozostały czas; i znowu rozstrzygną się nagrody i konkursy; i raz jeszcze rozgorzeje spór poezji i krytyki – tym razem przed tarczą strzelniczą; i na powrót ubędzie nam lat; i zagra muzyka; i nie zabraknie wina. Znowu będzie inaczej niż zwykle i wokół.

Ale również inaczej, niż było.

Bo sytuacja jest, niestety, wyjątkowo nieliryczna.

Bywało poprzednimi laty, że na usta cisnęła się żartobliwa skarga na drobnomieszczucha, któremu zarazem nie przyjdzie do głowy, by przeczytać wiersz i pomyśleć o własnych ograniczeniach. Prowokowaliśmy go, chcąc zjednać.

Zdarzało się, że na naszą prośbę straż miejska „karała” właścicieli samochodów, wręczając im wiersze zamiast mandatów, co miało wzbudzić w nich odrobinę wdzięczności, a z wdzięczności – ciekawość, a z ciekawości – czytanie.

Parę razy ozdabialiśmy drzewa i pobliski park zadrukowanymi kartkami lub kartonami, z których dało się układać wyrazy, by powiedzieć przez to, że słowa znajdują się blisko, a nie daleko, że tworzenie może stać się naszym wspólnym udziałem.

Wszystko to opierało się na założeniu, że w ludziach tkwi ziarenko niepokoju o życie bez poezji, że czasami wystarczy odnaleźć to ziarenko, chuchnąć na nie, by obudziło się i wzeszło.

Nie tracimy tej nadziei, lecz trudno nie dostrzec, że świat bez wiersza wziął się w garść, czy raczej w pięść, nabrzmiał, wezbrał i – nieproszony, krzycząc wielkimi słowy – żyruje ponurej, pyszniącej się sobą, tępej sile.

W ciągu tych dwóch lat od poprzedniego Poznania Poetów atrofia wrażliwości dokonała bowiem zdumiewających postępów:

 

wycięto dziesiątki tysięcy drzew

zabito tysiące dzików

zdewastowano szkolnictwo

i sądownictwo

i wiele teatrów muzeów czasopism

odnowiono nacjonalizm antysemityzm rasizm

prawdę wyszydzono

język popchnięto ku szaleństwu.

 

Czy w tym nielirycznym czasie festiwal ma jeszcze rację bytu? Tak, tym bardziej jest konieczny, ale inaczej. Bo dzisiejsza nieliryczna sytuacja jest sytuacją jak z Różewicza, poezja – „walką o oddech”, festiwal, owszem, zabawą, lecz poważną.

Oddychać w kraju zatrutym nie tylko przez smog. Mówić swobodnie, słuchać rzeczy do sensu. Jeśli Ci tego brakuje, przyjdź na Poznań Poetów.

2. Festiwal, młodość, wino (wersja dla rozochoconych)

 

Co tak dudni, co tak grzmi?

Niebo huczy, ziemia drży.

Czy wichura groźna dmie?

Czy to burza idzie? Nie!

 

To idzie młodość, młodość, młodość

I śpiewa chórem piosenką jak wiatr

I spadnie jak burza,

Jak w maju ulewa

Po której odradza się świat.

 

Mimo że jeden z największych przebojów socjalizmu (autorstwa Ludwika Starskiego) śmieszy wprost proporcjonalnie do zadęcia, które nim porusza, to przecież kryje w sobie pewną wartość. Na pewno jest zgrabnie złożony, nienagannie rytmiczny, ochoczy, na gazie. Ogrom zawartej w nim przesady każe przypuszczać, że autor bawi się konwencją pieśni rewolucyjnej, świetnie wiedząc, do czego służy hiperbola i do czego prowadzi zawieszenie reguł tak zwanego zdrowego rozsądku. A przy tym, udając zarazem zapał i wygłup, mówi coś ważnego: młodość zaczyna się w miejscu, które wymknęło się spod panowania normalności, a ponadto – istnieje możliwość, żeby było inaczej, niż jest.

Ta piosenka jest jak festiwal, a poezja jest jak młodość.

Bo festiwal to wielka przesada.

Bo kto w ciągu paru dni przyswoi setki wierszy? Nikt normalny.

Bo czy komuś przytomnemu na umyśle literatura zda się warta zarwanych nocy, opuszczonych wykładów i zajęć? Nie.

Bo kogo obchodzi deformujący i ożywczy wpływ szkoły nowojorskiej na romantyczne tradycje liryki polskiej przełomu wieków? No, proszę pana!

A czy mieści się w głowie, by poważni profesorowie, doktorzy, redaktorzy, ba, nawet rajcy miejscy zachowywali się jak dzieci, wzywając poetki i poetów na turniej łuczniczy, niepomni swych autorytetów, niedbali o prawdopodobnie zgubny wpływ takiego zachowania na postawy obywateli? Racja, racja.

Ale festiwal jest świętem jak Wielkanoc czy – dajmy na to – Hoshi Matsuri. Ustanowiony po to, by uwolnić się od neurotycznej powagi codzienności i by zaznać choćby chwilowego wytchnienia od nużących form. Mamy prawo być jak ptaki czy dzieci, jednak nie dla legalizacji zwyczajów ponurej rzeczywistości (czy odcięcia się od nich pustym, narcystycznym gestem), lecz aby osłabić wrażenie ich nieuniknioności, pokazać, że nie dadzą rady rozciągnąć się na całe nasze życie, że tego życia chce nam się jeszcze trochę bronić, a nawet – mamy nadzieję – odzyskać je, odbić.

Festiwal jest odbiciem (od) języka. Odbicie języka oznacza, po pierwsze, że językowi odbiło, po drugie, że próbujemy znaleźć styl własny, odmienny, prawdziwiej nas wyrażający, po trzecie, że chcemy język odebrać jego cynicznym okupantom.

W rezultacie na festiwalu wszystko jest inne: poezja, przyjaźń, gniew i melancholia, rozmowa na umór, intensywność, bliskość bez barier, szczerość bez lęku. Kto się kocha w hierarchiach, tuczy się władzą, zna tylko języki korzyści albo język jedynej, polsko-katolickiej słuszności, temu nie będzie tu dobrze. I dobrze.

Tu rządzi kto inny – Joanna, która dobrocią ludzi ulepsza, i Marianka, i Karol, bo nigdy zanadto nie chciał rządzić, Marcin z Krzysztofem, bo kto im odmówi, poeci i poetki, czytelniczki i czytelnicy, studenci i studentki, Joasia B. i Dawid, którzy – jak Napoleon – urodzili się do pracy (ale nie do wojny), pani Zofia Przenikliwa i Ania-Artystka, i Basia, i Julia, i ludzie z Wubepeicaku.

Tutaj nikt nie rządzi, tu wszyscy jedynie są – ciekawi siebie samych i nawzajem też. Chcesz zobaczyć, jakie normalne jest to nienormalne życie z wierszem, to przyjdź na Festiwal Poznań Poetów 2019!


PIOTR ŚLIWIŃSKI

PIOTR ŚLIWIŃSKI (ur. 1962) – profesor Instytutu Filologii Polskiej UAM, krytyk literacki, badacz polskiej poezji współczesnej; autor i współautor kilku książek o literaturze XX-wiecznej i najnowszej, m.in. „Przygody z wolnością. Uwagi o poezji współczesnej”(2002); „Świat na brudno. Szkice o poezji i krytyce” (2007); „Horror poeticus” (2012); „Literatura polska XX wieku” (razem z A. Legeżyńską i B. Kaniewską), „Literatura polska 1976-1998” (razem z P. Czaplińskim); „Poezja polska po 1968 roku” (razem z A. Legeżyńską). Współpracownik „Tygodnika Powszechnego” i innych redakcji, inicjator i organizator i uczestnik wielu przedsięwzięć popularyzujących kulturę literacką; przewodniczący kapituły Nagrody Literackiej Gdynia (w latach 2006-2012) oraz Poznańskiej Nagrody Literackiej. Laureat Nagrody im. K. Wyki (2008). Kurator festiwalu „Poznań Poetów".









 

O tomie „Inne” Krzysztofa Bąka >>

Poznań Poetów – albo spotkać siebie >>

Prywatyzacja szczęścia, albo dlaczego partia pracy nie jest dziś możliwa >>