Marcin Markowski: Książki najpierw wącham

2 sierpnia 2018

Ostatnio zachwyciłem się Różewiczem, do którego wróciłem po latach. Na przykład taki wiersz „Czas na mnie”, który mnie poraził i powalił – niewiele rzeczy do tej pory wywarło na mnie takie wrażenie. Z Marcinem Markowskim, grafikiem, rozmawia Anna Solak.

 

ANNA SOLAK*: Moje pierwsze pytanie jest kanoniczne, więc jeśli czytałeś inne rozmowy na blogu, na pewno już wiesz, o co zapytam.

MARCIN MARKOWSKI**: Nie czytałem.

Świetnie, przynajmniej cię zaskoczę – co teraz czytasz?

Ostatnia książka, jaką przeczytałem, oprócz tych, które projektuję, to „Król” Szczepana Twardocha. Nie zajmuję się literaturą zawodowo, więc jestem takim czytelnikiem jak każdy. I pewnie nic nowego i ciekawego nie mogę dodać w tej sprawie.

Każdy tak mówi, a potem okazuje się, że jest zupełnie inaczej.

Graficy – mam takie wrażenie – dzielą się na tych, którzy czytają to, do czego projektują i tych, którzy tego nie czytają.

To podobnie jak z recenzentami, którzy dzielą się na tych, co widzieli i tych, co nie widzieli.

Ci, co nie czytają, zwykle niezbyt dobrze projektują. W końcu to podstawowa rzecz, żeby wiedzieć, o czym się mówi.

Podobał ci się ten „Król”?

Dla mnie interesujące w tej książce było nakreślenie Warszawy okresu międzywojnia. Wiele rzeczy mnie tam zaskoczyło, pytanie tylko, na ile to było zgodne z historią. Nie powiedziałbym, że mnie zachwyca, ale być może nie potrafię tego do końca ocenić, bo nie jestem fachowcem od literatury.

To może chociaż okładka ci się podobała?

Wiesz co, na książki patrzę całościowo – jak na obiekty. Moja żona się śmieje, że zawsze najpierw je wącham.

One wszystkie pachną podobnie.

Tak, ale uwielbiam zapach świeżo wydrukowanej książki. Jeśli zaś chodzi o okładki – to, co jest na nich wydrukowane, to tylko połowa sukcesu, powinno się jeszcze zwracać uwagę na surowiec, z jakiego zrobiona jest książka, na typografię, wagę, objętość… W przypadku projektowania powieści trzeba to robić tak, żeby to było transparentne. Żeby nie było widać tego projektu. Wracając do „Króla”, nie ma się więc do czego przyczepić. Nie chcę wyjść na krytykanta, fajna jest. Zwróciłem na nią uwagę w Empiku, bo sam kiedyś wykorzystywałem podobne kroje czcionek w projekcie programu teatralnego do „Opery za trzy grosze” dla Teatru Polskiego. To naturalne, w końcu to kroje z tego właśnie okresu. To ciekawa inspiracja typografią międzywojenną i afiszami z epoki, ale nie typowałbym jej na okładkę roku.

A masz taką w zanadrzu?

Nie, nie robię takich rankingów.

Ano tak, zapomniałam, że ty książki tylko wąchasz.

Na mnie wrażenie zawsze robią rzeczy, które oprócz ciekawej formy operują też treścią. W ten sam sposób, w jaki projektuje się plakaty. Zresztą okładka książki może być takim małym plakatem. Jeśli do tego, projektując, wykorzystasz formę i możliwości, jakie daje to medium, naprawdę da się wiele osiągnąć. Można przecież spożytkować to, że książka jest trójwymiarowa, że wykonuje się jakiś ruch, kiedy się ją otwiera. Wieloma rzeczami można zagrać w ten sposób. Nie przejdę obojętnie obok projektu, w którym jest jakiś pomysł, opowieść, dowcip.

Czyli na przykład obok książki wykonanej z papieru ściernego?

Papier ścierny mógłby być akurat zbyt dużą ekstrawagancją. Pamiętajmy, że działamy w realiach rynkowych i wiadomo, że produkcja książki, która zakłada różne niestandardowe rozwiązania, jest droga i zwyczajnie nieopłacalna. Ale mnie w ogóle niewiele rzeczy zachwyca.

W literaturze czy w życiu?

W sztuce. Ostatnio zachwyciłem się dogłębnie Różewiczem, do którego wróciłem po latach. Na przykład wiersz „Czas na mnie”, który mnie poraził i powalił – niewiele rzeczy do tej pory wywarło na mnie takie wrażenie. Może to dlatego, że nie czytam za dużo poezji.

Mimo że projektujesz plakaty dla festiwalu Poznań Poetów? Przed chwilą mówiłeś, że trzeba wiedzieć, o czym się mówi.

Jasne, generalnie wiem, o czym mówię, ale to też nie jest tak, że czytam każdy wiersz, że zagłębiam się we wszystko. Wracając do Różewicza – zrobił na mnie wrażenie totalne. Podobne miałem kiedyś po jednym ze spektakli Pippo Delbono kilka lat temu na Festiwalu Malta, który poruszał temat śmierci, co mnie zresztą bardzo interesuje.

Wiem już, że czytasz to, w odniesieniu do czego projektujesz. Dotyczy to również dramatów teatralnych?

Zawsze proszę o tekst, chyba że go już znam. Czasami reżyser ma już na tyle określony sceniczny świat, a sam tekst dramatu jest tylko punktem wyjścia do wykreowania jakiejś rzeczywistości, dostaję wówczas od niego krótki tekst określający to, gdzie rozkłada akcenty i co go interesuje. Nie zawsze taki bryk jest dla mnie inspirujący, ale przydaje się.

Nie każdy lubi, kiedy ktoś chce go ukierunkować. Albo kiedy pada sakramentalne: „Niech pan zrobi tak, żeby było ładnie”.

Wiesz co, mam świadomość, że moja praca pełni funkcję użytkową, przy czym mimo wszystko zawsze staram się robić to dla siebie, jednocześnie szanując zamawiających. Wtedy też osiągam najlepsze efekty. I nie chodzi wcale o to, żeby zachwycać się własnymi pracami, co samo w sobie nie jest złe, ale żeby pamiętać, dla kogo się to robi.

Podjąłbyś się zrobienia ilustracji do książki dla dzieci?

Dawno nie robiłem ilustracji, ostatni raz to chyba jeszcze na studiach, ale graficy potrafią zrobić wszystko.

Pytanie, czy miałbyś z tego jakąś przyjemność?

Tak, myślę, że to byłaby frajda, zabawa.

Skoro twierdzisz, że swoje prace robisz przede wszystkim dla siebie, takie zlecenie mogłoby być połechtaniem „dziecka w sobie”, o którym tyle mówi współczesna psychologia.

[Śmiech] Czasami wykorzystuję moje dzieci do projektowania. Zresztą do oceny tego, co robię, też.

Masz jakieś ulubione książki z dzieciństwa?

Nie przypominam sobie. Jedną z pierwszych książek, jakie urzekły mnie w życiu, był „Czuły barbarzyńca” Hrabala.

Ale chyba nie czytałeś go już w przedszkolu?

W wieku ośmiu lat.

Naprawdę?

Żartuję. Nie pamiętam, kiedy ją przeczytałem, ale pamiętam, że wywarła na mnie duży wpływ. Moi rodzice byli bardzo zapracowani, poza tym w tamtych czasach była inna świadomość tego, że fajnie jest poczytać dziecku.

W waszym domu były książki?

Były, ale nie jakoś specjalnie dużo. Teraz mam o wiele więcej.

Czytasz swoim dzieciom?

Tak, teraz na tapecie są „Opowieści z Narni”. Sam jestem w takim okresie, że mam mało czasu wolnego, więc jedną książkę czytam bardzo długo. Nie połykam ich. Przeważnie sięgam po nie wieczorem, kiedy wszystko się uspokoi – praca i wszystkie domowe historie, czyli mniej więcej o trzeciej w nocy. No i wtedy jeden rozdział…

…wtedy czytasz do czwartej, a o piątej wstajesz do pracy.

Nie, nie – o siódmej [śmiech].

W takim razie długo śpisz. A już na poważnie – pożyczasz książki?

Tak, od Karola Francuzika albo Joanny Przygońskiej z Centrum Kultury ZAMEK [śmiech].

A swoje własne?

Już niekoniecznie, ale czasami daję książki, które zaprojektowałem, kiedy ktoś mnie na przykład zaprasza na urodziny i nie mam pomysłu na prezent. Wtedy biorę z półeczki co lepszą – i gotowe.

Przynajmniej masz pewność, że są ładne.

Czasem coś narysuję na prezent. Zauważyłem, że to zwykle bardzo cieszy.

Można też narysować coś w książce, ewentualnie wykorzystać dzieci do narysowania czegoś. Bazgrzesz w ogóle po książkach?

Nie, nie mam takich przyzwyczajeń. Ale kiedyś rysowałem w książkach korytarze.

Co to znaczy?

Jeżeli książka jest źle zaprojektowana, ma zbyt duże odstępy międzywyrazowe, to tworzą się w niej takie pionowe korytarze. Pamiętam, że jako dziecko je zakreślałem.

Drażniło cię to?

Nie wiem, po prostu to zauważałem.

I wszystkie książki z tego okresu masz takie pozakreślane?

Nie wiem, nigdy o tym nie myślałem. Może dlatego zostałem grafikiem…

Wszystko na to wskazuje. A czytasz coś poza papierem: e-booki, audiobooki?

Nie, nawet nie próbowałem. Papier jest mi bliski. Poza tym obiektywnie nie mam podzielnej uwagi, więc skupiam się zwykle na jednej rzeczy. Kiedy czytam, to nie rysuję, kiedy rysuję – nie czytam. Lubię też proste rozwiązania, które nie wymagają zbytniego zaangażowania, proste rzeczy.

Czyli jesteś trochę staromodny.

Tak, jestem po prostu starym dziadem.

Mentalnie, ale nie metrykalnie.

W takim razie jestem mentalnym starym dziadem. À propos wieku, mam wrażenie, że starsi ludzie potrafią o wiele lepiej żartować niż młodzi. Sam staram się przyjmować taką zasadę w swoim projektowaniu, trochę się powygłupiać. Projektowanie to trochę schizofreniczna sytuacja, trzeba umieć spoglądać z boku na to, co się samemu robi. Patrzeć oczami odbiorcy. I nie ulec przy tym mylnym wzruszeniom, to znaczy takim sytuacjom, w których wydaje ci się, że coś, co robisz, niesie za sobą taki, a nie inny komunikat i że on jest dla wszystkich jasny. A często jest tak, że te rzeczy są tylko w naszej głowie, lecz nie istnieją na papierze czy w projekcie.

Tak jak twój pamiętny czajnik z oczami z plakatu Poznania Poetów?

Tak, albo grzałka, której wiele osób do dzisiaj nie rozumie. Młode pokolenie może nawet nie wiedzieć, jak wygląda grzałka. A chodziło o gorące myśli, gorącą głowę.

Jak tego uniknąć? Pokazywać wcześniej swoje prace rodzinie i przyjaciołom? Konsultować je?

Można tak robić, ale ma to związek również z doświadczeniem, z analizowaniem komunikatu wizualnego. Można się tego nauczyć, wyrobić w sobie świadome podejście do ikonografii. Trójkąt raczej nie będzie się nikomu kojarzył z czymś łagodnym i spokojnym, jednak koło już tak. Wiadomo wtedy, że kiedy opisujesz coś, co jest agresywne, nie użyjesz form obłych. Użyjesz kanciastych, ostrych. Oprócz tego, że w projektowaniu warto stawać obok siebie, trzeba jeszcze próbować ciągle walczyć z samym sobą i wyruszać na tę wojnę z dobrze przygotowanym wcześniej plecakiem, nie po omacku. Jestem zwolennikiem podejścia awanturniczego do projektowania, ale z dobrym zapleczem, żeby wiedzieć, co można przewrócić do góry nogami i dlaczego to coś stoi najpierw na czterech nogach. To nie zawsze się udaje, ale próbuję. Bliska jest mi taka konsekwentna niekonsekwencja w naszej pracy, brak oczywistej, przewidywalnej kreacji.

Światem rządzi banał?

Niestety, często widzę go w projektach wydawnictw. W szkole uczą, że w przypadku jednej książki można zastosować maksimum dwa kroje, layout i tak dalej. I to wszystko jest prawdziwe. Ale tam, gdzie można, zawsze warto się z tego wyłamać, oczywiście w taki sposób, żeby nie było to bełkotem, ale raczej zaskakującą konstrukcją.

To w końcu ładna ta okładka „Króla” czy nie?

No ładna, ładna.

rozmawiała: ANNA SOLAK

 

MARCIN MARKOWSKI** (ur. 1978) – grafik, wykładowca na Uniwersytecie Artystycznym w Poznaniu. Autor plakatów, wydawnictw i identyfikacji wizualnych oraz opraw plastycznych. Współpracuje z instytucjami kulturalnymi (m.in. Teatr Polski w Poznaniu, Teatr Wielki w Poznaniu, Teatr Syrena w Warszawie oraz Centrum Kultury ZAMEK w Poznaniu). Uczestnik krajowych i międzynarodowych wystaw plakatu oraz grafiki wydawniczej m.in. w Polsce, Chinach, Japonii, Boliwii, Słowacji, Bułgarii, Węgrzech i USA. Za twórczość projektową otrzymał wiele prestiżowych nagród. Jego prace publikowane były w wielu wydawnictwach, katalogach i czasopismach na całym świecie.

ANNA SOLAK* (ur. 1987) – dziennikarka i redaktorka miesięcznika „IKS” i portalu Kulturapoznan.pl. Absolwentka historii, dziennikarstwa i Polskiej Szkoły Reportażu. Miłośniczka literatury pięknej i non-fiction. Książki darzy miłością nieokiełznaną i bezgraniczną, czytając je namiętnie w każdej wolnej chwili i dowolnym miejscu.

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

          

Anna Bikont: Kompletnie nie interesuje mnie, kto zabił >>

Wioletta Grzegorzewska: Pisanie to wciąż zawód z kosmosu >>

Przeciw czcicielom boga Rahu >>