Martin Pollack: Robię książkom te wszystkie świństwa

20 kwietnia 2017

Martin Pollack wywiad

Fot. Jacek Mójta © CK ZAMEK

Rozmowa z Martinem Pollackiem, austriackim pisarzem, dziennikarzem i tłumaczem, autorem książek „Śmierć w bunkrze”, „Ojcobójca”, „Dlaczego rozstrzelali Stanisławów”, „Topografia pamięci”.

CZYTA PAN W JAKIŚ SZCZEGÓLNY SPOSÓB?

Nie. Czytam wszędzie, chociaż przyznam, że w pociągu czy samolocie wybieram zazwyczaj czasopisma, nie książki. To oczywiście słabość, człowiek traci wtedy dużo czasu. Najczęściej czytam na wsi. Mam o tyle komfortową sytuację, że obok domu, w którym mieszkam, kazałem sobie wybudować bibliotekę, gdzie czytam i piszę własne książki. Można więc powiedzieć, że codziennie wychodzę do pracy, tyle że we własnym ogrodzie. To niesamowity luksus. Lubię mieć sporo miejsca, ale guzik – książki i tak leżą wszędzie, łącznie z podłogą. A nie zbieram ich wcale. Po prostu do każdej kolejnej książki gromadzę literaturę i materiały, bo nigdy nie wiem, cholera, czy to mi będzie potrzebne, czy nie.

A POZA WŁASNĄ, MA PAN MOŻE ULUBIONĄ BIBLIOTEKĘ LUB KSIĘGARNIĘ?

W pobliżu domu w ogóle nie mam biblioteki, jest tylko mała księgarnia. Lubię za to Bibliotekę Narodową w Wiedniu. Jest bardzo wygodna, chociaż ostatnio robi się za ciasno, za dużo w niej ludzi. To mi trochę przeszkadza.

CZYTA PAN WIECZOREM CZY RANO?

Jestem rannym ptakiem. Wieczorem bywam zmęczony, więc czytam co najwyżej kryminały, a nie poważne książki.

A CO W TEJ CHWILI?

Najnowszą książkę Timothy'ego Snydera o tyranii. To dwadzieścia lekcji pokory, bardzo aktualne dzisiaj, niestety nieprzełożone jeszcze na język polski. Fantastyczna lektura. Druga, którą aktualnie czytam, to książka mojego przyjaciela Christopha Franza Mayera. Próbuję też czytać Andrieja Płatonowa, który moim zdaniem jest wielkim pisarzem. Poza tym zawsze mam na biurku kilka książek do pracy. Pracuję teraz nad kolejną opowieścią: rok 1945, historia rodzinna, tereny Słowenii.

ZAWSZE PAPIEROWE WYDANIE?

Zawsze. Potrzebuję „haptische”, kontaktu dotykowego. Normalnie kupuję wydania kieszonkowe, bo można włożyć je do kieszeni. Lubię pracować z książką, dlatego wolę chyba miękką oprawę.

CZYLI PISZE PAN PO KSIĄŻKACH, ZAGINA ROGI?

Tak, oczywiście, robię te wszystkie świństwa. Miałem kiedyś nauczyciela niemieckiego – zmarł ledwie rok temu – który był dla mnie bardzo ważny. Od 17 roku życia z każdej książki, jaką przeczytał, pisał streszczenie. To był ogromny zbiór notatek. Swoim studentom na uniwersytecie w Grazu, gdzie czasem wykładam, powiedziałem „Słuchajcie, to jest skarb”. Przecież to dokument o tym, jak dawniej czytało się książki. To trochę wariackie, ale nadal cudowne. Podam inny przykład. W internacie, w którym mieszkałem jako uczeń, był pracownik administracji, oficer jeszcze z pierwszej wojny światowej, który bardzo dużo czytał. Zawsze chodził, nawet jadł, chodząc, więc czytał również w ruchu. A czytając książkę, wyrywał przeczytaną stronę i ją wyrzucał. Ten człowiek nie potrzebował biblioteki – w przeciwieństwie do mnie. Oba przykłady to zupełnie inne sposoby patrzenia na literaturę.

À PROPOS BIBLIOTEKI – POŻYCZA PAN WŁASNE KSIĄŻKI?

Tak, a nawet je oddaję. Prowadziłem ostatnio spotkanie z Adamem Michnikiem w Teatrze Narodowym w Wiedniu i już wtedy wiedziałem, że przyjdzie na nie moja znajoma z polonii wiedeńskiej.  Oddałem jej całą paczkę dubletów i pomyślałem z ulgą: „Uff, udało się”. Drugi sposób wymyśliła moja żona. W domu w Wiedniu mamy skrzynkę na listy, na którą regularnie odkładamy książki. Zawsze ktoś je zabiera. Porządną, dobrą literaturę, która nie jest nam już potrzebna. Poza tym zawsze pozostają regały miejskie.

CZY JEST KSIĄŻKA, DO KTÓREJ CHĘTNIE PAN WRACA?

Zawsze bardzo ważną książką będzie dla mnie „Sól ziemi” Józefa Wittlina. Interesuję się Galicją, więc rok temu pisałem posłowie do nowego wydania niemieckiego. Często czytam ją fragmentami, po parę stron, to mi wystarczy. Mam też własną „comfort literature”, tak bym to nazwał. Kiedy idę spać, a mam problemy ze spaniem, biorę szczególne dla siebie książki: Toma Sawyera albo „O czym szumią wierzby”. Ta ostatnia to niby książka dla dzieci, ale to nieprawda. Czytam ją w oryginale, bo działa na mnie terapeutycznie, więc znam ją prawie na pamięć. Moja żona, kiedy widzi, że znów ją czytam, zawsze mówi: „No teraz to już przesadzasz”. Kupowałem ją ze 3–4 razy, bo tyle razy ją gubiłem albo komuś oddawałem. Dzieci potrzebują czasem jakiegoś kocyka czy pieluszki, żeby zasnąć, po angielsku nazywa się to „comfort blankie”. To działa trochę na tej zasadzie.

A CO Z KSIĄŻKĄ, KTÓRA OSTATNIO PANA ROZCZAROWAŁA?

Nie pamiętam takiej. Wie pani, jestem dosyć stanowczy. Kiedy książka mnie nie interesuje, po prostu nie biorę jej do ręki. Nigdy nie czytam niczego w całości, jeśli nie wciągnie mnie już po 3–4 stronach.

CENI PAN BARDZIEJ LITERATURĘ FAKTU CZY LITERATURĘ PIĘKNĄ?

Faktu. Może jestem człowiekiem ograniczonym intelektualnie, ale pewnie też i czasowo. Cenię swój czas, więc nie czytam już książek, które nie mają związku z moimi zainteresowaniami zawodowymi. Czasem moja żona mówi mi: „Słuchaj, mam kapitalną książkę, musisz koniecznie przeczytać!”, a ja mam wyrzuty sumienia, bo wiem, że tego nie zrobię. Żona ma potem do mnie pretensje. I ma rację (śmiech).

A KTÓRA Z KSIĄŻEK KAPUŚCIŃSKIEGO, KTÓRYCH JEST PAN TŁUMACZEM?

Najbardziej lubię „Cesarza”, bo to pierwsza książka, którą tłumaczyłem na niemiecki. Nie byłem jeszcze wtedy tłumaczem, a to wielka książka, więc historia jest dość żenująca. Moja dobra znajoma z Wiednia jest tłumaczką literatury amerykańskiej i to ona wiele lat temu dostała z bardzo dobrego wydawnictwa niemieckiego angielskie tłumaczenie „Cesarza”. Dzwoni więc do wydawnictwa i mówi: „Przecież to tłumaczenie! Nie będę przekładać z tłumaczenia, tego się po prostu nie robi!”, na co wydawnictwo odpowiedziało: „Spokojnie, niech pani się nie przejmuje”. Moje tłumaczenie ukazało się w 1984 roku, wtedy to była jeszcze normalka, że przekładało się z innego przekładu. Ale ona powiedziała wtedy: „Nie, to wykluczone. Ale mam znajomego, który zna polski i trochę tłumaczy…”. I tak to się zaczęło.

PRZERAŻA PANA POWSZECHNIE NISKIE CZYTELNICTWO?

Mam rozeznanie na własnym uniwersytecie. Wymieniam jakiś tytuł i pytam, kto zna autora. Nikt. No, niedobrze. Czytałem badania, według których co szósty Austriak, który skończył szkołę, ma problemy z czytaniem, nie rozumie dobrze tego, co czyta. Sądzę, że w Polsce jest podobnie. Żeby pisać, trzeba czytać, inaczej się nie da. Dlatego studentów literatury proszę zawsze, żeby czytali. Przynoszę im książki, odbitki tekstów, fragmenty reportaży. Szczerze mówiąc, sam zawdzięczam miłość do literatury nauczycielowi, o którym wcześniej wspominałem, więc wiem, jak ważne jest mieć taką osobę w swoim życiu.

Naszemu synowi, który ma teraz 38 lat, czytaliśmy z żoną od samego początku. Telewizja? Godzinę dziennie i proszę wyłączyć. Oczywiście były protesty, że nie, że jego koledzy mogą... „Dobra, ale nas to nie obchodzi” – odpowiadaliśmy wtedy. I do tej pory, chociaż z literaturą nie ma zupełnie nic wspólnego, nasz syn regularnie czyta. Mimo braku czasu, bo pracuje w ONZ i siedzi w Laosie, poza tym jest żonaty i ma dziecko. Nawet w mojej rodzinie, chociaż była nazistowska, wszyscy czytali. Jako dziecko przeczytałem wszystkie tomy Karola Maya. Mimo że tyle nakłamał, myśmy to wszystko czytali (śmiech).

W TAKIM RAZIE NA PEWNO PAMIĘTA PAN SWOJĄ PIERWSZĄ KSIĄŻKĘ?

Nie pamiętam tytułu, ale pamiętam, że była to historia o myszach. Był tam król myszy i jego poddani. Do tej pory widzę te rysunki, fantastyczna historia. Żałuję, że ją zgubiłem. Oczywiście mógłbym ją odszukać, ale wie pani, nie mam teraz czasu, żeby zajmować się myszami…

rozmawiała: ANNA SOLAK

Czytaj także:

Martin Pollack: Topografia (z) pamięci
Znoszę książki jak pies na posłanie – rozmowa z Moniką Sznajderman

MARTIN POLLACK (ur. 1944) – austriacki pisarz, dziennikarz, tłumacz literatury polskiej. Studiował literaturę słowiańską i historię Europy Wschodniej w Wiedniu i Warszawie. Do 1998 roku pracował jako redaktor i korespondent czasopisma „Der Spiegel”, obecnie pisze i tłumaczy (przełożył m.in. na niemiecki wszystkie książki R. Kapuścińskiego). Polskim czytelnikom znane są jego „Po Galicji. O chasydach, Hucułach, Polakach i Rusinach. Imaginacyjna podróż po Galicji Wschodniej i Bukowinie, czyli wyprawa w świat, którego nie ma” (2000, 2007), „Ojcobójca. Przypadek Filipa Halsmanna” (2005, 2008), „Śmierć w bunkrze. Opowieść o moim ojcu” (2006), za którą otrzymał Literacką Nagrodę Europy Środkowej ANGELUS 2007, „Skażone krajobrazy” (2014), a w styczniu 2017 najnowsza książka „Topografia pamięci”.

ANNA SOLAK (ur. 1987) – dziennikarka i redaktorka miesięcznika „IKS” i portalu Kulturapoznan.pl. Absolwentka historii, dziennikarstwa i Polskiej Szkoły Reportażu. Miłośniczka literatury pięknej i non-fiction. Książki darzy miłością nieokiełznaną i bezgraniczną, czytając je namiętnie w każdej wolnej chwili i dowolnym miejscu.

Znoszę książki jak pies na posłanie >>

Literatura to eksperyment >>

Jarosław Mikołajewski: „liryk z Bożej łaski”* >>