Poznań Poetów: Leonard Cohen. Heretyk i erotyk (niewygłoszony wykład noblowski)

15 maja 2017

Leonard Cohen

Leonard Cohen. Kadr z filmu "I'm your man"

Kiedy 13 października 2016 roku Szwedzka Akademia ogłosiła werdykt: w dziedzinie literatury Nagrodę Nobla otrzymuje Bob Dylan – ciała publiczności wiedziały, jak powinny się zachować. Ludzie pytali: a czemu nie Leonard Cohen?

Ręce składały się do oklasków, uszy do (ponownego) odsłuchania dyskografii laureata, a usta do wypowiedzenia pytania: a dlaczego nie Leonard Cohen?

Dylan (zasłużonego) Nobla odebrał w końcu marca 2017 roku, nie wygłaszając zwyczajowej noblowskiej mowy. Cohenowi nagroda przyznana nie została (i już nie zostanie – regulamin nie pozwala na przyznanie nagrody pośmiertnie), ale w zamian dana powinna być mu możliwość wygłoszenia okolicznościowego wykładu. Właściwie wstęp do takiej mowy kanadyjski poeta przygotował, odpowiadając na pytanie „Jak mówić poezję” (z tomu „Śmierć kobieciarza”). Zainspirowana tym tekstem wyobrażam sobie, jak porywająco nonszalancki, uwodząco elegancki, staroświecko bezbłędny, niegrzecznie dżentelmeński byłby noblowski wykład Cohena...

 

CZY TO JUŻ KONIEC?

Musiałby zacząć go, jak przypuszczam, od zdania: „To jest koniec mojego życia w sztuce”. Nie chodziłoby przy tym o poczucie ulotności i akceptację śmiertelności artysty, ale o rolę nagrody jako zatwierdzenia istniejącej jakości i wielkości. Leonard Cohen rozumiał zasady ekonomii prestiżu i dystrybucji uznania: „Jeśli nawet zasługujesz na ochy i achy, to nie dlatego, że sam cenisz swój wyczyn, ale że oni go cenią”.

Odtwarzając swoją twórczą biografię, przyznałby, że właściwie do tworzenia poezji popchnęła go sama poezja:

 

Chciałbym przeczytać jeden z tych wierszy

które przywiodły mnie do poezji

Nie pamiętam ani jednej linijki

ani gdzie ich szukać.

 

Opowiedziałby o przyczynach i motywacjach: „Powodem dla którego piszę/ jest chęć stworzenia czegoś/ równie pięknego jak ty”. W niemal każdym utworze Cohena „ty” jest podwójne: będąc bardzo konkretnym, podmiotowym, cielesnym adresatem, zarazem stanowi nieuchwytnego i nieokreślonego odbiorcę, zawsze pokrewnego poecie: „nauczyłem się pisać/ coś co mógłby czytać/ po nocach takich jak ta/ ktoś taki jak ja”. Postulaty zawarte w utworze „Jak mówić poezję” dają się zamknąć w krótszej frazie, której Cohen był wierny przez całą karierę: opowiadaj (swoje lub cudze) emocje i historie!

 

USZKODZENIA I PERFORACJE

Imperatyw opowiadania potwierdza (niesłusznie zapominana i dziwnie pomijana w krytycznej recepcji) twórczość prozatorska Leonarda Cohena. Jej rytm pozostaje muzyczno-poetycki, ale ustępuje miejsca i służy samym historiom. To niebanalne fabuły, zasługujące na to, by je uwzględnić w noblowskim wykładzie. Z ich streszczeń wyczytać można bowiem fundamentalne dla twórczości Cohena założenie: że literatura (zwłaszcza poezja) jest sferą negocjacji między jego obsesyjną erotyką i heretycką duchowością.

Już utwór „Wiersz” ujawnia założenie, że wypowiadanie słów jest uwodzeniem: „Słyszałem o mężczyźnie/ który słowa wymawia tak pięknie/ że mieć może każdą kobietę”. Cohen uznaje możliwość (i skuteczność) handlu wymiennego – miłość za garść wierszy (jak w wierszu „Kochankowie”). Erotyka tak silnie organizuje poezję Cohena, że właściwie zagarnia ją w całości (ma to nieraz zgubne konsekwencje: przed wyjaśniającą wypowiedzią artysty niewielu rozpoznało w słynnym „Dance Me to the End of Love” inspiracje wątkami holocaustowymi, odnajdując w zamian intymność i zmysłowość relacji międzyludzkiej). 

W jednej ze znanych opinii Cohen przyznawał, iż wierzy, że jest jeden szczyt (Bóg) i wiele dróg – także jeszcze niewytyczonych. Traktuje on religię jako strefę eksperymentów: stąd uszkodzenia i perforacje w jej obrębie, herezje, zmiany optyki (tak Cohen opowiada np. historię Izaaka – wpisując się w szerszą tradycję literacką), szukanie połączeń między religijnymi systemami, koniec końców szukanie religii prywatnej, intymnej: „Czcisz swego własnego boga/ […] wszystkim, co mam, jest twoja religia bez obietnic”.

Wątki religijne i erotyczne spotykają się w najsłynniejszej piosence artysty – „Hallelujah”. Możliwość dojścia do wymarzonego „szczytu” osiągnięta zostaje w zakończeniu (w wyborze spośród kilku wersji Cohenowi pomógł Dylan, będący pod wielkim wrażeniem utworu):

 

I chociaż wszystko

poszło źle,

przed Panem Pieśni stawię się,

śpiewając tylko jedno… Alleluja.

 

Zakończenie to nie oznacza jednak triumfu religijności i ustąpienia emocjonalnej erotyki – o czym świadczą zmysłowe strofy dołożone (lecz nie dopisane: Cohen pisał utwór 5 lat, ostatecznie mając do dyspozycji 80 zwrotek).

 

UŁOMNOŚĆ I JEDNOŚĆ

Uważnie przeczytana poezja Cohena ujawnia jeszcze jeden wątek: poszerzanie wspólnotowości. W wielu wierszach spotykają się ze sobą człowiek i natura, ciało kobiety i ciało zwierzęcia – i na przecięciu, styku, powstaje zalążek innej kolektywności. Pieśni dedykowane mogą być ludziom i zwierzętom (jak „Garstka samotnych bohaterów”), a obserwacja zachowań swoich i jaszczurki prowadzi do (wyjątkowo odartego z religijności) wniosku: „Wierzę że mistycy mają rację/ twierdząc że wszyscy jesteśmy Jednym”.

Na koniec powiedziałby właśnie to: że dzięki poezji wszyscy stanowimy jedność, wspólnotę. Albo odwrotnie: zakończyłby wyrzekając się wiary w literaturę:

 

Wiersze już nas nie kochają

nie chcą nas kochać

nie chcą być wierszami

Nie wzywaj nas mówią

Już nie możemy ci pomóc

 

A co za tym idzie, Leonard Cohen musiałby wyznać: „Nie chcę obracać wszystkiego w poezję” – przyznając jej jedynie miano antropologicznej (antropocentrycznej?) konieczności wynikającej z ułomności i niedoskonałości ludzkiego organizmu:

 

gdybym mógł rozciągać moje ciało

w jasnej wodzie i wygrywać o pierś z rybą i wodnymi

wężami;

gdybym mógł niszczyć pióra

w locie do słońca;

czy myślisz, że zostałbym w tym pokoju

recytując wiersze[?].

 

Ale mógłby też zakończyć zupełnie inaczej – dedykując całość twórczości „tym paru uczennicom/ które wolały mnie od Dylana” (z „Notatników z Nashville”).

Jakkolwiekby zakończył – to byłaby niesamowita, elegancka i zarazem zuchwała, brawurowa mowa noblowska. Tym większa szkoda, że nigdy nie zostanie wygłoszona.

JOANNA BEDNAREK


Poznań Poetów 2017: Bob Dylan, Leonard Cohen. Sceny z życia i twórczości. Rozmawiają Jerzy Jarniewicz i Adam Poprawa, 16.05., g. 20

ZOBACZ TAKŻE:

Piotr Śliwiński: Poznań Poetów – albo spotkać siebie
Pierwsze Ogólnopolskie Mistrzostwa Slamu Poetyckiego
Marta Stusek: Haiku ex machina
Maja Staśko: Czy poezja może zmienić świat?
Agnieszka Waligóra: Rytm ruj i wyciszeń. O nowym tomie Marcina Ostrychacza
Dominik Lisiecki: Pozory sensu, czyli „Środki doraźne” Marcina Orlińskiego
Tomasz Błaszak: Sommertime
Joanna Kubiak: Czy czyta pani Wiedemanna? Czy Wiedemanna pani zna?
Dominika Parszewska: Poznań Poetów: Yoko Tawada.
Michał Nowacki: Bob Dylan i Leonard Cohen. (nie)poetycki fenomen

Tekst pochodzi z gazety festiwalowej Poznań Poetów 2017.

Popęd narracji albo neurobiologiczna maszyna do opowiadania >>

Festiwal Fabuły: Czapliński, Gondowicz, Koziołek >>

O tomie „Inne” Krzysztofa Bąka >>