Festiwal Fabuły: Przestrogi Lema

14 maja 2018

Przemysław Czapliński: Przestrogi Lema – Festiwal Fabuły 2018

Powieści Lema, a także prowadzone przez niego poLemiki pokazują wyraźnie: dopóki przystępujemy do rozmów, zakładając, że ich finałem powinien być konsensus, dopóty będziemy nie tyle porozumiewać się, ile wymuszać porozumienie – pisze Przemysław Czapliński.

Według znanej – choć nie wiem czy prawdziwej – anegdoty sławny pisarz amerykański Philip K. Dick, dostawszy do ręki kolejną powieść Lema, wysmarował list ostrzegawczy CIA. W liście alarmował, że w Polsce pracuje na pełnych obrotach jakaś spółka pisarska występująca pod kryptonimem „Lem”, która wypuszcza co roku po dwie książki, zmierzając do zmonopolizowania rynku amerykańskiego i do zrelatywizowania zdrowego światopoglądu czytającej Ameryki. Dlatego należy bezzwłocznie zdemaskować grupę „Lem”, zaprzestać publikowania jej utworów i odsłonić przemycaną w nich relatywistyczną kontrabandę. Nie jest przecież możliwe, by jeden człowiek pisał tak dużo, by miał taką masę rewelacyjnych i rewolucyjnych pomysłów, i by potrafił pisać z tak różnych perspektyw.

List Dicka, nawet jeśli nie do końca prawdziwy, stanowi największą pochwałę pisarstwa Lema, a ponadto spełnia ideał odbiorcy: cokolwiek pomyślimy o amerykańskim pisarzu, zachował zdolność dziwienia się. Tak w istocie powinna wyglądać reakcja każdego czytelnika na Lema. Dopiero z perspektywy zdziwienia możemy sobie powiedzieć, że los obdarował nas ponad miarę: Lem należy do zjawisk niemożliwych. Gdyby nie istniał, nikt by go nie wymyślił.

 

Lem słucha rozmaitych mądrych ludzi, potakuje, a potem pisze powieść. W tej powieści fabuła bywa rozwinięciem czyjejś idei, jakiegoś naukowego rozwiązania albo pomysłu zgłoszonego przez badaczy. Tym samym utwór literacki staje się pytaniem skierowanym do autorów owego „naukowego pomyślunku”, a rozpoczęta rozmowa – prośbą o namysł przed realizacją, o chwilę refleksji przed osiągnięciem sukcesu. Dzięki temu przywraca społecznej komunikacji charakter agory. Stara się nie dopuścić do powstawania osobnych, funkcjonujących na specjalnych prawach, uprzywilejowanych i wyjętych spod kontroli działek naukowych. Współczesna komunikacja społeczna przypomina przecież nie obszar wspólny, lecz ziemię po reformie rolnej. Jest to przestrzeń pokawałkowana, wyspecyfikowana, składająca się z dziesiątków małych pól i poletek, zazdrośnie obsikiwanych przez właścicieli i pilnie strzeżonych przez rozmaitych wartowników. Tymczasem Lem – o czym świadczą przede wszystkim jego książki eseistyczne – bezceremonialnie włazi wszystkim „w szkodę”: pyta o skutki stworzenia maszyn myślących, klonowania żywych istot, skonstruowania broni międzyplanetarnej, podróży do innych galaktyk. Nie kwestionuje możliwości, lecz rozwija fabuły na temat dalszych ciągów. Nie mówi: „Tego nie da się zrobić”; mówi: „Tego nie da się skontrolować”. Ta demistyfikacja mocy uderza nie w biologię czy cybernetykę osobno, lecz w naukę jako taką. I to jest właśnie przekształcanie ziem osobnych w agorę – we wspólną przestrzeń, o której nie powinien decydować nikt pojedynczy. Lem nie jest rzecznikiem żadnej strony, nie reprezentuje żadnej opcji ani ideologii. Jeśli czegoś uparcie broni, to prawa do dialogu na temat wszelkiego „ulepszania bytu”.

Ponieważ jednak Lem nie występuje z pozycji wiedźmina, czyli kogoś, kto wie, lecz raczej z pozycji kogoś, kto chce uświadamiać sobie i innym, jak wielu rzeczy nie wiemy, tedy jego działalność polega na wtrącaniu się do rozmowy innych. Tak jest: Lem to człowiek niesłychanie denerwujący, bo nie dość, że ustawicznie przerywa rozmowę, to jeszcze przedrzeźnia.

Lemowe wtrącanie się, stwarzanie „prob-Lemów”, ma zatem zapobiec narodzinom rozmaitych naukowych „GoLemów”, czyli stworów, które wymknęły się człowiekowi spod kontroli chwilę po tym, jak zostały przez człowieka powołane do życia. Ale nieznośny zwyczaj przerywania rozmowy służy czemuś jeszcze: oto pisarz zaczyna przemawiać w imieniu tych, którzy są niesłyszalni. Lem upomina się więc o wszystko, co istnieje, lecz albo jest nieme, albo przemawia niezrozumiałym językiem. Wspaniała inwencja nazewnicza i lingwistyczna, wymyślanie mnogich języków nie jest tedy literacką igraszką, lecz ważnym zadaniem poznawczym: mówieniem o człowieku językami poza-ludzkimi.

Aby stosować tak rozmaite perspektywy, to znaczy mówić o człowieku z pozycji poza-ludzkich, Lem musi być aktywnym poliglotą. Przekłada z języków nieistniejących, ale możliwych, potencjalnych, wirtualnych, a co najważniejsze – potrzebnych czy nawet koniecznych. Tłumaczy więc z naukowego na nasze, z dyskursywnego na powieściowy, z księżycowego na ziemski, z podświadomego na świadomy, nie pozwalając, by któryś z języków osiągnął hegemonię, ani też, by jakiś problem zniknął tylko dlatego, że nie miał swojej lingwistycznej reprezentacji.

Jednakże Lem w równym stopniu poszerza zakres tłumaczenia, co tłumaczenie zakłóca: nie przekonuje nas, że translacja zawsze jest możliwa. Przeciwnie: dlatego wpuszcza nas w lingwistyczne maliny, abyśmy zrozumieli, że istnieje nieprzekładalne, że nie wszystko da się przetłumaczyć i tym samym zrozumieć. Zdaje się więc przekonywać nas do postawy krytycznych i samokrytycznych mieszkańców świata: nasz krytycyzm powinien zwracać się przeciwko uzurpatorom komunikacji, a samokrytycyzm – przeciwko naszym wymogom, aby reszta świata przemawiała w zrozumiałym dla nas języku i przeciwko naszemu przeświadczeniu, że niezrozumiałe jest nieważne.

Powieści Lema, a także prowadzone przez niego poLemiki pokazują wyraźnie: dopóki przystępujemy do rozmów, zakładając, że ich finałem powinien być konsensus, dopóty będziemy nie tyle porozumiewać się, ile wymuszać porozumienie. Nawet bowiem gdy godzimy się, że nikt z nas nie dysponuje racją ostateczną, potrafimy jeszcze upierać się, by racją nadrzędną było właśnie porozumienie. Tymczasem Lem odsłania przed nami jakąś kłopotliwą prawdę współczesnej cywilizacji, w której mamy do wyboru albo porozumienie, zawsze osiągane dzięki przewadze jednej ze stron, albo polilog, czyli komunikację prowadzoną w językach tylko częściowo przez nas opanowanych.

Co jest ceLem tej strategii? Lem, nie będąc rzecznikiem postępu ani konserwatyzmu, nie stając po stronie bioetyków czy neodarwinistów, występuje nie w imieniu mądrości, którą posiadł, lecz w imieniu wątpliwości, których się nabawił. Widzi, że nie ma takiej metafizycznej tezy, która nie mogłaby uzasadniać eksploatacji środowiska naturalnego, eksploracji kosmosu, badań nad inżynierią genetyczną… Uświadomienie sobie niewiedzy, ignorancji, niemożności osiągnięcia konkluzji albo zagrożenia płynącego z konkluzywności, wydaje się Lemowi o wiele ważniejsze niż kolejny mikroprocesor, kolejne sklonowane zwierzę czy następna maszyna mimetyzująca działanie ludzkiego umysłu. Wszystkie te wynalazki pogłębiają bowiem iluzję nieograniczoności ludzkiej potencji, łudząc nas możliwością zlikwidowania niedoskonałości naszego istnienia: genetyka ulepszy nasze ciała i mózgi, astrofizyka zajmie się wyprawami w kosmos, sektor militarny opracuje perfekcyjną broń. Lem w odpowiedzi na te osobne wynalazki tworzy opowieść o tym, że prawie się udało. Tworzy ją z perspektywy jeszcze nieistniejącej, ale już zagrożonej wspólnoty.

 

PRZEMYSŁAW CZAPLIŃSKI

 

Tekst jest zmienioną wersją artykułu „Sokrates piszący”, opublikowanego z okazji 80. urodzin Stanisława Lema w „Tygodniku Powszechnym” (nr 37/2001).

Zobacz także: program Festiwalu Fabuły 2018

Zobacz także: Kanon albo o tym, czego nie widać. Rozmowa z Przemysławem Czaplińskim

Kanon albo o tym, czego nie widać. Rozmowa z Przemysławem Czaplińskim >>

Wojciech Orliński: Zabić kogoś albo polecieć w kosmos >>

Paweł Sołtys: Pożyczanie książek jest miarą przyjaźni >>