Blizna miejsca

30 września 2018

fot. M. Kaczyński © Centrum Kultury ZAMEK

Po głośnym i obsypanym nagrodami debiucie Macieja Płazy – tomie opowiadań pt. „Skoruń” – krytycy wyczekiwali kolejnej książki autora. Zgodnie ze znaną zasadą dobrym pisarzem zostaje się wraz z drugą udaną książką; ta pierwsza zawsze może udać się z przypadku.

Wielu recenzentów wymijająco szufladkowało twórczość Płazy, wrzucając ją do znajomego pudła z podręcznymi zwrotami. Najczęściej mówiono więc o powrocie do nurtu prozy wiejskiej. Pisano o ożywieniu zmityzowanej prowincji i drewnianych chałupach z podmurówką, które przetrwały jedynie w skansenach i wyobraźni kilku pisarzy.

 

NIEWYGODNIE?

Jednak grunt prozy Macieja Płazy jest dla piszących o niej dość grząski. Twórczość ta wymyka się znajomym dyskusjom o poetyckości języka i sprawnym portretowaniu społeczeństwa w momentach przełomu. Aby napisać o tej powieści uczciwie i nie popaść w krzywdzące uogólnienia, konieczne jest pójście na pewien krytyczny kompromis, ponieważ „plan całościowy” znaczy inaczej w każdej perspektywie.

W „Skoruniu”, prowadzeni przez siedem uporządkowanych opowieści, poznajemy historię trudnego odrastania od ziemi, zmagania się z własną tożsamością, rodzinnym bagażem i nieuleczalnymi dychotomiami prowincjonalnego świata. Gdzieś pod Sandomierzem w latach 80. pachnie więc sadem i zbutwiałym drewnem niszczejącego domu po dziadkach, a tajemnice mieszkańców małego miasteczka kryje w sobie dno rzeki. Struktura „Skorunia” jest harmonijna i linearna, czujemy się bezpiecznie, ponieważ znamy swoje czytelnicze miejsce. „Robinson w Bolechowie”, druga książka Macieja Płazy, tę wygodę komplikuje.

Jak podkreśla autor, strukturalne przełamanie czasu i narracji to ukłon w stronę mistrzów modernistycznej prozy. A to pociągnęło za sobą szereg konsekwencji w recepcji krytycznoliterackiej. Płaza zaprasza do czujnej i bacznej wędrówki wzdłuż skrupulatnie wyznaczonych przez siebie ścieżek, które pełne są mniej lub bardziej czytelnych wskazówek i pułapek.

 

PERSPEKTYWY

„Robinson w Bolechowie” to powieść funkcjonująca w paru równoległych rzeczywistościach i na planach literackich. Plan pierwszy przynosi estetyczną przyjemność opowiedzianej historii. Bazuje na docenieniu wyjątkowej sprawności językowej Płazy, przywiązuje nas do szczegółowo i sentymentalnie opisanej przestrzeni Bolechowa, a także połamanych życiorysów bohaterów. Plan drugi to zabawa tradycjami, głównie literacką i malarską. Poszukiwanie parafraz wierszy Miłosza czy Leśmiana to wyśmienita gra czytelnicza, ale wiedza o obecności tych śladów nie jest konieczna do udanego rozczytania kodów planu pierwszego.

„Robinson…” jest bardzo malarską powieścią, przepełnioną barwami i pejzażowością opisów. Główny bohater jest przecież malarzem, a śledzenie procesu twórczego – od wyboru techniki do rodzajów farb i póz, w których Robert stara się uchwycić swoich modeli – zajmuje w powieści bardzo wiele miejsca, co staje się pretekstem do poszerzenia perspektywy o kolejne szczegóły z otoczenia artysty. Dodatkowo to właśnie biografia i twórczość amerykańskiego malarza, Andrew Wyetha, stały się dla Płazy olbrzymią inspiracją przy pracy nad książką. Choć sama zapoznałam się z obrazami Wyetha już po skończonej lekturze „Robinsona…” – więc czytając, nie miałam świadomości, jak wiele scen jest upozowanych na konkretne płótna – nie przeszkodziło mi to rozkoszować się malarskością języka. Plan pierwszy stoi więc ramię w ramię z drugim, a Płaza zręcznie zagarnia uwagę zarówno czytelnika naiwnego, jak i krytycznego.

Plan trzeci to perspektywa społeczno-historyczna, na tle której funkcjonują bohaterowie. Akcja powieści rozciąga się na ponad osiemdziesiąt lat, a wielkie polityczne przełomy, które w tym czasie się dokonywały, stanowią punkty odniesienia dla wielu jej elementów. Fabuła zagarnia więc wydarzenia związane z II wojną światową, rewolucjami społecznymi lat 50., powstaniem PGR-ów, późniejszą ich prywatyzacją i karnawałem Solidarności, aż po wydarzenia współczesne, spór środowisk lewicowych ze skrajną prawicą i katastrofą prezydenckiego samolotu.

W perspektywie makro obserwujemy więc wielkie wojny, przewroty i upadki systemów, które oczywiście wpływają na życie bohaterów i warunkują ich wybory, ale nie są głównymi motywacjami do działania. Co prawda, kolekcja sztuki z bolechowskiego pałacu nie stałaby się osią opowieści, gdyby nie wojna i najazdy dwóch armii, ale wydaje się, że plan wielkiej wojny staje się jedynie fabularnym pretekstem, a nie autonomicznym bohaterem.

Postaci z „Robinsona w Bolechowie” żyją w swojej mikroskali nie poprzez historię, ale pomimo niej. W Bolechowie kiedyś słychać było strzały, a na płotach powiewały plakaty z pewnym wąsatym stoczniowcem, ale wzmianki o nich są jedynie powodem do osadzenia wydarzeń w konkretnym czasie i temperaturze sytuacji politycznej.

Plan czwarty nie do końca funkcjonuje na prawach autonomicznych, ponieważ syntetyzuje w sobie wszystkie poprzednie – to plan egzystencjalno-konfesyjny. Dylematy, przed którymi stają bohaterowie, spajają się w spójny obraz przeżyć i wewnętrznych rewolucji. Każda z postaci podejmuje własną walkę o niezależność wobec miejsca i tradycji, z których wyrastają.

Robert, paniczyk z odziedziczonego awansu, staje się narratorem powieści. Relacja pomiędzy Łucją, mamą Roberta, a nim samym jest szalenie skomplikowana, przepełniona niedomówieniami i przemilczanymi historiami. A milczenia jest u Płazy bardzo wiele. Do nakreślenia więzi pomiędzy bohaterami przyczyniają się gesty i działania – nie słowa. Kiedy już padają, są silne i wiele znaczą. Pejzażowość powieści mówi obrazami, z których wynikają słyszane przez Roberta myśli matki i świadomość cierpienia Urszuli.

 

UCIECZKI

Tym, co łączy milczenie wszystkich postaci „Robinsona w Bolechowie”, jest nieustanna, organiczna wręcz potrzeba uciekania. Ucieczką stają się próby zaprzeczenia własnym korzeniom, pamięci miejsca, pochodzenia. Robert ucieka w świat wielkiej sztuki, światowych wystaw i „bohemianego” środowiska, ale zdobywa uznanie twórczością, która cała dedykowana jest domowi, gniazdu i ludziom z bolechowskiej wsi.

To właśnie wieś i jej umiejętność do ogniskowania w sobie wszystkich najistotniejszych ludzkich namiętności, pracy, wiary i ziemi, a także pamięć o przypałacowym dzieciństwie, konstytuują najsilniej tożsamość i wrażliwość Roberta. Stefan, za sprawą którego bolechowska kolekcja sztuki ocalała, usilnie stara się zaprzeczyć swojemu chłopskiemu pochodzeniu, ucieka w sztucznie wykreowane wielkopaństwo, ponieważ próbuje przybliżyć się do zmityzowanej w dzieciństwie postaci hrabiego.

Łucja chciałaby uciec od ciężaru ojcowskich oczekiwań i każdej próby emocjonalnego odsłonięcia, szuka schronienia w pozie niedostępności i gorączkowo próbuje samą siebie usprawiedliwić za brak odwagi do opuszczenia Bolechowa i pałacu. Urszula pragnie ucieczki od niszczącego ją miejsca i relacji z ojcem, ale poświęca się dla wierności ziemi i Franciszkowi. A posągowy Franciszek został niezbywalnie naznaczony ucieczką już podczas gry w przesiedleńczego Króla Lula. Ucieka nieustannie, starając się nie dopuścić do głosu tego, co w nim dzikie i nieokiełznane, tego, co jest w nim raną.

 

BLIZNY

Białą, zieloną i szarą ranę niosą w sobie wszyscy bohaterowie „Robinsona w Bolechowie”, ponieważ dokonali próby gwałtu na własnej tożsamości. Wielkie rewolucje, według Płazy, to nie prywatyzacje państwowych spółek, krwawe protesty i policyjne pałki, a wewnętrzne ucieczki i wsobne wojny. Pamięć miejsca to najgłębsza blizna, którą w sobie niosą, a której nie potrafią zaleczyć. Rana w nich tkwi, pali i wciąż otwiera się na nowo. Najważniejsze staje się poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: kim jestem – poza tym, że jestem stąd?

Malarstwo i literatura rodzą się z kruchych wrażliwości, a te ulepione są zawsze z kształtów, zapachów i barw pierwszego miejsca. Tego, które uwiera albo boli, ale warte jest powrotów. Płaza wkłada w usta swoich bohaterów pytanie: wyjazd w którą stronę jest dla was powrotem? W jakim kolorze nosicie w sobie blizny i pamięć miejsc?

 

ANTONINA M. TOSIEK



M. Płaza, „Robinson w Bolechowie”, Wydawnictwo W.A.B., 2015.

Festiwal Fabuły 2018: ROBINSON W BOLECHOWIE. Gość: MACIEJ PŁAZA, prowadzenie: Krzysztof Hoffmann, Weronika Szwebs, Centrum Kultury ZAMEK, Scena Nowa, 27.02.2018, g. 18

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

zobacz także: program Festiwalu Fabuły 2018

Zobacz także: „Robinson w Bolechowie” Macieja Płazy

Zobacz także wywiad z Maciejem Płazą: Uważam, że nie jesteśmy wolni

Przeciw czcicielom boga Rahu >>

Marcin Markowski: Książki najpierw wącham >>

Baśnie ze wsi >>