Kiedy twoim jedynym followersem jest śmierć

14 grudnia 2016

Wyróżnienie - Konkurs WOLNOŚĆ JEST… Festiwal Fabuły 2016

Prezentujemy opowiadanie Joanny Witczak, które zdobyło wyróżnienie w konkursie WOLNOŚĆ JEST…? w ramach Festiwalu Fabuły 2016.

Korowód substancji smolistych wdzierał się do płuc, równie nadszarpniętych, co zielone płuca świata. Ten gest samozniszczenia odbywał się w atmosferze intymności, stała bowiem za przystankiem autobusowym, nie zwracając niczyjej uwagi. Nikt nie śmiał okazać swojej dezaprobaty, żyła w kraju, w którym chodnik pełnił funkcję popielniczki, a po chodniku chodzili ludzie z papierosami przyklejonymi do warg, wzbogacając grymas niezadowolenia o nowy środek wyrazu. Łapczywie zaciągała się papierosem, papierosem innego rodzaju niż te wyemancypowane, palone przez Marlenę Dietrich, czy te stymulujące artystycznie, którymi raczył się Jackson Pollock. Nie był to papieros palony w kłębowisku pościeli, po uniesieniach erotycznych, nie wyszła na papierosa po pochłonięciu przepysznego dania we włoskiej restauracji, nie był to nerwowo palony papieros, który ma zagłuszyć stres przed pierwszym rendez-vous. Paliła prostackiego, nieciekawego papierosa, odartego z mitu, zlepionego z obrzydliwych trocin, najpewniej oszczanych przez chomika, i barwiącego uzębienie na kolor cytrusów, a śmierdzącego tak, że osoby od PR-u powinny namówić producenta mentosów, żeby ten zapewnił jej dożywotni zapas tych najbardziej miętowych. Lecz paliła ze smakiem, pewna, że może rozkoszować się tą porcją rakotwórczego koktajlu przez najbliższe minuty, autobus lubił się spóźniać, a ona nie potrafiła trwać w bezczynności. Przyzwyczajona do ciągłego ruchu, mogła oddać się rytuałowi szukania zapalniczki, wkładania papierosa do spierzchniętych ust i wpatrywania się w rozżarzony świetlik, który rozjaśnia mrok czekania. Skrzywiła się, gdy zauważyła, że na rozkładzie jazdy wykwitł rysunek przedstawiający falliczny kształt, nieco uproszczony, chociaż zachowujący anatomiczną dokładność.

Wyciągnę poetyckiego królika z kapelusza, przygotujcie się na prawdziwą literacką jazdę, należy bowiem zaznaczyć, że ten żałosny rozkład jazdy, z nabazgranym penisem, stanowi idealną metaforę jej życia, przy czym kutas nie ma stanowić zapowiedzi życia erotycznego. Ona po prostu od dawna czuje się brutalnie penetrowana przez pustkę.

Wiedziała, że zjawi się w pracy czterdzieści minut przed rozpoczęciem zmiany, będzie więc miała wystarczająco dużo czasu, aby spalić kolejnego prostackiego, nieciekawego papierosa, przejrzeć gazetkę handlową (kolaże wędlin, serów i proszków do prania oraz jaskrawe napisy, zapewniające o hicie cenowym – to jest prawdziwa literatura współczesna), uświadomi sobie przy okazji, że powinna udać się na zakupy, ale jest tak biedna, że pająki, które przędły pajęczyny w przegródkach jej portfela, pozdychały z głodu. Przypomniawszy sobie o własnej niedołężności finansowej, kredycie zaciskającym się na szyi, piętrzących się rachunkach, wszystkich pragnieniach skazanych na niespełnienie przez okrutnego sędziego, o pierdolonym zeszyciku, w którym skrzętnie zapisywane są wydatki, zeszyciku, który zaprasza marzenia do gazu, wpadnie w przygnębienie. Nie zdąży się jednak w nim zatopić, bo do zakładowej stołówki przybędzie Halina, Sylwia czy inna Ala, niezwykle uradowana, że ujrzała kumpelkę do pogaduszek. Pogaduszki będą obejmować tematy związane z gospodarstwem domowym, rozmówczynie podzielą się okultystycznymi metodami na okiełznanie plam, garnków i ogródka, płynnie przejdą do fizycznych dolegliwości, które im ciążą, wymieniając litanię wszystkich chorób zdiagnozowanych, niezdiagnozowanych, acz ewidentnych, oraz niezdiagnozowanych, acz przypuszczalnych. Finał dialogu zarezerwowany jest na pracownicze plotki, bezzwłocznie oprawione w konspiracyjną formułę. Rzut oka na zegarek przepędzi pracowniczki na halę produkcyjną, nie zapomną oczywiście o pozostawieniu mózgu w śniadaniówce, tuż obok kanapki i ogórka kiszonego. Mózg? A po co to komu! Wszak przez najbliższe godziny będą naoliwionymi maszynami, wsiąkną w posthumanistyczny krajobraz, każdy ruch uszyty przez tego samego krawca tą samą nicią, idealnie skrojony na wydajność. Mózg potrafi uwierać, mogłyby się przecież zrodzić niepożądane myśli o spierdalającej młodości, kurczącym się kolagenie, wszechogarniającym sflaczeniu. Ten statek odpływa na taśmie produkcyjnej, która zagarnia wszystko, zostawiając swoje żywicielki z podkrążonymi oczami i bruzdami na twarzy (barokowi malarze obśliniliby posadzkę na widok owej taśmy produkcyjnej). Ta myśl najpewniej spowolniłaby sprawne rączki, a pracownice dostają pieniądze nie za kontemplację swego marnego żywota, lecz za sprawne rączki, właśnie dlatego zaleca się lobotomię, rach-ciach i po strachu, może nawet spłynie na ciebie łaska kierownika i otrzymasz bon rabatowy oraz słowa uznania. Osiem godzin pracy codziennie, ciało naszpikowane bólem – światło jarzeniówek wypalające gałki oczne, dźwiganie okropnych ciężarów, poharatane dłonie, jeszcze gorsze od świadomości, że nie pójdzie się do masażysty, nie wygrzeje się swej nędznej powłoki na wakacjach pod palmą (namiastką tropików, na którą mogą sobie pozwolić, jest deska sedesowa z rajskim widokiem), nie pokryje się spracowanych dłoni aksamitnymi rękawiczkami, no i ten cholerny mózg, który nie chce się wyłączyć, chociaż tak bardzo pragniesz całkowitego zautomatyzowania i zredukowania się do sprawnych rączek.

Bolesne szarpnięcie serca, nerwoból i zgaszenie papierosa, papierosy mają to do siebie, że kiedyś należy je zgasić, zwłaszcza te niewyemancypowane i niestymulujące. Na przystanku atmosfera zaczęła pulsować zniecierpliwieniem, autobus nie przyjeżdżał, a magiczne zaklęcie kurwa zawodziło, dreptali więc wszyscy, tworząc pokraczne konstelacje. Ruchy te kryły w sobie afekt i agresję. Widok ten nie był dla niej żadnym novum – wszakże frustracja zdetronizowała azot i stała się głównym składnikiem powietrza w kraju (w tym kraju, gdzie pali się wyłącznie niewyemancypowane i niestymulujące papierosy) – przyzwyczaiła się do gęb wykutych z niezadowolenia, gęb zmasakrowanych przez zmęczenie, zgorzknienie, zduszenie, i po gombrowiczowsku sama nie uciekła od tej gęby. Gęba ta spoziera na nią codziennie, gdy tylko próbuje zeskrobać z żółtawego szkliwa resztki jedzenia, wyłania się z plam po paście do zębów i smug po płynie do szyb, przygnębia ją, bo jak to się mogło stać, że kiedyś była taka ładna, taka świetlista, a teraz najlepiej by zrobiła, gdyby zakryła swe oblicze maską, może nawet wyglądałaby na muzyka deathmetalowego. Wtem w bańce ze spalin doczłapał pożądany luksusowy środek komunikacji dla pospólstwa, wsiadła, zajęła najbardziej alienujące miejsce i zaczęła wpatrywać się w pejzaż za szybą, karmiąc swoje oczęta kolejną porcją szpetoty. Projektanci przestrzeni miewają chyba depresję.

Za ponad dziewięć godzin będzie w tym samym punkcie, tylko że w drodze powrotnej, niezbyt to pocieszające, bo cóż za różnica? Dom jest przedłużeniem pracy, kolejną serią mechanicznych ruchów ściereczką, powtarzaniem tych samych próśb i zażaleń, trawieniem tych samych pokarmów, jałową próbą zbudowania tamy, która miałaby blokować kolejną falę chujowości (raz na dwa miesiące kino, ciasta drożdżowe z rabarbarem, wódeczka na stół, kiedy sąsiedzi przyjdą wieczorem w odwiedziny, wódeczka na stół, kiedy sąsiedzi wrócą do siebie, ulubiony serial o dwudziestej, tylko cśśś, nie przeszkadzaj). Tama ma jednak sporo szczelin i nie można ich wypełnić kitem w postaci spokojnego głosu psychoterapeuty, cały dzień w pracy to niecałe dwadzieścia pięć minut sesji, chyba jasne, że osoba w jej położeniu nie powinna cierpieć na żaden dyskomfort psychiczny, na depresję mogą sobie pozwolić projektanci przestrzeni miejskiej, a nie potomkowie tych, którzy kiedyś zamieszkiwali poddasza w kamienicach.

Za ponad dziesięć godzin spróbuje wspiąć się na górę brudnych naczyń zalegających w zlewozmywaku, chrapanie Starego będzie dopingować jej alpinizm, całe jej życie jest sportem ekstremalnym, gdyż wykonuje ona syzyfowy wysiłek, ażeby zeskrobać brud z patelni i z homogenicznych dni. Za ponad dziesięć godzin przez przypadek skaleczy się w palec nożem do chleba i zrodzi się w niej potrzeba kontynuowania tego skaleczenia, spotęgowania go, pogłębienia na tyle, aby całe ciało stało się skaleczeniem, aby z powstałej rany wyślizgnęła się dusza. Za ponad dziesięć godzin z hakiem pierwszy raz poczuje się wolna.

JOANNA WITCZAK

JOANNA WITCZAK – ur. 1994, studentka filologii polskiej I roku II stopnia na specjalności estetycznej, wcześniej związana ze specjalnością artystycznoliteracką, od lat działa w teatrach amatorskich, pisze krótkie formy prozatorskie.

Zobacz także: Festiwal Fabuły: Konkurs WOLNOŚĆ JEST…? Rozstrzygnięcie!

Narodowy kornik walczący („Nieumarły las”) >>

Seryjni poeci 47: Grzegorz Olszański – wiersze >>

Seryjni poeci 47: Patryk Czarkowski – wiersze >>