Literatura to eksperyment

12 czerwca 2017

Tadeusz Sławek zamekczyta.pl

Z Tadeuszem Sławkiem, poetą, tłumaczem i laureatem Poznańskiej Nagrody Literackiej – Nagrody im. Adama Mickiewicza rozmawia Anna Solak.

Anna Solak: Lubi Pan Mickiewicza?

Tadeusz Sławek: Mickiewicz to temat rzeka. Bardzo żałuję, że dość powierzchownie czyta się takie dzieła jak „Pan Tadeusz”, czyniąc z niego pomnik narodowy, podczas gdy to jest wielkie studium polskich kompleksów i przywar narodowych. Szkoda, że zadręcza się nim młodzież, nie próbując zrozumieć go jako wielkie dzieło krytyczne. To pierwsza sprawa. A druga – muszę przyznać, że bardzo późno olśniły mnie paryskie wykłady Mickiewicza, które wydają mi się absolutnie znakomite. Jego intuicje historyczne, oceny, diagnozy i opisy pewnych zjawisk, na które mamy poglądy jednoznaczne, typu liberum veto czy wolna elekcja. Zupełnie przytomny i trzeźwy osąd. Jestem pod wielkim wrażeniem Mickiewicza jako myśliciela.

Niedocenionego, dodajmy.

Kompletnie. Przynajmniej w obiegu dydaktycznym ta część Mickiewicza w ogóle nie funkcjonuje. Albo został upomnikowiony, albo wypisany na margines. Problem polega na tym, że edukacja szkolna nastawiła się głównie na fragmenty albo teksty krótkie z natury, np. opowiadania. Jeśli młody człowiek będzie sumienny i zdolny, może sobie poskłada tego „Pana Tadeusza” do kupy, tylko że to przecież nie o to chodzi.

To dlatego młodzi nie czytają?

Nastąpiło coś, co określiłbym jako przewaga dydaktyki nad literaturą w szkole. I to zabija czytelnictwo. Na studiach do tej fragmentaryczności dochodzi jeszcze wymaganie od literatury „użyteczności”, nawet przez studentów polonistyki, którzy dzisiaj chętnie widzą się w roli specjalistów od marketingu, PR-u i komunikacji kryzysowej. A to czytelnictwu literatury na pewno nie sprzyja. Literatura to eksperyment – na przykładzie nie moich losów ćwiczę własne losy. To w pewnym sensie próba generalna naszego życia. Na to trzeba czasu, a dzisiaj żyjemy w czasach niecierpliwych. Nic dziwnego, że zanika również sztuka notowania na marginesach, co zawsze było fascynujące.

Pan notuje na marginesach?

Robię to, ale bardziej nawet szukam takich książek w antykwariatach. Najczęściej nie wiemy, kto to robił, więc możemy stwarzać fikcyjne życiorysy. W ten sposób człowiek ćwiczy wyobraźnię, buduje się kolejna literatura. Dobrze, by nie być w antykwariatach i księgarniach anonimowym. Oczywiście nie chodzi tu o imię, nazwisko i adres, ale o to, by obustronnie i w atmosferze miłości korzystać w nich z przedsięwzięcia pod tytułem książka. Internet zrobił w tym względzie dużo dobrego i złego zarazem. Ujednolicanie rynku książki szkodzi tej ostatniej, bo przecież literatura opiera się na różnorodności. Nie można z nią obcować, jak się obcuje – z całym szacunkiem – z jarzyną czy owocem. Wymaga osobistego podejścia.

Pan kupuje książki w internecie?

Tylko kiedy muszę. Natomiast nie czytam z tabletu, nie potrafię się zżyć z ekranem. W ogóle mnie to nie bierze.

A jeśli chodzi o pożyczanie książek?

Nie mam z tym problemu. Nigdy nie sporządziłem bilansu zysków i strat, bo uważam, że książka powinna cyrkulować. Ostatnio zainteresowałem się studiami introligatorstwa, to znaczy miejscami, w których to praktykują. W Katowicach jest mistrz introligatorstwa, u którego oprawiam niektóre swoje książki. Nie walczymy tam o żaden artystyczny design, po prostu oprawiamy w skórę. Książka jest też sprawą estetyczną.

To może ma Pan też własny ex libris?

Nie, nie. Jestem człowiekiem, który ma słabo wykształcone poczucie własności. Szanuję ją i respektuję, ale niechętnie zaznaczam, że coś jest moje.

Bardzo hippisowskie podejście.

Bardzo.

Podobno ludzie dzielą się na tych, dla których książka to świętość – i nie założą nawet listka jako zakładki, żeby broń boże jej nie zniszczyć – i na tych, którzy używają jej jak każdego innego przedmiotu.

To ja skomplikuję Pani tę klasyfikację i dodam jeszcze trzeci rodzaj. Są i fundamentaliści, dla których wszystko musi być dziewicze i gładkie i ci, którzy po książkach piszą. Ale ta druga grupa dzieli się jeszcze na tych, którzy piszą ołówkiem i tych, którzy stosują kolorowe podkreślenia. Ostatni są przez tych „ołówkowych” oceniani jako leniwi, bo zamiast dopisywać własne przemyślenia, po prostu machną jakiś fragment mazakiem. Skoro już nawiązaliśmy do fenomenologii czy też geografii czytania, polecam wydaną ostatnio przez wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego książkę Krystyny Koziołek „Czas lektury”, której część jest oparta na serii zdjęć przedstawiających osoby czytające w restauracji, domu, kawiarni, tramwaju… Autorka opisuje te zdjęcia, próbując wysnuć, co można powiedzieć na podstawie takich obrazów.

A gdzie Pan czyta najczęściej?

Lubię czytać w tak zwanym międzyczasie, którego podobno nie ma. Pewnie zaraz nazwie to Pani świństwem.

Skądże! Nie opowiedziałam się jeszcze po żadnej ze stron.

Nie mam wyobrażenia czytania jako zajęcia zajmującego bardzo wiele czasu. Czytam zawsze kilka rzeczy na raz i zawsze w epizodach 15-minutowych.

Coś jak krótka drzemka?

Coś takiego. W niczym nie ujmuje to cnót długiego czytania, ale z biegiem lat coraz bardziej doceniam takie krótkie wycieczki do literatury. Nie zawsze trzeba przecież przeczytać książkę od deski do deski. Wybiórczy kontakt z książką też jest wartościowy. Oczywiście pod warunkiem, że nie będziemy wtedy krytycznie oceniać całości, bo to byłoby naganne. Proszę też pamiętać, że do książki zawsze można wracać. Albo otwierać na chybił trafił. Zupełnie inne są doświadczenia biblioteczne, takie olśnienia, kiedy chwytam coś przypadkowego i przepadam. Czasem nawet zapominam, po co przyszedłem. Wierzę w takie przypadki.

Ostatnia taka przygoda?

Taka na chybił trafił? Trafiłem ostatnio na piękny fragment otwierający piąty tom „W poszukiwaniu straconego czasu”. Pierwsze zdania tego tekstu, w których Proust mówi o tym, że jeszcze się dobrze nie obudził, a miasto już mu daje znać o sobie swoimi hałasami, swoim dźwiękiem i zapachem. To fantastyczne. Mówi nam coś o mieście i o człowieku w nim. Przygodni jesteśmy w tym życiu, przypadki nas piszą, więc lektura również.

A co teraz Pan czyta?

W tej chwili czytam, odreagowując trochę znużenie, jakie wywołał we mnie film Jima Jarmuscha „Paterson”. A to mnie zdenerwował… Muszę Pani powiedzieć, że o ile zawsze ceniłem tego reżysera, a jego pseudohorror „Tylko kochankowie przeżyją” uważam za dzieło wybitne, o tyle „Paterson” mnie przymulił. Wiedziałem oczywiście wcześniej, że to film na podstawie znaczącego poematu Williama Carlosa Williamsa, którego fragmenty znałem. Noszę go teraz przy sobie i usiłuję zgadnąć, dlaczego Jarmusch zrobił mu taką krzywdę. To przykład literatury wynikającej z prowokacji. Oprócz tego od jakiegoś czasu – co jest oczywiście musztardą po obiedzie i wiem, że jestem spóźniony – bardzo zacząłem cenić Thomasa Bernharda. Którego długie, mityczne pisanie bezkresnymi zdaniami bardzo mnie ujmuje. To pisanie muzyczne, a ja muzyczność cenię bardzo.

Zachłystuje się Pan autorami?

Zdarzyło mi się to tylko w przypadku kilku. To był William Blake, w którym siedziałem kiedyś bardzo mocno i Henry David Thoreau, którego przeczytałem w całości, z czternastoma tomami „Dzienników” włącznie. Kupionymi, nawiasem mówiąc, w miejscowości, w której mieszkał i z adnotacją poprzedniego właściciela, którego zresztą zidentyfikowałem.

Rozczarowania?

Wie Pani, nie. Ale może to bierze się z tego, że staram się zawsze dość oszczędnie lokować oczekiwania. Na ogół daję autorom kredyt zaufania, a jeśli nawet mnie zawodzą, nie nazwałbym tego rozczarowaniem. Autor nie ma obowiązku sprawiania mi przyjemności. Pisze, jak uważa za stosowne, a jeśli go nie lubię, to już mój problem.

Ważne, że w ogóle wywołuje emocje.

Tak. I tu wracamy do problemu niskiego czytelnictwa. Szkoła nie pozwala rozmawiać o emocjach w kontekście literatury. Uczeń ma interpretować utwór, a nie powiedzieć, co czuje. Zapominamy o tym, że literatura jest emocjonalna. To spory problem.

Skoro jesteśmy już przy emocjach – ma Pan jakąś ukochaną książkę z dzieciństwa?

Wyrosłem na „Doktorze Dolittle”, dziś już zupełnie zapomnianym. Potem przeszedłem oczywiście na Karola Maya, jestem Winnetou. A jako trzeci – Juliusz Verne. Nie tyle ten kosmiczny, co „Dzieci kapitana Granta”, a przede wszystkim „Dwadzieścia tysięcy mil podmorskiej żeglugi”, którą uważam za książkę wielką. A do wielkiej klasyki jak „Alicja w Krainie Czarów” i „Piotruś Pan” wróciłem już jako dorosły. Potwierdza się tu teza, że dobra literatura dla dzieci, tak naprawdę jest dla dorosłych. Dwie ostatnie pozycje traktuję jak dzieła filozoficzne.

rozmawiała: ANNA SOLAK

 

PROF. TADEUSZ SŁAWEK (ur. 1946) – polonista, anglista, poeta, prozaik, tłumacz angielskich i amerykańskich poetów, jeden z najwybitniejszych reprezentantów współczesnej myśli humanistycznej w Polsce, uwielbiany przez studentów wykładowca na Uniwersytecie Śląskim. Jego dorobek obejmuje prace naukowe i eseje m.in: „Wnętrze. Z problemów doświadczenia przestrzeni w poezji” (1984), „Między literami. Szkice o poezji konkretnej” (1989), „Maszyna do pisania. O dekonstruktywistycznej teorii literatury Jacques’a Derridy” (1992), „Strefa szarości. Studia nad literaturą i myślą osiemnastego wieku” (z Tadeuszem Rachwałem, 1993); „U-bywać. Człowiek, świat, przyjaźń w twórczości Williama Blake’a” (2001), „Antygona w świecie korporacji. Rozważania o uniwersytecie i czasach obecnych” (2002), „Ujmować. Henry David Thoreau i wspólnota świata” (2009), „NICowanie świata. Zdania z Szekspira” (2012) oraz „U-chodzić” ( 2015). W latach 70. Współtworzył grupę literacką „Kontekst”; jest autorem kilku książek poetyckich. Od lat 70. współpracuje i koncertuje z kompozytorem i kontrabasistą Bogdanem Mizerskim tworząc unikalną formę literacko-muzyczną „esej na głos i kontrabas”. Laureat tegorocznej Poznańskiej Nagrody Literackiej – Nagrody im. Adama Mickiewicza.


ANNA SOLAK
(ur. 1987) – dziennikarka i redaktorka miesięcznika „IKS” i portalu Kulturapoznan.pl. Absolwentka historii, dziennikarstwa i Polskiej Szkoły Reportażu. Miłośniczka literatury pięknej i non-fiction. Książki darzy miłością nieokiełznaną i bezgraniczną, czytając je namiętnie w każdej wolnej chwili i dowolnym miejscu.

O tomie „Inne” Krzysztofa Bąka >>

Seryjni Poeci 50: Dawid Staszczyk – wiersze >>

Strata. Justyna Bargielska i Agnieszka Kaluga >>