Marek Bieńczyk: Nie mam żadnej kolekcji, tylko rozmnożony bałagan

11 czerwca 2019

Marek Bieńczyk na spotkaniu w CK ZAMEK / PP 2019. Fot. M. Kaczyński ©CK ZAMEK

Mam taką nostalgię z dzieciństwa, bibliotekę dzielnicową, gdzie od wejścia się wchodziło w papucie i szurało tymi papuciami jak w muzeum. Pani nie wie, co to papucie? Z Markiem Bieńczykiem rozmawia Anna Solak.

Co pan teraz czyta?

Wie pani, czytam, co mi zadają, bo jak szykuję się na jakąś dyskusję o Canettim, to muszę czytać Canettiego, chociaż jego mam akurat dość odczytanego. Blanka Nowicka zadała mi parę dni temu „Laboratoria zmysłów” Piera Camporesiego. Nie wiem, jak ja to przegapiłem, to w końcu moja tematyka. Więc to są lektury zadane. Bo ja jestem zadaniowy – jak pies, dajmy na to border collie. Ostatnio przypominałem sobie Niziurskiego, bo pisałem jakąś recenzję i w pewnym sensie czytałem go na nowo.

Uwielbiam Niziurskiego!

Tak?

Tak. Nigdy nie czytałam tak zwanych książek dla dziewczyn.

Ale pani jest za młoda, żeby czytać Niziurskiego!

Wcale nie. Mam 32 lata, więc jeszcze się załapałam na niego.

Gdyby pani miała 52, tobym zrozumiał.

W gminnej bibliotece mojego rodzinnego miasteczka zawsze był Niziurski.

Tak? Nie podmienili go na fantasy?

Cała półka. I jak stał, tak stoi pewnie do dziś.

No widzi pani. A przypomniałem sobie, że miałem jeszcze kolejne zadanie, bo uczestniczyłem ostatnio w Pradze w debacie o Kunderze, więc musiałem sobie wszystkie jego książki przypomnieć. Trzydzieści lat nie czytałem „Żartu”. Lepsze, niż myślałem. To tyle z zadań. Oczywiście czytam wiele książek naraz, to wszystko leży dookoła. Jedna zaczęta, druga nieskończona…

Myślę, że jak większość z nas.

Tak, chociaż lepiej czytać od deski do deski chyba, inaczej się nie skończy. Spoza zadań, chociaż nie, bo to żona mi kazała, czytam jeszcze szósty tom Knausgårda.

Żona kazała?

Bo pożyczyła, trzeba oddać. Przeczytałem już pierwszych pięć tomów – jedne dokładniej, inne tylko przeleciałem, szczerze mówiąc. Mam na biurku jeszcze ostatnią książkę Jarosława Rymkiewicza o Mickiewiczu i jego wiersze, które wyszły parę miesięcy temu. Zadaniowo czytałem jeszcze Michela Leirisa i ostatniego Houellebecqa. Czytam też pamiętniki XIX-wieczne ze względu na pracę, którą właśnie wykonuję.

No to już mnie pan okłamał, mówiąc wcześniej, że czyta bardzo mało.

Czytam jeszcze pisma literackie przed zaśnięciem, „Literaturę na Świecie” i francuskie „L’Atelier du roman”. Zwykle przed snem, ale krótko, dopóki nie zasnę. Do tego jeszcze całkiem niedawno czytałem najnowszą książkę Djuny Barnes,Odstępy nocy”, którą wydało Ossolineum. Bo to modne w środowisku, więc próbuję nadążyć. I jeszcze „Lincolna w Bardo” George’a Saundersa, ale nie wiem, czy to dobry pomysł przed zaśnięciem. Za szybko się zasypia. No ale nie mam na czytanie czasu w ciągu dnia, bo rano sam próbuję pisać. Stara prawda, że jak się samemu pisze, to się mało czyta.

Myślę, że lista jest wystarczająco długa.

To dobrze. Wystarczy na porządny wizerunek. Wie pani, najwięcej czytałem wtedy, kiedy miałem 8–9 lat.

Tego Niziurskiego właśnie?

Niziurski, Bahdaj, oczywiście Alfred Szklarski. No i Wanda Chotomska. Wszystkie książki indiańskie, które były dostępne, czyli Karol May, Arkady Fiedler. Juliusz Verne, z nieco mniejszą pasją. Albo „Czarne wampumy głoszą wojnę” Jana Szczepańskiego. Co za tytuł! Z dużą namiętnością czytałem też „Anię z Zielonego Wzgórza”, wszystkie tomy. To jedna z ważniejszych książek mojego dzieciństwa, ważniejsza niż „Kubuś Puchatek”.

O, to ładne. Ale dlaczego akurat Ania?

Po pierwsze dlatego, że to porządna, epicka powieść. Po drugie – Kanada, która z niewyjaśnionych powodów marzyła mi się zawsze, od dziecka. Może dlatego, że pachniała żywicą. Po trzecie dlatego, że kochałem się wtedy w Ani. To znaczy nie w tej książkowej, w innej, ale utożsamiałem się z Gilbertem i przenosiłem sobie postaci z książki na własne życie. Albo odwrotnie. A jeden z moich największych błędów młodości polegał na tym, że kiedy mi zabrakło gotówki, to pomyślałem, że jestem już dorosłym mężczyzną i sprzedałem swoje egzemplarze. Okazało się, że jednak nie byłem, zachowałem się jak szczeniak. Teraz chciałbym, żeby były przy mnie. Nie muszę ich nawet czytać, ale ważne, żeby były w domu.

Czyli ma pan w sobie coś z kolekcjonera.

Już nie. W pewnym momencie przestałem kupować książki, bo po prostu przestały się mieścić. Za komuny kupowałem najwięcej, bo książka była wtedy towarem niedostępnym. Teraz nie mam już tego genu zbieractwa, ale pewne tytuły po prostu chciałbym mieć. Te, które mam, są rozproszone w wielu miejscach.

Pożycza je pan komuś?

Nie dość, że pożyczam, to jeszcze nie zapisuję komu – i one czasem giną. Kiedyś powiedziałem w jednym z wywiadów, co mi zginęło i ten, kto ją pożyczył, w końcu, po 10 latach, oddał. Tak sprytnie zrobiłem.

Cała Polska się dowiedziała i podziałało.

Cały świat, od Meksyku po Tahiti. Chociaż i tak nie mam żadnej kolekcji, tylko rozmnożony bałagan. W pewnym momencie postanowiłem, że nie będę już tak zagracał swojego nowego mieszkania jak poprzednich, zostawię trochę powietrza, pewien rodzaj minimalizmu. Lecz okazało się, że po prostu mam tam za mało półek na książki. Część z nich mam w piwnicy, część w starej popsutej lodówce, część wożę w bagażniku. Inne oddaję, na przykład do bibliotek.

No to rzeczywiście musi być ich sporo. To może lepiej przerzucić się na wspomniane biblioteki?

Bibliotek jako miejsca pracy unikam, bo już nie lubię ich tak jak kiedyś. W Narodowej cała Warszawa nie może w tej chwili dostać miejsca, to karygodne. Teraz mam tylko jedną, którą lubię, wręcz kocham – iblowską (Biblioteka Instytutu Badań Literackich PAN – przyp. red.). Tam są „moje panie”, tam czuję się jak w domu. Nie lubię tego całego procesu zamawiania, czekania w kolejce, stempelków. Mam taką nostalgię z dzieciństwa, bibliotekę dzielnicową, gdzie od wejścia się wchodziło w papucie i szurało tymi papuciami jak w muzeum. Pani nie wie, co to papucie?

Wiem, chociaż w mojej bibliotece ich nie było.

Przez te papucie wsiadało się jakby do innego wehikułu. Poza tym książki były owinięte w szary papier, więc kiedy się w nich szperało, to trzeba było każdą z osobna wyciągnąć i otworzyć, żeby zobaczyć, jaki to tytuł. Lubiłem to, w tamtych bibliotekach panowała dziwna troska, nastrój świętości. Kiedyś w bibliotece na Sorbonie ukradli mi kapelusz, a myślałem, że biblioteka to miejsce święte, w którym się nie kradnie.

W takim razie zabiera pan książki ze sobą, wychodząc w domu? Tego wielkiego Knausgårda na przykład?

Nie, szósty tom akurat czeka w domu. Leży w konkretnym miejscu i to ja do niego podchodzę. Ale miałem inny tom na miesięcznym spływie kajakowym, na który jeździmy co roku z przyjaciółmi, od trzydziestu lat. Moi znajomi łowią wtedy ryby albo patrzą w krzaki, a że ja jestem mało panteistyczny, nie wtapiam się w naturę, zawsze muszę mieć oddzielną torbę książek – i kiedy nie płyniemy, to czytam. Mamy też zwyczaj, że ja albo przyjaciel czytamy reszcie na głos, na przykład kiedy pada deszcz. Zdarzyło nam się przeczytać w ten sposób całą „Zazdrość i medycynę” Michała Choromańskiego, świetna powieść. Lato było deszczowe tamtego roku.

Nie przerzuci się pan na czytnik?

Nie wiem, na razie obchodzę się bez. Mój jedyny postęp jest taki, że w PDF-ie zamawiam książki z Francji albo czytam w ten sposób te wysyłane mi do recenzji. Więc kiedy tylko mam zajęcia za miastem, po prostu zabieram książki ze sobą. Rzadko mi się zdarza nie czytać w czasie wolnym, to po prostu odruch. Wychowany w kulturze judeochrześcijańskiej mam poczucie winy, czyli obowiązku – jeśli mam coś zadane, to jest to na pierwszym miejscu, nawet w podróży. No i wtedy zabieram swoje notatki i wszystkie potrzebne książki ze sobą, one są dla mnie jak psy warowne.

Á propos pisania i książek. Naprawdę tylko notatki?

Mam parę brzydkich zwyczajów, na przykład z tyłu książki zapisuję numery stron. Albo zaznaczam coś kropką w tekście. Próbuję nie mazać w książkach, ale zdarza mi się. Czasami zrobię zdjęcie, kiedy potrzebuję jakiegoś cytatu. Albo zakładam książkę kawałkiem gazety, kiedy nie chce mi się wstawać z fotela.

To raczej dyskretne sposoby.

Kiedyś potrafiłem mazać po książkach długopisem. Na przykład wczoraj.

A jak traktowało się książki w pana domu rodzinnym?

U mnie było tak, że pamiętam książki w domu, od kiedy tylko zacząłem rozróżniać przedmioty. Stała u nas taka biblioteczka, mebel. I tam była cała klasyka, czyli Sienkiewicz, Mickiewicz, Prus, różne inne rzeczy. Zacząłem to wszystko czytać, mając lat 8, i stopniowo przeczytałem wszystko, pewnie do 13 roku życia. Dla mojego ojca książki były święte. Pochodził z porządnego przedwojennego domu, przed wojną robił maturę. Uważał, że książki w domu po prostu powinny być. Bolało go, że sam nie miał humanistycznego wykształcenia, ale cieszył się, że ja czytam, to było dla niego ważne. Za jego życia wyszły dwie moje pierwsze książki i widziałem, że był z tego powodu szczęśliwy. Nigdy mnie nie namawiał, żebym zdobył jakiś inny zawód czy zarabiał konkretne pieniądze. Z kolei matka nie miała takiego zacięcia książkowego jak ojciec, ale kiedy zmarł, a ona przeszła na emeryturę, zaglądała do nich. Gdyby ją pani zapytała o nazwiska polskich pisarzy, mogłaby ciągnąć tę litanię bez końca.

Czyli pan przejął ten etos od ojca, a matka od pana. Taka pokrętna ścieżka.

Tak. Niemal zmuszałem matkę do czytania. Wydawało mi się, że to jedyna rzecz, którą można zwalczać samotność. Ale być może się myliłem.

 

rozmawiała: ANNA SOLAK

MAREK BIEŃCZYK (1956) – prozaik, eseista, historyk literatury, tłumacz. Opublikował powieści „Terminal” (1994) i w „Tworki” (1999), a także książki eseistyczne;. „Czarny człowiek” (1991) „Melancholia. O tych co nigdy nie odnajdą straty” (1998), „Oczy Dürera. O melancholii romantycznej” (2002), „Przezroczystość” (2007), „Książka twarzy” (2011), „Jabłko Olgi, stopy Dawida” (2015), „Kontener” (2018). Jest także autorem książek dla dzieci, m.in. „Księcia w cukierni” (2012). Uchodzi za jednego z twórców założycieli polskiej krytyki winiarskiej. Zajmuje się ponadto tłumaczeniami z języka francuskiego, przede wszystkim książek Milana Kundery. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Nike za „Książkę twarzy”. 

ANNA SOLAK  (ur. 1987) – dziennikarka i redaktorka miesięcznika „IKS” i portalu Kulturapoznan.pl. Absolwentka historii, dziennikarstwa i Polskiej Szkoły Reportażu. Miłośniczka literatury pięknej i non-fiction. Książki czyta w każdej wolnej chwili i miejscu.

Las to za mało! >>

Tomasz Bąk: „Pana Samochodzika” tłukłem naprawdę mocno >>

PP 2019: Łukasz Kaźmierczak / Łucja Kuttig – laureat Konkursu im. Klemensa Janickiego >>