Olga Drenda: Nie jestem człowiekiem opowieści

19 marca 2019

Na pytania Anny Solak odpowiada Olga Drenda.

od lewej: Jakub Głaz, Olga Drenda. Fot. M. Kaczyński ©CK ZAMEK

Uwielbiam czasem sięgnąć po jakąś sążnistą, suchą teorię. Ostatnio ktoś też mnie zapytał, co teraz czytam. Odpowiedź brzmiała: „Ludowe malarstwo dewocyjne kręgu częstochowskiego”. Z Olgą Drendą rozmawia Anna Solak.

 

Co czytasz w tej chwili?

Czytam zawsze w międzyczasie, to bardzo różnie wypada. Może to śmieszne, ale ostatnio chwilowo nie czytałam nic. A ostatnio komiks Daniela Clowesa „Wilson”, który wzięłam ze sobą do pociągu, ale ostatecznie zamiast czytać, drzemałam, i książkę „Co u pana słychać?” Krzysztofa Kąkolewskiego, którą chciałam sobie odświeżyć.

A więc komiks i reportaż.

Jeżeli czytam opowieści, to najchętniej w formie komiksu. Ostatnio bardzo podobał mi się „Weź się w garść” Anny Krztoń. Zdarza się i poezja, na przykład wiersze Emily Dickinson, na których przypomnienie naszła mnie ochota po tym, jak w „Kontekstach” przeczytałam tekst o wpływach homiletyki purytańskiej. Zwykle to jednak non-fiction – jakieś 80 procent tego, co czytam, to właśnie reportaż albo ciężka teoria. To jakoś łatwiej mi „wchodzi”.

Mam taki problem – zresztą z tego samego powodu kiedyś nie oglądałam filmów, nauczyłam się tego dość późno – że kiedy czytam fabułę, to trudniej mi ją zrozumieć. Nawet jeżeli akcja jest wartka, a fabuła konwencjonalna. Mam tego typu „tryb” percepcji. Ktoś mi kiedyś powiedział, że jeden ze słynnych fizyków, chyba Niels Bohr, chodząc do kina, nie mógł w ogóle zrozumieć, jakie są powiązania pomiędzy pokazywanymi obrazami. Ze mną jest podobnie – nie jestem człowiekiem opowieści.

Może wynika to z tego, że trudno ci wejść w historię, o której wiesz, że od początku do końca jest wyssana z palca.

Tak, zdaje się, że mam problem z zawieszeniem niewiary. Nie lubię fantazjować, nie przepadam za wyobrażonymi światami. To nie tak, że mam coś przeciwko nim. Po prostu nie jestem w stanie przejść przez te drzwi.

Wynika z tego, że spora część literatury jest przez ciebie kompletnie odsunięta.

Niestety. Mówię to z pewnym żalem, bo oczywiście wiele z tych rzeczy chciałabym przeczytać i wiem, że pewnie omija mnie sporo satysfakcji z literatury. Nawet myślę sobie czasami, że poczytałabym jakąś powieść, ale kiedy po nią sięgam, szybko okazuje się, że „nie kumam bazy”, więc rezygnuję i zaczynam czytać coś nowego.

W myśl zasady, że nie ma co tracić życia na książki, które nie wciągają?

Tak. Oczywiście mam powieści, które lubię, na przykład „Życie i los” Wasilija Grossmana, ale może to dlatego, że Grossman był też reporterem i ta jego wrażliwość realisty tam się ujawnia.

A inni lubiani reportażyści? Tłumaczyłaś na język angielski m.in. „Bukareszt. Kurz i krew” Małgorzaty Rejmer, więc to pewnie jedno z takich nazwisk.

Zgadza się. Bardzo ją lubię – i jako pisarkę, i jako koleżankę. Podobała mi się ostatnio książka Magdy Okraski o Zawierciu – „Ziemia jałowa” – to bardzo utalentowana debiutantka. Poza tym zupełnie zapomniany reporter Bogusław Rajchert, Małgorzata Szejnert, ale to taka oczywista klasyka, czy wspomniany wcześniej Krzysztof Kąkolewski. Jego historia jest zresztą bardzo smutna, bo po odrzuceniu przez środowisko pogrążył się w tworzeniu historii spiskowych i stracił talent. Im bardziej popadał w rozgoryczenie, tym gorsze stawały się jego książki, ale te z lat 70. są po prostu wspaniałe. Bardzo lubię na przykład jego „Dziennik tematów”.

Zresztą to coraz powszechniejsze zjawisko, by przypominać polskich reporterów lat 70. czy 80.

Kiedyś w pewnym antykwariacie kupiłam sobie 30 tomów „Ekspresu reporterów” – po złotówce każdy. Bardzo ciekawe jest wracanie do nich, bo to kompletna sałatka. Z reguły jest tak, że raz na trzy numery zdarzy się jeden świetny reportaż. Bardzo dużo jest średniaków prasowych, są i propagandowe promilicyjne teksty, które czyta się z pewnym niesmakiem, bo wiadomo, że to tak zwany reportaż z tezą, jest i trochę grafomaństwa. Ale kiedy się już trafi na coś wyjątkowego, to zdecydowanie warto.

Sama zbieram kolejne części „Ekspresu”. Wbrew pozorom ludzie często pozbywają się ich na wymianach książek czy regałach bookcrossingowych.

Kiedyś wychodziły w dużych nakładach, więc może się zdarzyć, że ktoś znajdzie je na strychu lub w biblioteczce babci i po prostu zdecyduje się ich pozbyć. Warto je czytać, bo mają w sobie fenomenalny klimat epoki. Z wielką fascynacją przeczytałam kiedyś historię złodziejskiej pary, która wyprawiła się w rajd po Polsce, kradnąc kożuchy. Tacy rodzimi Bonnie i Clyde. Czy to się w ogóle opłacało? Dziś to historia nie do wyobrażenia!

Często odwiedzasz antykwariaty?

Wsiąkłam już bardzo w to non-fiction PRL-owskie i czytam tego naprawdę dużo. Te stare książki są wartościowe, a do tego strasznie tanie, więc tym bardziej warto. Nurkuję też w poszukiwaniu starych poradników czy książek o chomikach, które są bardzo popularne na mojej stronie internetowej.

Zdradzisz swoje ulubione adresy?

W tej chwili najczęściej chodzę do Bukinistów w Katowicach, bo to miejsce najbliższe mojemu miejscu zamieszkania. Bardzo lubię też Rzeczy Używane w moim Mikołowie, gdzie jest bardzo dużo książek po złotówce, więc w cenie jednej książki można wynieść aż 30. No i łódzki Book Się Rodzi. W Poznaniu kupuję czasem w antykwariacie w Pasażu Różowym.

A kiedy już zgromadzisz tyle książek, to lubisz się nimi czasem podzielić?

Uwielbiam puszczać książki w obieg! Gromadzę ich dość dużo, ale staram się mieć to pod kontrolą i co jakiś czas robić sobie miejsce na nowe. Tym bardziej że mam skłonności do chomikowania. Lubię też podarowywać książki, zwłaszcza te, które mogą kogoś podnieść na duchu. Bardzo lubię książki Antoniego Kępińskiego, niesłusznie zapomniane. Część jego psychologiczno-psychiatrycznej wiedzy nie przetrwała próby czasu, ale perspektywa humanistyczno-filozoficzna w psychiatrii nadal jest bardzo ciekawa.

Czytasz tylko na papierze?

Niestety. Kupiłam sobie kiedyś czytnik, ale nie mogłam się przyzwyczaić, więc go sprzedałam. Z audiobookami, których absolutnym fanem jest mój tata, mam podobnie. Nie potrafię robić dwóch rzeczy na raz – słyszę głos, ale nie rozumiem, co mówi, więc treść mimowolnie przelatuje mimo uszu. Żałuję, bo fajnie jest posłuchać głosu aktorów z interesującą aranżacją dźwiękową.

A co jako tłumaczka powiesz o czytaniu w oryginale? Wolisz sięgnąć po polski przekład czy pierwowzór?

Najczęściej nie czytam polskiego przekładu, bo praktycznie nie czytam książek drugi raz. Wyjątkiem jest „Papierowy bandyta” Janusza Dunina, popularna i ważna dla mnie książka literaturoznawcza, którą lubię sobie odświeżyć.

Czy kiedy sama piszesz, to też dużo czytasz? A może starasz się tego unikać, żeby nie „nasiąknąć” stylem innego autora?

Kiedy pisałam i „Duchologię polską”, i „Wyroby” starałam się nie czytać za bardzo współczesnych książek, bo wiedziałam, że mogę popaść w niebezpieczeństwo korzystania z cudzej frazy. Jest ono małe, bo jednak język się różni. Przy okazji pracy nad „Wyrobami” przeczytałam całe kilometry starych numerów „Polskiej sztuki ludowej” – i rzeczywiście język lat 60. był znacznie bardziej zawiły, miał w sobie wiele wtrąceń typu „wszakże” albo „jakoby”, z których dzisiaj się już nie korzysta. Zresztą może i chętnie bym z nich korzystała, ale brzmiałabym wtedy jak Jacek Dehnel albo inny stylista, a myślę, że takie osoby już istnieją w polskiej literaturze i nie ma sensu się powtarzać.

Jeśli chodzi o język, myślę, że Antoni Kroh jest dla mnie jednym z najbardziej niedocenionych autorów, Aleksander Jackowski też fajnie pisał jako teoretyk. Zresztą kiedy się jest etnologiem czy antropologiem, trzeba mieć w sobie umiejętność opowieści. Dariusz Czaja na przykład potrafi bardzo pięknie pisać, a przy tym cały czas zostaje na polu antropologii. To literatura naukowa, ale taka, którą można czytać dla samych walorów literackich.

A co z książkami z dzieciństwa?

Jako dziecko nauczyłam się czytać bardzo wcześnie…

Jak bardzo?

Miałam trzy lata. Byłam wtedy zupełnie pozbawiona zmysłu krytycznego przy wyborze tego, co czytam, a że spędzałam większość czasu w domu dziadków, czytałam wszystko, co tam mi wpadało w ręce. Było trochę literatury dziecięcej, owszem, ale głównie stare dla mnie rzeczy, na przykład z lat 60., „Słownik historii antycznej” czy „Encyklopedia” PWN.

I ty tę encyklopedię od deski do deski…?

Tak, wciągałam i takie rzeczy. Teraz żałuję, że nie wzięłam wtedy udziału w „Wielkiej grze” [śmiech]. Miałam bardzo wiele obfitej, choć trochę nieuporządkowanej wiedzy i świetną pamięć, która popsuła mi się z wiekiem. Kolejną rzeczą, którą fajnie wspominam, jest to, że kiedy byłam mała, bardzo podobały mi się opowiadania Czechowa. Nie rozumiałam, o co w nich chodzi, ale podobały mi się.

Ludzie dzielą się na tych, którzy uważają, że dom bez książek nie wychowa przyszłego czytelnika – i na tych, którzy sadzą, że to jednak nie ma znaczenia, bo jako dorośli i tak sami decydujemy o swoich wyborach. Do której grupy należysz?

Dziadkowie wcale nie byli jakimiś superzapalonymi czytelnikami, w ich domu nie było też literatury znowu aż tak wiele – głównie książki z czasów edukacji mojej mamy i cioci, które po prostu tam zostały. Drugi dziadek, którego z kolei rzadko widywałam, też był totalnym samoukiem. Górnikiem, który słuchał muzyki klasycznej, dużo czytał i faktycznie wszystko to wypracował sobie sam. Stąd formacyjnie jest dla mniej ważna taka umiejętność samokształcenia. Ludzie, którzy to potrafią, bardzo mi imponują.

Skoro tak, to czy na przykład szkoła nie zabiła w tobie takiej podstawowej radości czytania? Mam na myśli choćby lektury, z których trzeba było potem odpowiadać według z góry narzuconego klucza.

Wypracowałam sobie własny mechanizm obronny. Może brzydko się do tego przyznawać, ale większości lektur nie czytałam, tylko słuchałam tego, co się działo na lekcji. W rezultacie mogłam odpowiedzieć na zadane pytanie, ale w międzyczasie zająć się czymś innym.

Bardzo cenisz literaturę naukową?

Tak, zwłaszcza że moje własne książki też leżą gdzieś blisko chociażby eseju. Zresztą uwielbiam czasem sięgnąć po jakąś sążnistą, suchą teorię. Ostatnio ktoś też mnie zapytał, co teraz czytam. Odpowiedź brzmiała: „Ludowe malarstwo dewocyjne kręgu częstochowskiego” [śmiech].

To rzeczywiście zabija.

Prawda? A ja czytałam to dla przyjemności, naprawdę.

rozmawiała: ANNA SOLAK

 

OLGA DRENDA – dziennikarka i tłumaczka, absolwentka Etnologii i Antropologii Kultury UJ. Publikowała m.in. w „Polityce”, „Dwutygodniku”, „Lampie” i „Tygodniku Powszechnym”. Autorka książek „Duchologia polska. Rzeczy i ludzie w latach transformacji”  oraz „Wyroby. Pomysłowość wokół nas”. Mieszka w Mikołowie.

ANNA SOLAK (ur. 1987) – dziennikarka i redaktorka miesięcznika „IKS” i portalu Kulturapoznan.pl. Absolwentka historii, dziennikarstwa i Polskiej Szkoły Reportażu. Miłośniczka literatury pięknej i non-fiction. Książki czyta w każdej wolnej chwili i miejscu.

ZAMEK CZYTA: Spotkanie z Olgą Drendą. Prowadzenie: Jakub Głaz. 26.02.2019, g. 18, CK ZAMEK /Scena Nowa.

Justyna Bargielska – dwa wiersze >>

Common future, czyli o pracy w Polsce XXI wieku („Nie hańbi, ale…” – podsumowanie) >>

Godność i inne przekleństwa, albo wartość pracy >>