Potrzeba oczywistości: „Jaka piękna iluzja” Magdaleny Tulli

16 maja 2018

„Jaka piękna iluzja” Magdaleny Tulli

„Jaka piękna iluzja” Magdaleny Tulli to książka o doświadczeniu wzajemności zadawanego bólu, o wspólnym przeżywaniu go, wreszcie o leczniczym, wygaszającym poczucie osamotnienia otwieraniu się na świadomość wspólności.


RYZYKOWNIE

Spotkanie Justyny Dąbrowskiej i Magdaleny Tulli nie jest wcale spotkaniem niezwykłym. Autorka zbiorów rozmów takich jak „Nie ma się czego bać” oraz „Spojrzenie wstecz” nie zrezygnowała przecież z właściwej sobie formuły. Ale istotną różnicą wobec poprzednich książek jest odbycie wszystkich zamieszczonych w „Jakiej pięknej iluzji” rozmów tylko z jedną osobą. W sposób zasadniczy zmienia to rodzaj stosunku jednej rozmówczyni do drugiej (jak i czytelnika do obu pań), a samo spotkanie czyni bardziej subiektywnym, niż miało to miejsce w przypadku wcześniejszych wywiadów. I dużo bardziej ryzykownym.

Obie uczestniczki podzielonej na dwanaście części rozmowy decydują się w końcu na ryzyko odrzucenia ich słów, na niebezpieczeństwo niezrozumienia intencji. Każdy moment mówienia o wychowaniu dzieci, o dźwiganiu (życiowych) ciężarów, o szukaniu zawodu czy o smutku i gniewie (jak zatytułowano poszczególne momenty i tematy tej książki), jest wystawieniem na trudną próbę. Czytelnik może bowiem zrozumieć sytuację tego spotkania, podczas którego pisarka zwierza się ze szczegółów swojego życia, jako opis jednostkowych doświadczeń i zebranie towarzyszących im refleksji. Skoro nawet błahe rzeczy nastręczają w życiu sporych trudności, im większe problemy się przytrafiają, tym prostszych rozwiązań się dla nich szuka. „Łatwe recepty – jak odpowiada na któreś pytanie Tulli – daje się bez odpowiedzialności, one służą tylko podkreślaniu własnej przewagi”.


PRZESZŁOŚĆ CZASEM CIĄŻY

Wszystko to truizm, wszystko oczywistość. Podążanie za kolejnymi opowieściami Tulli uświadamia jednak, że ją samą – dyslektyczkę i introwertyczkę – rzeczy uznawane za oczywiste dręczyły najbardziej: „Opresja była dla mnie ważnym tematem, bo miałam z nią osobiste doświadczenia”. Przynajmniej na samym początku jej drogi. Dąbrowska nie rezygnuje bowiem z właściwej dla siebie tendencji do powracania pamięcią w stronę wydarzeń przeszłych, dziecięcych, a także przeżyć z nimi powiązanych, doświadczeń rodzicielstwa.

A autorka „Włoskich szpilek” nie kryje się z opisami trudności, jakich przysparzała jej zakładana konieczność przystosowania siebie i swojego trybu życia do społecznych norm: „żyliśmy w opresji, doznając tych samych upokorzeń, przed którymi nie było jak się bronić. Decydowano za nas, jakbyśmy nic nie znaczyli, poniżano nas w szkole, w wojsku, w pracy i na porodówce, takie były zwyczaje. Reguły naszego życia były tak wszechobecne, że niewidoczne jak powietrze”. Zarówno niedostatki zdolności, które Tulli przejawiała, będąc dzieckiem, niemożliwe wówczas do poprawnego zdiagnozowania, jak i jej późniejsze studia biologiczne i praca w szpitalu, to historie opowiadane teraz z powodu wcześniej towarzyszącego jej w życiu poczuciu przymusu.

Jak Tulli sama przyznaje: „Przeszłość czasem ciąży. Kiedy się przekonuję, że jednak ma jakiś wpływ na moje obecne życie”. Okoliczności wymusiły na pisarce, aby przez swój zewnętrzny opór oraz wewnętrzny upór nabyła specyficznej umiejętności widzenia „siebie poza społecznością”. I paradoksalnie takie spojrzenie pozwoliło jej, przynajmniej w pewnym stopniu, zjednać się z tą społecznością. Było to możliwe, bo ów punkt oferował możliwość przyjrzenia się samej sobie, a zatem odróżnienia tego, co o sobie zasłyszane, od tego, co prawdziwe: „Mówi się, że spotkanie z samym sobą jest najważniejszym spotkaniem w życiu. Ale kto to taki – ja sam? Naczynie, do którego nalało się trochę świata. Spotkanie z samym sobą jest spotkaniem ze światem, jak wszystko, czego doświadczamy”.


ROZPUŚCIĆ BÓL

Obok ryzyka, przymusu pozornej oczywistości oraz podejmowanego względem tej oczywistości oporu, właśnie doświadczenie (wymienne z przeżyciem i życiem po prostu) jest przecież, żeby przypomnieć kolejny truizm, słowem kluczem stale wyłaniającym się z „Jakiej pięknej iluzji”. „Pierwotną przyczyną ciężaru, jaki przyjdzie nam dźwigać, jest to, że ktoś nas urodził” – stwierdzi pisarka bez zawahania, od razu ten ciężar odciążając. Dopowie też zaraz: „Czuję wszystko, co przeżyłam. Całe moje życie jest pobieraniem nauk”.

To bardzo pewnie sformułowane stanowisko może okazać się dla czytelników Tulli zupełną nowością. Przyznając się w nim bezpośrednio do siebie samej, autorka „Szumu” przełamuje dotychczasową osobistą dyskrecję, jaką odznaczają się jej powieści. „Pisanie – wytłumaczy na następnych stronach rozmowy z Dąbrowską – nie ma tu wiele do rzeczy. Gdybym chciała się leczyć pisaniem, nie dałoby się tego czytać. Ból musi się rozpuścić, rozpuszcza się długo. Emocje osiadają, umysł zaczyna je oglądać. To trwa”.

Pisanie dla Tulli jest zatem chyba przede wszystkim momentem poczucia, że może być bezpiecznie posłuszna – tekstowi i jego „wewnętrznemu życiu”, pilnującemu dyskrecji, jaką zapewnia autorce podejmowanie tematów wspólnych ogółowi („Upokorzenia nie są związane tylko z tym systemem, w którym żyliśmy, to jedno z najbardziej uniwersalnych doświadczeń”), szukającemu języka dla nie do końca przepracowanych przeżyć: „Znajdując właściwe słowo, kontaktujemy się z tym, czego doświadczyliśmy, i z własnymi emocjami”. To w znacznej mierze działanie porządkujące myśli, emocje, uczucia i pamięć oraz ustalające do nich pewien stabilny stosunek. Dowiadujemy się tego jednak nie z jej praktyki pisarskiej, lecz dopiero teraz, ze słów, które Tulli sama wypowiada, które kieruje do swojej rozmówczyni. „Na tym – powie w pewnym momencie pisarka – polega przyjaźń: stabilizujemy się nawzajem, ci, którzy mogą. Słowo «nawzajem» jest tu istotne”.

 

SZCZEROŚĆ BEZ METAFOR

„Jaka piękna iluzja” to zatem książka o doświadczeniu wzajemności zadawanego sobie bólu, o wspólnym przeżywaniu go, wreszcie o leczniczym, wygaszającym poczucie osamotnienia otwieraniu się na świadomość wspólności; o strategiach kontaktowania się z rzeczywistością i o tej wspólności, której usilnie chce się powiedzieć, żeby przemyślała swój kształt i nastawienie do tworzących ją jednostek. Rozmowa ta może być traktowana jako swoista motywacja do dzisiejszego, podobnego stawiania oporu i decydowania się na upór względem narzucanych norm, względem chaosu szablonowych zachowań, starającemu się swój niepokój i swoją niestabilność ukryć pod pozorem zapewniania tej stabilności innym.

Przede wszystkim jest to jednak zachęta do odrzucania tego pozoru na rzecz realnego poczucia stabilności – poprzez szczerość z sobą samym i z tym, do kogo kierujemy nasze słowa. Poprzez szczerość słów powiedzianych wprost, bez mącących metafor i usidlających konstrukcji. Na taką szczerość przed swoimi czytelnikami sama Tulli się chyba do tej pory nie zdobyła.

 

MATEUSZ MIESIĄC

 

„Jaka piękna iluzja. Magdalena Tulli w rozmowie z Justyną Dąbrowską”, Znak literanova, 2017

 

MATEUSZ MIESIĄC (ur. 1997 r.) – student filologii polskiej na UAM w Poznaniu oraz nauk humanistycznych na Uniwersytecie Sztokholmskim, stypendysta Funduszu Stypendialnego TALENTY. Publikował m.in. w „biBLiotece”, „KONTENCIE”.

 

Zobacz także: program Festiwalu Fabuły 2018

 

Świat za taflą słoika >>

Mikroświat „Mikrotyków” >>

Waga detalu. O prozie Marcina Wichy >>