Wojciech Orliński: Zabić kogoś albo polecieć w kosmos

5 lipca 2018

wojciech orliński _zamek czyta

od lewej: Agnieszka Gajewska, Wojciech Orliński, Marcin Bronhard. Spotkanie "LEM!" / Festiwal Fabuły 2018. Fot. M. Kaczyński ©CKZAMEK

„Co to za hałasy? Co on tam wyprawia? Moniuszko myli mi się z Kościuszką”. To nie jest sekwencja zdań jakoś piękna literacko ani najlepszy dymek w historii komiksu, ale za to pierwsza, na której nauczyłem się czytać. Z Wojciechem Orlińskim rozmawia Anna Solak.

 

Co pan czyta w tej chwili?

Nowego Stephena Kinga, który do połowy wygląda na powieść kryminalną. Nie wiem, co będzie dalej, ale na początku wciąga. Moje plany na dzisiejszy wieczór to – dokończyć. Obym zdążył przed świtem.

Myślałam, że zaczniemy tę rozmowę od futurystów.

Ostatnie science fiction czytałem już jakiś czas temu – absolutnie genialną chińską trylogię „Problem trzech ciał” Cixin Liu.

W takim razie ma pan szczęście, że jechał do Poznania pociągiem.

A właśnie jechałem samochodem. I tu z kolei budzi się mój kolejny demon, podróżniczo-motoryzacyjny, czyli audiobooki. Uwielbiam tę perwersyjną rozkosz, że pędzę sobie autostradą A2 na przykład i Mariusz Bonaszewski czyta mi z głośników przygody mojego ulubionego towarzysza podróży – detektywa Harry’ego Hole’a. Kiedyś czytałem różne kryminały, a potem nagle odkryłem Jo Nesbø. Właśnie słucham ostatniej książki, która mi brakuje do zaliczenia pełnego cyklu i naprawdę nie wiem, co potem ze sobą zrobię.

W samochodzie jest w ogóle klimat na tego typu literaturę?

Nordyckie kryminały są idealne do samochodu! Bo jak już ten Kurt Wallander czy Harry Hole albo Erika Falck wychodzą z domu, to ja przejadę pięćset kilometrów, a oni dopiero skończą zamykać drzwi na klucz. Nordycy są mistrzami powolnej narracji. To zupełna odwrotność, powiedzmy, cyklu o Jacku Reacherze Lee Childa. Ten cykl nie nadaje się do samochodu, zbyt wartka akcja. Na chwilę odwrócimy uwagę i już nie będziemy wiedzieli, co jest grane. A kiedy jechałem do Poznania i mijałem Konin, to Harry Hole akurat kogoś gonił w śniegu. I dosłownie leciało to tak: „wyciągnął z zaspy lewą nogę i wyrzucił ją do przodu”. A jak w końcu ruszył prawą nogą, to ja mijałem już Wrześnię. Bardzo przyjemnie się z tym jedzie. Zwłaszcza że sam jeżdżę mało nerwowo, wrzucam tempomat adaptacyjny i z nikim się nie ścigam.

Co poza kryminałami?

Lubię literaturę nordycką, historyczną albo non fiction. Jak już mam czytać coś, co nie jest kryminałem, to niech to chociaż będzie prawdziwe.

W takim razie: co z formą?

Jestem czytelnikiem zupełnie niewrażliwym na formę książek. Lubię czytać brzydkie, których nie można kupić na wolnym rynku, a więc tak zwane prebooki. To takie próbne wydruki z tandetną okładką, która się rozpada w połowie czytania. Po pierwsze, to mi w ogóle nie przeszkadza, po drugie – one są bardzo lekkie. To akurat przywilej zawodowy, że często je dostaję, chociaż trudniej o przyjemność, kiedy trzeba je przeczytać na pojutrze lub na jutro. Albo – co gorsza – na przedwczoraj.

A co z ebookami?

Nie wszyscy wydawcy są tak mili, żeby przysłać laminowany wydruk. Przysyłają PDF-a, więc czytam to na iPadzie.

Zawsze można to sobie wydrukować, ale to nieekologiczne.

Tak, poza tym jestem zbyt leniwy, żeby to robić. Zresztą bardzo doceniam wygodę związaną z ebookami i to, że kiedy jest się w podroży, można zabrać iPada, na którym ma się wszystkie tytuły potrzebne do pracy. Nie wezmę dziesięciu książek do samolotu, a jeśli wezmę, będę bardzo przeklinał swój los… Chyba za bardzo skaczę w dygresje.

Nie, wcale. Mamy wspólny mianownik – wygodę.

Moi koledzy jeszcze w czasach liceum żartowali ze mnie, że jak jechaliśmy razem w góry, to skład mojego plecaka przedstawiał się następująco: szczoteczka do zębów, sweter i książki. I to, niestety, często tak właśnie wyglądało.

Moim zdaniem to strategia słuszna. Wprawdzie często zabieram książki, których akurat nie mam czasu czytać, ale działa to w obie strony – zawsze gdy nie mam przy sobie książki, akurat utykam w kolejce w urzędzie albo u lekarza.

No więc iPad niewątpliwie to ułatwia. Tak jak kiedyś naszym przodkom życie ułatwiło przestawienie się z nieporęcznych zwojów na klasyczne książki. Chociaż prawdą jest, że czytania prawdziwej książki nie da się z niczym porównać. Nowoczesne czytniki wprawdzie potrafią jakoś animować ruch przewracania kartek, ale to już nie to samo co wertowanie książki w poszukiwaniu potrzebnych albo ulubionych fragmentów.

Superman, zdaje się, miał taką umiejętność.

Wszyscy nabyliśmy ją chyba w trakcie studiów. Taką, dajmy na to, „Chemię organiczną” bierze się do ręki nie po to, żeby czytać ją od deski do deski, ale żeby sprawdzić temperaturę topnienia jakiegoś chlorowodorku, jakiejś tam aminy. Na studiach chemicznych mieliśmy zresztą specjalnie szkolenie biblioteczne, które uczyło nas takiej zaradności. Przydaje mi się to dzisiaj w mojej codziennej pracy, kiedy muszę znaleźć szybko jakieś nazwisko albo datę. To zresztą bardzo lemowskie doświadczenie, że wchodzimy do biblioteki pełnej książek i jedna z nich zawiera odpowiedź, która nas interesuje – pytanie tylko która? No więc z jednej strony jestem przywiązany do papieru, z drugiej lubię wszystkie formy czytania, w zależności od okoliczności.

Tak samo lekko oddaje pan książki?

Mam ich całe mnóstwo z powodów zawodowych, więc często wywożę na bookcrossing ogromne ilości tych, które niekoniecznie muszą stać na mojej półce. Wprawdzie mógłbym chyba rozkręcić jakiś mały księgarniany biznesik, ale strasznie nieetycznie byłoby sprzedawać je na Allegro, ponieważ nie pamiętam, które z nich dostałem od wydawcy, a które kupiłem sobie sam. W domu już się nie da nic wcisnąć, wszystkie ściany mam zastawione regałami Billy z Ikei, a na tych regałach permanentny brak miejsca. Więc pakuję nadwyżki – również w te wielkie, niebieskie torby z Ikei – i oddaję.

A co z pożyczaniem?

Wbrew pozorom nie mam duszy zbieracza, przeżyję, kiedy pożyczę książkę i ktoś mi ją ukradnie. W środowisku dziennikarzy zajmujących się kulturą to normalne, że czasem ktoś weźmie sobie książkę z biurka kolegi, który nieopatrznie ją tam zostawił.

Czyli stosunek mniej sentymentalny, a bardziej praktyczny do przedmiotu, jakim jest książka.

Gdy człowiek zajmuje się książkami zawodowo, nie da się tego do końca oddzielić. Pewne jest jednak, że kiedy jako dziecko odkryłem ten świat, z miejsca w niego wsiąkłem.

Kiedy to było?

Nie urodziłem się na bezludnej wyspie, w moim domu bardzo dużo się czytało i prawdopodobnie właśnie temu zawdzięczam tę miłość. To uniwersalna i wciąż aktualna zasada. Zwłaszcza w czasach, w których mówi się, że wszystko jest w internecie, co jest oczywiście nieprawdą. Jestem pewien, że dzieci, które dużo czytają, w dorosłym życiu mają lepszy start do wielu zawodów – i to nie tylko tych związanych z kulturą. Ja sam zawdzięczam tę pasję rodzicom.

Czyli nie było w pana życiu mitycznej polonistki, która pokazała Sienkiewicza albo Lema?

Nie mogę powiedzieć złego słowa o swoich polonistach, ale ponieważ sam nauczyłem się czytać jeszcze przed pójściem do szkoły, to do podstawówki poszedłem już z wyrobionym gustem czytelniczym, sprowadzającym się wówczas przede wszystkim do science fiction.

Jak to nauczył się pan czytać sam?

Widziałem podobny motyw w biografiach wielu ludzi, ostatnio we wspomnieniach dra Leszka Allerhanda. To wygląda tak: dziecko najpierw ciągle męczy dorosłych, żeby mu przeczytali ulubioną książkę. Potem zna ją na pamięć, więc zaczyna sobie samo „czytać na głos”, początkowo udając. Ale potem nagle te literki same się układają i dziecko już umie czytać także inne książki. Tak było ze mną.

To wyjaśnia, dlaczego mój kilkuletni kuzyn płynnie czytał książkę o dinozaurach, łącznie ze skomplikowanymi łacińskimi nazwami.

Tak, przejście jest płynne. Najłatwiejsze są oczywiście książki z obrazkami. W moim przypadku był to komiks – druga księga przygód Tytusa, Romka i A’Tomka, która miała premierę mniej więcej w czasie, kiedy miałem cztery lata. I pamiętam, że zaczyna się od dialogu, którego nauczyłem się na pamięć, w ogóle nie rozumiejąc, o co w tym chodzi. A’Tomek uczy się grać na pianinie i przeszkadzają mu hałasy z garażu, w którym Tytus buduje mechanicznego konia, więc na pierwszym obrazku jest zdanie: „Co to za hałasy? Co on tam wyprawia? Moniuszko myli mi się z Kościuszką”. To nie jest sekwencja zdań jakoś piękna literacko ani najlepszy dymek w historii komiksu, ale za to pierwsza, na której nauczyłem się czytać.

Potem były już książki?

Dwa czy trzy lata później była już pierwsza książka bez obrazków, Lem zresztą.

I rozumiał pan coś z tego Lema?

Pamiętam wspomnienie, kiedy tata czyta Lema i pęka ze śmiechu. Zanosił się tak bardzo, że aż załzawił sobie okulary i musiał je ściągać, żeby przetrzeć szkła. A kiedy go zapytałem, co tam jest takiego śmiesznego, to wykrztusił z siebie: „KARKULOWSIAŁ ZWARTUSIAŁ RATUWSIANKU BOŻYWSIO” – i dalej zanosił się śmiechem. Kto zna, ten zrozumie, czyli pozdro dla kumatych – jak mówią w internecie. W każdym razie: żeby zobaczyć, co jest takie śmieszne, też po to sięgnąłem. Pierwszym opowiadaniem w tym tomiku było to, w którym Ijon Tichy wpada w pętlę czasu i kłóci się ze sobą z różnych dni tygodnia, kto ma zjeść ostatnią tabliczkę czekolady. I teraz można sobie zadać pytanie, co mogło z tego zrozumieć dziecko. Padają tam jakieś hasła typu „ogólna teoria względności”, „wir grawitacyjny”, więc jako dziecko nie bardzo wiedziałem, co to mogło być, natomiast jako dorosły wiem, że Lem troszeczkę ściemniał, ale bardzo bezpiecznie w swoim pisaniu wymyślił sobie sprawy, których nauka do końca nie zrozumiała. Może w przyszłości jakiś geniusz w rodzaju Rogera Penrose’a rozwiąże te wszystkie równania. Tak czy owak książki Lema są tak naprawdę nie o fizyce, ale o naturze ludzkiej.

Musiał być pan bardzo dziwnym dzieckiem.

Wbrew pozorom to wcale nie było wtedy takie dziwne, że ktoś na podwórku czyta takie książki. Nie wiem, może ten legendarny inteligencki Żoliborz mnie uratował. Wprawdzie koledzy czytali bardziej o czołgach i samolotach, ale od tego płynnie można przejść do statków kosmicznych. Pierwsze „Gwiezdne wojny” to był film wprost zerżnięty z „Bitwy o Midway”, więc chyba nie jest to aż takie dalekie.

To ryzykowne wracać po latach do książek z dzieciństwa?

Jasne, jednak Lem pod tym względem jest znakomity, bo i tak za każdym razem będzie fajnie. Strasznym rozczarowaniem była za to dla mnie seria Nienackiego o Panu Samochodziku, która kiedyś wydawała mi się świetna, a teraz widzę, że ta erudycja jest pozorna i oszukana. Z kolei Niziurski się sprawdza, do niego można wracać zupełnie bez rozczarowania. Poza Lemem byli oczywiście jeszcze wyrobnicy fantastyki dla młodzieży – jak Bohdan Petecki, który miał świetną pierwszą powieść „W połowie drogi”, a potem odkrył, że dużo łatwiej będzie mu robić taśmową produkcję i trochę się stoczył. Ale to znów dygresja… Przeczytałem też kilka książek Musierowicz, ale to w sytuacji uwięzienia w jakieś deszczowe wakacje, kiedy już nic innego nie było w bibliotece.

Co konkretnie?

Na pewno „Kwiat kalafiora” i „Kłamczuchę”.

A „Opium w rosole”?

Właśnie nie jestem pewien. Pamiętam pojęcie „Eksperymentalne Sygnały Dobra”, tylko nie wiem, czy występowało w tej książce, czy w innej. Ale to bardzo nie dla mnie. Nie jestem też na przykład w stanie polubić tego całego Knausgårda, którym wszyscy się teraz zachwycają, gdzieś mi to przypomina Musierowicz pod względem opisywania strasznie nudnych rzeczy, że tu ktoś zmywa, a tam usypia córeczkę.

Pan ma literackie ADHD.

Narracja może być powolna, ale chciałbym, żeby dotyczyła rzeczy ważnych. Śmierć jest dobrym tematem, potraktowana tak jak u Nesbø albo u Kinga właśnie. Nieszczęśliwy romans już mnie aż tak bardzo nie wzrusza, mam ochotę powiedzieć: „Gościu, wszyscy mamy jakieś problemy, ale to jeszcze nie powód, żeby głowę zwracać”. Czy oni nie mogliby wszyscy przestać robić tego, co aktualnie robią u tej Musierowicz – zabić kogoś albo polecieć w kosmos? Coś by się wreszcie zaczęło dziać. Tego oczekuję po książkach!

 

rozmawiała: Anna Solak


WOJCIECH ORLIŃSKI
(ur. 1969) – dziennikarz, publicysta, pisarz, związany z „Gazetą Wyborczą”. Pisze o popkulturze i o społeczno-politycznych kwestiach związanych z nowymi mediami. Jeden z założycieli pisma „Lewą Nogą”. Jego książkowy debiut ukazał się w 2007 roku i poświęcony był Lemowi („Co to są sepulki? Wszystko o Lemie”), podobnie jak książka wydana w 2107 roku, czyli „Lem. Życie nie z tej ziemi”.

ANNA SOLAK (ur. 1987) – dziennikarka i redaktorka miesięcznika „IKS” i portalu Kulturapoznan.pl. Absolwentka historii, dziennikarstwa i Polskiej Szkoły Reportażu. Miłośniczka literatury pięknej i non-fiction. Książki darzy miłością nieokiełznaną i bezgraniczną, czytając je namiętnie w każdej wolnej chwili i dowolnym miejscu.

Paweł Sołtys: Pożyczanie książek jest miarą przyjaźni >>

Szczepan Kopyt: Szczędzę sobie samozachwytu >>

Anna Bikont: Kompletnie nie interesuje mnie, kto zabił >>