Dawid Szkoła – „Bejt znaczy dom” (fragment)

24 kwietnia 2020

Dawid Szkoła. Fot. archiwum prywatne

Po nominowanych w 2019 roku do Poznańskiej Nagrody Literackiej „Galicyjskich żywotach” Dawid Szkoła wydał w Wydawnictwie Officyna nową książkę „Bejt znaczy dom”. Publikujemy jej fragment i zachęcamy do lektury całości!

Wysiadam z marszrutki i od razu oblepia mnie gorące powietrze, które wręcz parzy. Temperatura wynosi pięćdziesiąt stopni, jeśli nie więcej. Jeszcze nie ma południa, do dwunastej brakuje kilkunastu minut. Stoję spocony na betonowej płycie i czuję kurz na całym ciele. Koszula i gacie są tak mokre, jakbym dopiero wyszedł z basenu. Na polu, w co trudno mi uwierzyć, jest jeszcze cieplej niż w autobusie. W takim piekielnym skwarze organizm się rozregulowuje, niemal natychmiast więc robię się śpiący i rozlazły.

Stoję przed dworcem, który jest czymś na wzór podupadłego centrum handlowego. Składa się z parteru i piętra, ale to ostanie chyba wyłączono z użytku. Ten modernistyczno-komunistyczny stwór pasuje tu jak kisiel do wódki. Wyblakła żółta fasada zgrywa się najwyżej z temperaturą, jakby została wypalona przez ten ogrom gorąca. Toteż stoję rażony słońcem i próbuję zapamiętać to miejsce, które nie jest w żaden sposób wyjątkowe, ale ma w sobie ten pierwiastek niedopasowania i rozkładu, który od zawsze mnie interesuje. Pomimo upału nie ruszam – jak inni kontemplują dzieło sztuki, tak ja oglądam to dziwne dzieło stworzenia.

Tereny okołodworcowe, tak mi się zdaje, stanowią dla mnie główny cel podróży, i przy nich mogę spędzać najwięcej czasu. Skupiają one jak w soczewce całą czasoprzestrzeń, w której się aktualnie znajduję. Te popękane płyty chodnikowe, rozwalony asfalt, podupadające budynki – w moich oczach najważniejsze elementy miasteczek, które odwiedzam – są bowiem zwiastunem tego, co czeka mnie dalej. Ślady przebudowy, rozkładu, ruchu, upadku i powstawania odbieram jako część przyrody, życia, codzienności danego miejsca. Lubię kontemplować te przestrzenie. Widzieć typowy dla nich pozorny ruch, który nic nie zmienia. Jestem przy tym tylko turystą, kimś obcym na danej ziemi, gościem świadomym tego, że nikt nie pragnie każdego dnia być świadkiem rozpadu, rozumie więc ludzi, którzy stąd wyjeżdżają. Obrazy piękna i brzydoty, które zlewają się w jedno, mogą obrzydnąć każdemu. Ten marazm, brak perspektyw, ta zwyczajność i to osobliwe trwanie mimo wszystko nie są na pewno wygodne ani przyjemne. Mieszkańcy tych miasteczek wiedzą na temat istnienia o wiele więcej ode mnie. Te widoki hartują.

Jest żydowski miesiąc aw, podczas którego Rzymianie zburzyli świątynię jerozolimską. W Judei wtedy musiało być równie upalnie co tutaj. Pierwsze dni sierpnia okazują się diabelnie tropikalne, jest cieplej niż w Zaleszczykach. W końcu schodzę ze słońca i siadam na ławce. Starsi ludzie drepczą okutani w swetry, spodnie, jeden staruszek ma na sobie nawet czarną kurtkę skórzaną. Młodzi siedzą w spodenkach, szortach, koszulkach. Wszyscy jak jeden mąż wpatrują się we mnie i zadają sobie to samo pytanie co ludzie na dworcu w Haliczu, Kosowie czy Brodach: po kiego grzyba tutaj przyjechał? Przecież w tym dworcu nie ma nic wyjątkowego, jeden z dziesiątek podobnych na Ukrainie. Beton, nierówny asfalt, podupadający budynek, zmęczeni ludzi, porozrzucane niedopałki papierosów i bar na tyłach.

Co mógłbym im odpowiedzieć? Nie wiem. W sumie nie przepadam za dalekimi wyprawami czy egzotyczną turystyką, chociaż lubię być w drodze i wracać do miejsc, które już widziałem. Podróżuję z powodu umarłych? Przecież żadnych nie znałem. Nie mam tu przodków. Wszyscy są mi obcy. Te puste przestrzenie, sypiące się budowle czy zanikłe kirkuty mam przecież na Podkarpaciu. Czy odkrywam w sobie coś nowego? W ogóle. Nic, czego bym wcześniej nie wiedział. Podróżuję może więc po nic.

I kołysze się we mnie ten miesiąc aw: żałoba, radość, piękno lata, rozpad i to słońce próbujące stopić samochody, ludzi, drzewa i domy. Początek sierpnia leniwie usypia mnie na tej ławce, na której mimo cienia nadal jest upalnie. W końcu wstaję i zamierzam pójść w stronę miasta, omijając kirkut. Na nim dopiero musi grzać: ani jednego drzewa nie ma tam wśród macew.

Idę więc ulicą, w cieniu drzew, do centrum miasteczka, w którym urodził się noblista Szmuel Josef Agnon. Największy pisarz języka hebrajskiego przyszedł na świat właśnie tutaj, w Buczaczu, wtedy i teraz niemal na zadupiu świata, we wschodniej Europie, na granicy kilku kultur. Sam Buczacz przecież dawno temu podzielony był na pół pomiędzy Polaków i Turków, a później to już bywało różnorako: Austria, Polska, ZSRR, Ukraina. Najwięcej jednak zawsze mieszkało tu Żydów. To oni stanowili najżywotniejszą, ale też najbardziej zagrożoną część ludności miasteczka. Z każdej strony wystawieni byli na pogromy. Ale trwali i tu uczyli swoich najlepszych synów. Brody, Biłgoraj, Buczacz, Drohobycz, Stryj, Zamość, jak i litewskie sztetle, z dala od jakiegokolwiek centrum, wydawały najlepszą część narodu. Wśród polskiego i ukraińskiego żywiołu istniał jeszcze ten jeden ważny. Wszystkie one składały się i nadal składają, cokolwiek by mówili wszelacy brunatni, czerwoni, czarni znawcy krwi, nosów i historii z każdej strony granicy, na tę ziemię.

Tutaj urodzili się też Emanuel Ringelblum i Szymon Wiesenthal. Pierwszy podczas wojny został zabity przez Niemców w Warszawie, a drugi większość swojego życia poświęcił na ściganie ukrywających się nazistów. Obydwaj, nawet w najmroczniejszych czasach, dokumentowali los Żydów i nie pozwalali na zaciemnianie przeszłości. Takich ludzi wydawały żydowskie sztetle.




 

Dawid Szkoła, „Bejt znaczy dom”, Wydawnictwo Officyna, 2019. Fragment książki publikujemy za zgodą wydawcy.

DAWID SZKOŁA – urodził się 5 lipca 1985 roku w Rzeszowie. Trzydzieści lat później na Wydziale Filologicznym Uniwersytetu Wrocławskiego obronił doktorat napisany pod kierownictwem profesora Andrzeja Zawady pt. „Pomiędzy filozofią a stylem życia. Egzystencjalizm w polskiej prozie pokolenia ’56”. Od tego czasu pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej, a także współpracuje z wrocławską filią Akademii Sztuk Teatralnych. Wydał pięć książek. Ostatnio „Bejt znaczy dom”. Laureat nagrody Warto za „Galicyjskie żywoty. Opowieści o stracie, doli i pograniczu” (za tę książkę był również nominowany do Poznańskiej Nagrody Literackiej). Publikował swoje teksty m.in.  w „Twórczości”, „Nowej Okolicy Poetów”, „Znaczeniach”, „Więzi”, ale też w rzeszowskich „Super Nowościach”, „CD-Action” czy internetowym zinie „Action-Mag”.


zobacz także: PNL 2019: Straciliśmy dużo, sami nie wiemy jak wiele

Marcin Jaworski: Książek nie należy się bać >>

Bogumiła Kaniewska: W książkach szukam drugiego człowieka >>

Festiwal Fabuły 2020: Konieczność fikcji >>