Michał Rusinek: Lubię, kiedy książki są smaczne

17 marca 2020

Michał Rusinek, fot. M. Kaczyński CK ZAMEK

Michal Rusinek. Fot. M. Kaczyński ©CK ZAMEK

Czytam kryminały. Czasami – bo do czegoś mi się przydają, a czasami jako guilty pleasure. Z Michałem Rusinkiem rozmawia Anna Solak.

Jakie książki ma pan teraz przy łóżku?

Jest takie japońskie słowo, tsundoku, które oznacza skłonność do nadmiernego gromadzenia książek na szafce nocnej oraz w okolicach łóżka i niedoczytywanie ich. Bardzo dobrze nazywa stan, jaki panuje w mojej – czy też naszej, bo moja żona ma tę samą przypadłość – sypialni.

To pewien rodzaj zbieractwa?

Nie do końca, bo zbieractwo polega na zbieraniu i układaniu na półce, a te książki trzeba przeczytać, tyle że zawsze brakuje na to czasu. Przez to, że od ośmiu lat mam swój kącik w programie Xięgarnia w TVN24, gdzie mówię o książkach dla dzieci, które ukazują się w Polsce – przepiękne, często w niszowych wydawnictwach – mam pretekst, by tę literaturę dziecięcą gromadzić.

Moje dzieci są już prawie dorosłe i takich książek nie czytają, a ja ciągle je kupuję – i to jest moje alibi. Wyszukuję także książki z jakiegoś powodu interesujące – albo pięknie wydane, albo trudniej zauważalne. Przez to stanowią część tych stosików przy naszym łóżku. Zorientowałem się jednak, że najczęściej i najchętniej sięgam nie po beletrystykę, ale po eseistykę. Książką, którą teraz czytam i którą smakuję, to znaczy nie czytam jej od deski do deski, tylko smakuję poszczególne frazy, są „Cieśniny” Wojciecha Nowickiego, która jest wielkim esejem o ludziach w ruchu, o błądzeniu, ale i o obłędzie.

W ogóle lubię tak zwane smaczne książki, to znaczy zawierające frazy smakowite. Choć może nie aż tak jak Pilch, który uważał, że należy robić „test pierwszego zdania” i jeśli ono jest niesmaczne, to nie czytać dalej.

Mariusz Szczygieł również bardzo zwraca na to uwagę.

Tak się składa, że Szczygła też bardzo lubię i cenię, lubię nieokreśloność gatunkową, którą wybrał i która na wiele pozwala. Ale muszę się przyznać, że czytam też książki złe. Nie wspomniałem jeszcze o ostatniej kategorii książek, które są mi potrzebne na zajęcia ze studentami. I to są niekiedy książki niedobre, które czytam po to, żeby mieć argumenty i przykłady, choć zauważyłem, że teraz łatwiej rozmawiać ze studentami o serialach niż o książkach.

Niestety, znak czasów.

Stety czy niestety, bo te seriale często są fantastyczne pod względem choćby fabularnym.

Ale konkurować z literaturą nie mogą, choć trudno jednoznacznie porównywać te dziedziny.

Tak, to prawda.

A jakim kluczem wyszykuje się złe książki?

Kluczem popularności. Co jakiś czas wybuchają takie tytuły, choć z oczywistych względów wolałbym nie podawać nazwisk. W jednej z takich książek o milionowym nakładzie znalazłem fragmenty przepisane żywcem z Wikipedii. Tak się teraz robi książki poczytne. Mnie to najzwyczajniej w świecie ciekawi.

Zaznacza pan coś w swoich książkach, maże po nich, notuje?

Nigdy. Jeżeli coś jest mi potrzebne, po prostu sobie to zapisuję.

Z czego to wynika? Z szacunku do książki?

Z szacunku dla kolejnych czytelników. Nigdy nie lubiłem – i do tej pory nie lubię – czytelni, bo tam bardzo często książki są pokreślone. W czytelni polonistycznej znalazłem nawet kiedyś taką, która była zakreślona w całości, każde zdanie.

Może warto to potraktować jako wyjątkowy komplement.

Z jednej strony komplement, a z drugiej… Pamiętam, że dyrektorem, jeszcze wówczas Instytutu Filologii Polskiej na UJ był przez jakiś czas profesor Henryk Markiewicz, wielka sława historii i teorii literatury. Był człowiekiem gołębiego serca, natomiast zdarzyło mu się wyrzucić ze studiów studenta, którego nakrył na pisaniu po książce długopisem. I muszę powiedzieć, że ja go rozumiem.

Martin Pollack opowiadał mi kilka lat temu, że w internacie, w którym mieszkał jako uczeń, był pracownik administracji, który bardzo dużo czytał, a przeczytaną stronę wyrywał i wyrzucał.

No, to jest dopiero zawłaszczanie.

Ciekawe, jak do tego odniósłby się wspomniany profesor.

Hm, pewnie miałby rozległy, dwukomorowy zawał.

Ilu ludzi, tyle podejść do sprawy.

Owszem, dla każdego coś miłego. Poeta Ryszard Krynicki każdą książkę kupuje w trzech egzemplarzach – jedną oprawia w papier, opisuje swoim drżącym pismem i stawia na półce, drugą czyta, a trzecią ma na wypadek, gdyby żona chciała przeczytać.

Sama znam kogoś, kto w zamkniętej na klucz gablocie przechowywał swoje książki, a dokładnie te same tytuły wypożyczał z biblioteki, jeśli jego mama chciała którąś z nich przeczytać.

No właśnie, zdarza się. Ten sam rodzaj czytelnika co Krynicki. Myślę, że czytniki są jakimś rozwiązaniem. Sam czytam kryminały, czasami – bo do czegoś mi się przydają, a czasami jako guilty pleasure. I kiedy wychodzi na przykład nowy Jo Nesbø kupuję go i czytam z żoną w tym samym czasie.

Sprawdza się u pana ten czytnik?

O tak, bardzo. Przestawiłem się już na niego, zwłaszcza kiedy czytam książki naukowe. O wiele szybciej przeszukuje się je na czytniku. Szymborska nawet kiedyś testowała – czy też na niej testowano – czytnik, kiedy jakaś firma wchodziła z nim do Polski. Powiedziała wtedy, że jej się podoba. Po pierwsze, dlatego że kiedy jedzie do Zakopanego, może mieć przy sobie całą encyklopedię, a po drugie – bardzo spodobało jej się to, że miał tylko dwa–trzy przyciski.

Teraz uprościło się to chyba nawet jeszcze bardziej.

Tak, ja mam chyba już tylko jeden przycisk.

A jeśli chodzi o audiobooki?

Szczerze mówiąc, jakoś nie umiem. Wprawdzie bardzo dużo jeżdżę samochodem, ale słucham wtedy muzyki albo gadam przez telefon. Więc może zacznę ich słuchać na emeryturze.

A co z korkami krakowskimi? Nie relaksowałby się pan bardziej, słuchając książek?

Nie, wtedy gadam przez telefon, najczęściej pracując.

Pożycza pan książki przyjaciołom?

Pożyczam, a potem nie mogę znaleźć.

Odwieczny problem.

Zgadza się. Są tacy, co kradną, a potem się tego wypierają w żywe oczy.

Bardzo nieelegancko. Ale może istnieje na to jeden sposób: prowadzić zeszyt z datą wypożyczenia i zwrotu.

I jeszcze zabierać dokument tożsamości. Dobry pomysł.

Ma pan książkę ukochaną?

Jest jedna – „Kubuś Puchatek”. Mam ją jeszcze w starym wydaniu. Kiedyś przeczytałem esej ze zbioru „Ex libris­. Wyznania czytelnika”Anne Fadiman, która pisze o książkach, ale jako o przedmiotach. W tym felietonie opowiadała o tym, że kiedy wyszła za mąż za mężczyznę, który też miał dużo książek, bardzo długo nie redukowali dubletów. Małżeństwo uznała za skonsumowane dopiero wtedy, kiedy do tego doszło, ale wcześniej pojawiły się problemy, który egzemplarz zostawić – mój czy twój? A często były takie same.

Tak samo mieliśmy z moją żoną z „Kubusiem Puchatkiem”. Oboje mieliśmy go w tym samym wydaniu, ale udało mi się chyba zostawić swój egzemplarz.

„Chyba”.

Trudno powiedzieć, bo są takie same.

A co z najbardziej popularną literaturą dziecięcą – Nienackim na przykład?

Wstydzę się, ale jakoś mnie to ominęło. To znaczy czytałem, ale jakoś nie darzę szczególnym sentymentem. Za to lubiłem „Muminki”, te najstarsze wydania. Cieszę się zresztą, że dziś wydawcy, na przykład Nasza Księgarnia, wydają tak samo jak kiedyś.

Mam jeszcze inną ukochaną książkę – „Dong co ma świecący nos” Edwarda Leara, w przekładzie Andrzeja Nowickiego, z ilustracjami, a właściwie w opracowaniu graficznym, bo ona jest ręcznie pisana, Bohdana Butenki. To książka, która kojarzy mi się z dzieciństwem, a kiedy urodziły się moje dzieci, Nasza Księgarnia wznowiła ją dokładnie w takiej samej szacie graficznej, co było zbawieniem, bo mój egzemplarz był już zaczytany i posklejany taśmą.

Kto najwięcej czytał w pana domu?

Mój tata. Chociaż nie tylko jemu zawdzięczam miłość do książek. W liceum miałem znakomitą polonistkę, zresztą przyjaźnię się z nią do dzisiaj, która miała umiejętność zarażania nas literaturą. Chociaż i od literatury trzeba czasem odpocząć.

Mam znajomą, która jest muzykolożką. Zajmuje się muzyką poważną i muzyką współczesną, bardzo trudne rzeczy. Zapytałem ją kiedyś: „No dobra, ale jak wracasz po takim wykładzie do domu, to czego szukasz?”. A ona na to: „Oczywiście Bacha. Żeby wszystko wróciło do normy”. I ja też mam takiego Bacha. To jest Jorge Luis Borges, a dokładniej jego opowiadania. Podobnie mam z Białoszewskim czy Barańczakiem.

Mam jeszcze jedną kategorię książek – książki z autografem. Nie jestem kolekcjonerem i do głowy by mi nie przyszło prosić kogoś o autograf. Ale kiedyś WL wydało faksymile poematu „Świat. Poema naiwne” Miłosza, który kiedyś ręcznie przepisał. Wybrał też jeden esej krytyczny Helen Vendler, który do tego tomu dołączył, a który ja przetłumaczyłem. No i ponieważ miałem jakiś wkład w tę książkę, poszedłem do niego i poprosiłem o autograf. Wyjął to swoje wielkie, grube, odkręcane pióro, coś zachichotał i napisał dedykację. Otworzyłem ją w domu. Stało tam: „Michałowi Rusinkowi, współautorowi tej książki, Czesław Miłosz”.

rozmawiała: ANNA SOLAK

MICHAŁ RUSINEK – dr hab., pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UJ, członek Rady Języka Polskiego PAN. Specjalizuje się w retoryce. Autor wielu bestsellerów, m.in. „Nic zwyczajnego” i „Pypciów na języku".

ANNA SOLAK (ur. 1987) – dziennikarka i redaktorka miesięcznika „IKS” i portalu Kulturapoznan.pl. Absolwentka historii, dziennikarstwa i Polskiej Szkoły Reportażu. Miłośniczka literatury pięknej i non-fiction. Książki czyta w każdej wolnej chwili i miejscu.

ZAMEK CZYTA: „Dobra zmiana (czyli jak się rządzi światem za pomocą słów)”– spotkanie z Katarzyną Kłosińską i Michałem Rusinkiem. Prowadzenie: Piotr Śliwiński. 19.02.2020, g. 18, CK ZAMEK /Sala Wielka

 

Poznań zły: „Ubiezpieczyciel” >>

Mroczna fanaberia. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk >>

Zwierzę, czyli oskarżenie. „Tarsjusz” Wisławy Szymborskiej   >>