Baśnie ze wsi

18 lipca 2018

Agnieszka Budnik

Opowiadanie „Baśnie ze wsi” autorstwa Agnieszki Budnik zdobyło główną nagrodę w konkursie na opowiadanie „Miłość”. Zachęcamy do lektury!

Baśnie ze wsi

Jak co roku na pierwszego pojechaliśmy we dwójkę na groby. Wsiadamy w chyba piąte już służbowo-rodzinne auto — lata 2016–20… są spod znaku mercedesa klasy B. Dzień dobry państwu, dziś kolejne notowanie Trójkowej Listy Przebojów. Dwa, dwa i siedem trójek. On co roku musi spróbować zrozumieć, co z tą historią i dlaczego wojna, a rozumie tylko w jednym miejscu, tylko raz na trzysta sześćdziesiąt pięć dni. Wchodzi na strych. Idzie do zamkniętych na szczękające zamki drzwi, bo dyplom z historii chyba nie okazał się satysfakcjonujący. Jedziemy, bo szkoda, że nie możemy wziąć ciotki do siebie, że sama zwariuje, o ile już tego nie zrobiła, albo też znowu wpuści jakichś obcych, którzy rozkradną jej pół domu, ale tacy mili, tacy zaciekawieni tym, co miała im do powiedzenia, no niemożliwe, że świecznik wynieśli, a w portfelu dobrodusznie dziesięć złotych z dwustu dziesięciu zostawili.

Wieś, tak samo mała i uśpiona, brudna i jakby cała z innej parafii. Rozpadający się dom był nieprzyjemny w dotyku jak szara modelina, która zbyt długo leżała w piekarniku. Ojciec mówił, że nie posiedzimy długo, przywitamy się tylko, że naprawdę, że prędko jeszcze odkurzymy dwa pokoje, bo ciotka Misia tak średnio ze schylaniem, ale no na coś trzeba umrzeć, w jej wieku, jak nic nie boli, to właściwie już się nie żyje. Ale weźmiemy jeszcze kluczyk, co go babcia, siostra Misi, nam dała, poszukamy zdjęć, tych fajnych, zobaczę jak świetnych, bo takich to już nie uświadczę, a to kawał historii naszej, tej niemieckiej też, bo w końcu babcia, a prababcia moja, Helena, wyszła za mąż za Niemca, który odebrał jej kawał życia, tak samo wojna i Rosjanie resztę nadziei, zapasy, kosztowności i godność zabrali. I na strych pójdziemy, bo tam kiedyś za dzieciaka hełm przerdzewiały schował z bratem, i w końcu weźmiemy książki drukowane gotykiem, oryginalne, jeszcze prababci, pięknie wydane, żeby myszy ich do końca nie pożarły albo żeby dziadek mój ich nie wrzucił w cholerę do pieca, tak jak on to potrafi, kiedy przyjedzie z babcią robić tu porządki, a tak to przynajmniej ojciec podszlifuje niemiecki, może w jego nowej robocie się przyda bardziej niż w poprzedniej, a zawsze lubił szprechać, bez tego toby magisterki, doktoratu mu się nie chciało, o obozach by nie szrajbnął. Ale dobra, trzeba iść, bo ciocia w oknie, może tego głupiego kundla nie ma w pokoju, bo po kostkach obcych gryzie. Jamniki są nienormalne, te czarne to już w ogóle.

Zza podwójnych drzwi, pociągniętych o kilka razy za dużo olejną w kolorze choroby w ostatnim stadium, bladym żółtym, takim samym jak lamperie w przedpokoju, wychyliła się najpierw niemożliwa liczba brązowych plam wątrobowych na sękatej dłoni. Tuż za nią, ale jakby obok, wyjrzała ciocia Marysia, wygięta reumatyzmem i beznadziejnością wymalowaną już nie na czole, a w oczach, bo tej chałupy nie da się po ludzku ogrzać, nie będzie przecież trzech blaszanych wiader dźwigać, to nie to co kiedyś, jak towar sama w spółdzielnianym sklepie rozrzucała, o tak, jedną ręką.

Ciepława i intensywna woń palonego drewna zwalała z nóg od progu, tak jak mdłosłodki zapach spadów w sadzie za oknem. Ale czemu tak długo nie przyjeżdżaliśmy? I czy kartki doszły? Bo o wszystkim pamięta, już ma tu wypisaną i przygotowaną kartkę na Boże Narodzenie i rocznicę ślubu z Marzenką.

– To już za dwa tygodnie! – wystękała tryumfalnie, a jej oddech dorzucił kilka kilogramów do ciężkiego zapachu, który był na tyle mocny, że oklejał meble i zostawiał specyficzny smak na języku.

Pokazuje, uśmiechając się szeroko, szufladę pełną okolicznościowych pocztówek i wyrwanych kartek z zeszytu w pobladłą niebieską linię, w którym prowadziła rachunki, co do grosza wszystko wyliczone, bo już sto dwadzieścia na leki poszło, a to węgiel jeszcze przyjedzie w piątek i opiekunkę z Caritasu, co zakupy robi, już opłaci, żeby nie zapomnieć o niczym, bo czas i pieniądze kurczą się jak sweterki wyprane w za gorącej wodzie, mam pamiętać, żeby nigdy nie płukać w za gorącej. Herbatę kuśtyka robić i jak co roku załamuje jej się głos, że znowu zapomniała kupić ciastka jakieś, żeby chociaż do kawy, której wiemy, że nie pije, bo droga bardzo.

Sadza ją jak popsutą lalkę w krzesełku o nogach tak powyginanych jak jej własne i odwzajemnia uścisk drobnego ciała. Wstrząsa nim ten sam dziwny dreszcz, który ciotce nie pozwala na powiedzenie składnego zdania, bo tak się cieszy, że tęskniła, że nie musiał tego wszystkiego, po co aż tyle jej przywozić, po co w ogóle, że wyrosłam, jak pięknie, że pannica, że się chłopaki oglądać muszą, no jak nie. A on odruchowo pogłaskał ją po czubku siwiuteńkiej głowy i poszedł rozkładać odkurzacz, a to jeszcze pościel zmienił, bo tak rzadko wpada, chociaż jak tylko może, kiedy do klienta umowy podpisać jedzie, to zawsze wstąpi, ale za rzadko, za rzadko, co dwa, trzy miesiące. Nikt o nią i tak nie dba, sama cały czas w domu siedzi, a my w mieście, to, że nam się udało, to nic nie znaczy, bo wystarczyło, że dziadek nie dostałby przydziału. Ale żebym wiedziała, że przecież i tak nie z musu, tylko, no kurczę, ciotka za wojny to potwornie ciężkie życie miała. Nawet nie chcę wiedzieć jak bardzo.

Ale czas już, ubrani wszyscy, znicze spakowane, doroczna przechadzka i przegląd zmarłych. On sam znowu nie wróci w całości. Uciekł na górę i zostawił kawałek siebie w kartonowym pudełku z pomiętymi fotografiami na strychu. Nie chce ich zabrać, przecież to kradzież, jak to tak. Może dlatego właśnie pierwszego listopada gwałtownie się starzeje, choć urodziny ma dopiero za pół roku. 

Co do dnia. Pamiętam o tym doskonale, bo od przeszło dwudziestu lat, jeżeli zdjęcia z przedszkola nie kłamią, rysuję mu laurki, z których się śmieje, ponieważ nie umiem narysować samolotu F-16.

Przyszedł sierpień. Drzwi do kapliczki są szeroko otwarte. To pierwsze zdziwienie. W zasadzie do środka może wejść każdy. Zdziwienie numer dwa: sklepienie kapliczki żywcem wyjęte z góralskiej chaty, chociaż jakby mniej spiczaste, ale bardziej w kształcie trapezu. Nadal bardzo wysokie pomieszczenie. Właściwie to tylko przerysowuję i tak abstrakcyjną sytuację.

W środku brak krzyża. A może stał, tylko że mały, na niskim biurku marki PRL, pociągniętym grubą warstwą lakieru. W rogu, za katafalkiem, przedpotopowe radyjko z anteną tak długą jak noga sputnika, sterczącą pod kątem czterdziestu pięciu stopniu. Półmrok. Barwy raczej ciepłe.

Jedyne źródło światła to cztery świece, prawie wypalone. Mam niepokojące przeczucie, że zostały po poprzednich zwłokach. W przyrodzie nic się nie zmarnuje. Podobną gromnicę zapalały i babcia, i ciotka Misia zaraz po pierwszym grzmocie. Aż dziw, że w życiu nie spaliły firanki. Pod ścianami sosnowe ławeczki, obciągnięte czekoladowym skajem.

Drużynę prowadzi babcia. Nie ubrała się na czarno. Wygląda tak jak zwykle. Na modę żałobną zdecydowałam się tylko ja. To zdziwienie numer trzy. Ciekawe, czy to dlatego, że to mój pierwszy, a przynajmniej taki niefilmowy. Błąd uczniaka, który na egzamin wbija się w garnitur.

Leży na środku. Wyciągnięta i pomalowana. Babcia rozsypuje się w sekundę, żeby opaść ciężko na za wąską ławeczkę. W kącie stoi sztandar. Czarny, widać trasę każdej nitki. Biały napis: „Matka Boska Bolesna. Ratuj dusze czyśćcowe”. To on daje mi znak, że sytuacja jest z kategorii tych poważnych, jeśli nie ostatecznych, a ciotce Misi chyba nie zbiera się na wstanie. Tylko przez chwilę wygląda, jakby spała. Tak naprawdę jest figurką z wosku. O realności ciężkiej i niepotrzebnej cielesności świadczą sinoczarne paznokcie.

Ojciec mówi, że nie chce wiedzieć, jak grabarze ją wyprostowali. Znalazł ją skuloną na łóżku. W brązowych wymiocinach i czarnej krwi. Jest trochę naiwnie, a trochę dziecięco oburzony na cały świat. Mówi, że lekarze zachowywali się jak gdyby nigdy nic. Wiesz, łazili, śmiali się, gadali o jakichś, kurwa, pierdołach. Przykrył ją kocem w tym właśnie oburzeniu, przeganiając muszki. Trudno powiedzieć, co poruszyło go bardziej: ona czy oni.

Pani Gosia mówi, że teraz wygląda o niebo lepiej. To zdziwienie numer cztery. Babcia i mama się zgadzają. Pięć. Pytanie, kto tutaj jest nienormalny. Pani Gosia wygłasza mądrość kolejną, żebym skombinowała szybko jakieś zdjęcie ciotki i – z o dziesięć lat młodszą siostrą – niosła je za trumną. A i koniecznie w formacie A3. Na kolejny poziom abstrakcji czekać długo nie trzeba. W trumnie wyłożonej białą, opalizującą zimnym błękitem satyną leży nie tylko ciotka. Po lewej od głowy: plastikowe okularki w burgundowej oprawce. Wokół dłoni zaciśniętych na piersi zawija się mały drewniany różaniec, pod wyślizganymi i lekko brudnymi koralikami wysłużona książeczka komunijna. Czarna, więc chyba brata. Przy prawej ręce sakiewka. Nie wiem, co w niej jest. Pakowała ją babcia.

Kiedy trzeba iść, dotyka jej dłoni. Potem głaszcze jej włosy rozedrganym gestem przy cichych wstrząsach do wtóru, które nie robią na ciotce wrażenia.

— Dałam jej swoją sukienkę. Bardzo ładnie w niej wygląda, nie? Ja za bardzo się roztyłam, i tak w nią nie wejdę — dodaje babcia.

Poziom abstrakcji sięga wysokiego sklepienia kapliczki, kiedy okazuje się, że twoje rzeczy mogą leżeć w czyjejś trumnie.

Po części metafizycznej przychodzi czas na część ziemską. Najpierw różaniec za zmarłą. Babcia siada w dwuosobowej ławce przytulonej do filaru, gdzieś w połowie kościoła. W pierwszych rzędach bywalczynie okolicznościowych imprez prowadzą ceremoniał. Są jak antyczny chór. Rozpoczyna się gra o władzę i pierwszeństwo. Babcia jawnie przegrywa. Ksiądz nadal walczy. Jedna z pań przypuszcza kontratak. Mantrycznym głosem wykrzykuje kolejne tytuły Matki Boskiej. Staruszka ma na twarzy wszystkie troski świata.

Kazanie jest nieprzyzwoite. O siostrze Marii, tak pogodnej i dobrej, poświęconej Kościołowi. Życzliwej i zagadującej z okna każdego, kto zdecydował się wyjść z domu. Wzór chrześcijański. Świetnie przygotowana na tę drogę. Jak na zajebistą wycieczkę, myślę. Bo chociaż chora i nie mogła z nami uczestniczyć w niedzielnych nabożeństwach, to regularnie przystępowała do sakramentów. Co miesiąc. Przyjęła również sakrament namaszczenia chorych. Tego nie wiedziałam. Nie wiedziałam też, że stojący przede mną ksiądz, czerwony na twarzy, z za dużą ilością żelu na mysich i byle jakich włosach, będzie opowiadał anegdotki o tym, że zawsze miała dla niego czekoladę i kawę, i całą wyprawkę na plebanię. Dlatego tak lubił wpadać.

Zdziwienie numer: przestałam już liczyć. Pytanie babci na moje uszko:

— Myślisz, że nie jest jej zimno? Bo to jest letnia sukienka.

AGNIESZKA BUDNIK

 

AGNIESZKA BUDNIK – (1995) studentka filologii polskiej w ramach Międzyobszarowych Indywidualnych Studiów Humanistycznych i Społecznych na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Zajmuje się studiami ekokrytycznymi i przekładem literackim. Teksty krytyczne publikowała m.in. w „Fabulariach” i „Twórczości”. Animatorka kultury, współprowadzi poznańską Fundację KulturAkcję. Laureatka 47. Festiwalu Fama w kategorii literatura (2017).

Dofinansowano ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego pochodzących z Funduszu Promocji Kultury

        

zobacz także: opowiadanie Dagmary Tomczyk „Kaprys”
zobacz także: opowiadanie Andrzeja Kaczmarczyka „Ręka księżniczki”

Festiwal Fabuły: Marginesy, styki, tygle. O prozie Ingi Iwasiów >>

Festiwal Fabuły: Waga detalu. O prozie Marcina Wichy >>

Przeciw krzywdzie zwierzęcej (spotkanie z Dariuszem Gzyrą) >>