Miejsce Edwarda Pasewicza

28 lutego 2017

Edward Pasewicz Miejsce - ZamekCzyta

Edward Pasewicz - Miejsce - okładka najnowszego tomu poety

„Miejsce”, najnowszy tom Edwarda Pasewicza, porusza szereg kwestii istotnych we współczesnej liryce: (nie)wyrażalność, etyczność, polityczność, performatywność. To poezja w świetniej formie.

 

Najnowszy tom Edwarda Pasewicza pt. „Miejsce” otwiera się wizjonersko – utworem o wdzięcznym tytule „Widzenie wieczorne”. Okazuje się jednak, że bardziej niż olśnienia i epifanie interesuje poetę materia, na jakiej pracuje, to znaczy język, zarówno narząd, jak i kod; ciekawi go przede wszystkim miejsce poezji.

 

WIELKI, SPOCONY SYSTEM I JA

Już w poprzednim zbiorze „Och, Mitochondria” Pasewicz rozważał rolę pisarza i możliwe źródła sztuki, szukając ich już na poziomie komórek ciała, gdzieś w ciągach DNA, będących przecież także swoistym układem znaków. W najnowszym tomie rzecz ma się inaczej, choć twórca „Dolnej Wildy” nie rezygnuje wcale z wypracowanej do tej pory poetyki. Warto przywołać inicjalny utwór najświeższego zbioru:

 

Mam scenę, napisała szminką na lustrze,

przeczytałem to, gdy myłem dłonie.

Litery porastały też papier

plakatów powieszonych na drzwiach.

Historie splatały się w głosach w sali.

Wypadały z ust jak kropelki śliny,

wpisywały się w przebarwienia skóry,

nieobcięte paznokcie, szramy, tatuaże,

by skończyć w opuchniętych powiekach.

Odbijały się od blatów jak piłeczki pingpongowe.

Wielki, spocony system i ja, niefunkcjonalny trybik.

 

Tak obco się zrobiło, biało, szpitalnie,

że uroiłem sobie, że mnie, pęknięcia,

nikt tutaj nie widzi, żadna moja cząstka

nie rezonuje z ich cząstkami.

 

Wróciłem do baru, naiwna jama chłonąco-trawiąca,

ciało na scenie wewnątrz innych ciał.

 

Sytuacja wiersza rozgrywa się w barze – zapewne chodzi o słynne krakowskie Miejsce – najpierw w knajpianej toalecie, wśród gęstego tłumu osób. Ciżba ta okazuje się jednak pełna nie tylko ludzi, ale i symboli, liter, historii: począwszy od zapisanej szminką na lustrze wiadomości o niepewnym nadawcy i nieustalonym odbiorcy, poprzez plakaty, aż po słowa i zdania wypowiadane przez innych gości, a wkradające się – jak zauważa poeta – w załamania, przebarwienia skóry, w ciała. Pismem staje się tu nawet tatuaż, a ostatnim przystankiem, jaki pokonują znaki, okazują się oczy, czyta się bowiem świat i przyswaja go wszystkimi zmysłami.

Komunikaty i kody krążą w konkretnej przestrzeni i określonej sytuacji, odbijają od blatów i powracają echem. W całym tym chaosie i plątaninie musi się jednak odnaleźć podmiot, określony tu jako „niefunkcjonalny trybik” w „wielkim, spoconym systemie”, którego cząstka „nie rezonuje z ich cząstkami”. Następuje tu więc zderzenie idiomów i języków: prywatnego, indywidualnego, reprezentowanego przez poetę żmudnie odcyfrowującego szyfry, oraz wspólnotowego, zbiorowego, będącego bezładną mieszaniną.

Zagubiony nieco bohater wraca do baru. Podmiot wiersza okazuje się po prostu „jamą chłonąco-trawiącą” – i trwa jako ciało na scenie wśród innych ciał. Motyw sceny spina klamrą kompozycję tego utworu: przeczytano o niej bowiem na ścianie łazienkowego lustra i na nią wraca się, by pić dalej, współtworzyć ogromny, tętniący życiem system, konstruowany przez tkanki własne i obce.

Już ten utwór wprowadza więc problematykę postawy jednostki (poety?) wobec tego, co ponadindywidualne – a tym czymś okazuje się tu język. Edward Pasewicz w swym najnowszym tomie mierzy się więc (między innymi) z kondycją poezji w ogóle; staje gdzieś obok liryzmu – kojarzonego z tym, co prywatne, intymne i niewypowiadane – i pyta o możliwości porozumienia, o szanse literatury wobec wspólnoty.

 

NIE PRZEKŁADAJ SIĘ NA NIC

Czytamy w wierszu „Przed przeczytaniem spal”:

 

Jest jakiś przekaz,

ale spal go przed przeczytaniem.

Rozsmakuj się w popiołach.

Języku, nie przekładaj się na nic.

Nie jątrz, bo tkanki są gotowe

do spalenia głosek

i całkiem nieźle im idzie

manifestowanie

mroku i zwątpienia

 

Przekaz jest tu możliwy, nie ma wątpienia w możliwość kontaktu; owego przekazu nie warto jednak znać, dużo lepiej wychodzi rozsmakować się w popiołach, a samemu językowi na nic się nie przekładać i nie jątrzyć. Nie powtarza się tu kolejny raz dogmatu o niewystarczalności języka, a raczej pyta o sensowność jego bytu: tkanki – ciało – są gotowe do unicestwienia go, bo ten akurat kod do niczego nie jest w życiu (pozbawionym filozoficznej otoczki, prostym, komórkowym, mitochondrialnym) potrzebny. Stąd też manifestacja mroku i zwątpienia: bo czy mowa, komunikująca treści spoza tego podstawowego, pierwotnego porządku (nagiego, fizjologicznego, chemicznego trwania) może się do czegokolwiek przydać? A może – tu pojawia się istotny kontekst myśli Wittgensteina – po prostu wyczerpuje się, zanim w ogóle dotknie czegoś istotnego? Czy dlatego nie warto mówić znów o teologii czy poezji, a można podyskutować trochę o ciele i tym, co blisko niego? Język (literatury?) czasami wręcz szkodzi, jak mówi zakończenie utworu:

 

Jest przekaz,

pod wodą, pod czasem:

że to jest nawias między przed a po

i on nas więzi.

 

Nawias między przed a po, ukrywający w sobie nieuchwytny moment teraźniejszości, jest tutaj jedyną przeszkodą w złapaniu aktualnej chwili: przekazem mowy, pisma (Pasewicz ujmuje je chyba bez tradycyjnej opozycji, po prostu jako warianty pewnego symbolicznego kodu) okazuje się ostatecznie to, że uniemożliwiają one niezapośredniczone istnienie.

 

RZEŹ JEST WPISANA W WIERSZ

Nieusuwalny element opóźnienia względem bytu i odsuwającej od niego nowoczesnej autorefleksji problematyzuje poeta jeszcze kilkukrotnie. Na przykład „W samo południe” rozpoczyna się tak:

 

A to jest głód, po prostu, chcę się nim stać,

poczuć, jak czuje własne ciało.

Dałbym dużo, by dziać się jako on, nie ja.

Powiedzmy, przez dziesięć minut, patrzeć

jego oczami, siebie widzieć z boku, wgapionego

i niebezpiecznie zasępionego faceta,

bezmyślnie przebierającego palcami po blacie.

 

Podmiot chce zespolić się tu z własnym ciałem i wyzwolić od poczucia odrębności, być tu i teraz, działać bez zapośredniczeń. Dla poety ważny staje się bowiem wpływ, jaki wywrzeć może na rzeczywistość, jak w „Ciałkach rzęskowych”:

 

Rzeź jest wpisana w każdy wiersz,

ale zamknięcia powiek nikt nie usprawiedliwia;

zamknięcie jest na wpół, zamknięcie jest na amen,

nikt, nikt nie chce krwi, tylko przekaz

mistyczny, pieniężny, przekaz informacji;

o! ten najbardziej nas interesuje.

 

Literatura może być – jest – przemocą i nie należy tego ignorować; ale jak pisze Pasewicz, właściwie nikogo ten raniący i brutalny wymiar poezji (tresującej język, walczącej treściami) nie interesuje, bo nieważny jest przekaz-znaczenie, łączące na przykład dwa podmioty, a liczy się tylko przekaz pieniężny, jak celnie wykorzystuje tu obiegową zbitkę wyrazową. Najdobitniej etyczne podejście pisarza ujawnia się jednak w wierszu „Tylko syci”:

 

Tylko syci rozumieją umarłych.

Inni mają kłopot gramatyczny,

jak odróżnić było od jest i jeszcze pojąć

czasownik przeklęty w każdym języku,

który nie ma nic wspólnego z kanapką,

pomidorem, kiełbaską czy szynką;

tylko z jakimś panem obecnością.

Cokolwiek to znaczy.

 

Zrozumienie jest tu kłopotem gramatycznym: wyłącznie syci – czyli spokojni o chwilę obecną i przyszłość, żyjący tu i teraz – rozumieją zmarłych, których także nie ciekawi byłe ani nadchodzące. Głodni natomiast nie odróżniają było od jest, bo oba oznaczają nienasycenie. „Przeklęty w każdym języku czasownik”, wyrażający podstawowe i zarazem najbardziej kłopotliwe pojęcie w historii ludzkości, nie ma dla nich żadnego znaczenia, bo nie kojarzy się z jedzeniem (o ile nie jest się bowiem wykształconym posthumanistą, „kiełbaska” czy „szynka” mogą nie łączyć się w cale z życiem świni, a jeśli już – nie ma ono nic wspólnego z Bytem), a jakiś „pan obecność” znaczyć może wszystko i nic.

Problemy językowe w obliczu cierpień ciała nie mają najmniejszego znaczenia. Tym samym poezja odkrywa także swój wymiar polityczny, nietajony zresztą i w innych utworach (jak w wierszu „Nie sen i nie wizja”, gdzie mowa o ludziach i telefonach: „Dziś to tylko plastik i ciało, układ scalony, z pieniędzmi i rynkiem”).

Najnowszy tom Edwarda Pasewicza porusza szereg kwestii istotnych we współczesnej liryce: (nie)wyrażalność, etyczność, polityczność, performatywność – dla wszystkich znajduje się tu czas i przestrzeń; jednocześnie jednak poeta szuka miejsc wspólnych, momentów, w których problemy dawne, często odwieczne (jak ontologia czy pytanie o źródła sztuki) spotykają się z teraźniejszością. Szuka możliwości dialogu, wypracowuje strategię i pozycję nowej poezji wobec zmieniającej się rzeczywistości. Jest to więc Pasewicz znany z wcześniejszych książek, ale nie powtórzony; charakterystyczny, ale nie nudny; współczesny, ale nie doraźny. Po prostu Edward Pasewicz w świetnej formie.

 

AGNIESZKA WALIGÓRA

 

Edward Pasewicz, „Miejsce”, Wydawnictwo WBPiCAK, Poznań 2017.

 

SERYJNI POECI: spotkanie z Edwardem Pasewiczem, Maciejem Woźniakiem i Jackiem Napiórkowskim. Prowadzenie: Marcin Jaworski. Centrum Kultury ZAMEK, Scena Nowa, g. 18, 7.03.2017.

Zobacz także: Wiersze Edwarda Pasewicza

Poznań Poetów: Rytm ruj i wyciszeń. O nowym tomie Marcina Ostrychacza >>

Literatura to eksperyment >>

Jarosław Mikołajewski: „liryk z Bożej łaski”* >>