PP 2019: W „Kontenerze” matki nie ma

6 maja 2019

PP 2019: W „Kontenerze” matki nie ma.ZamekCzyta.pl

Marek Bieńczyk

Jest za to peregrynacja. Nawiedzanie cudzych domów pogrążonych w żałobie, by z antropologicznym zaciekawieniem zbierać figury straty, figury tęsknoty, obrazy słowa, metody komunikacji, które musiały wykształcić się w cieniu śmierci. „Kontener” Marka Bieńczyka to bardzo przytomne studium żałoby.

W jaki sposób matki nie ma?

Kiedy w świat poszła wieść o tym, że najnowsza książka Marka Bieńczyka będzie traktować o stracie matki i stanie się zapisem procesu ubywania obecności bliskiej osoby, zastanawiano się, czy przyjęta konwencja literacka postawi go w szeregu wielkich synów – Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego, Tadeusza Różewicza, Rolanda Barthes’a – czy może raczej w narracyjnym cyklu odnajdziemy intymistyczne DNA książek Marcina Wichy i Ingi Iwasiów. Lektura książki Bieńczyka pokazuje, że potrzebuje ona oddzielnej półki, bo inne są jej ambicje. Jeśli w wyżej wymienionych to intensywna lub tlejąca obecność rodzica patronuje wszystkim znaczącym manewrom, w „Kontenerze” jej po prostu nie ma.

Obraz matki zostaje celowo rozproszony. Zakłócony, zupełnie jak oddech, którego tak wiele w tej książce. Oddech, który staje się bardziej materialny niż ciało. Oddech, który zauważamy dopiero, gdy napotyka przeszkody w swojej płynności, gdy grzęźnie w tykwie w opowiadaniu Williama Faulknera, gdy nie może współpracować z ruchem podczas ćwiczeń w lesie, gdy finalnie staje się westchnieniem, krzykiem, jękiem.

Gdy medium zostanie uszkodzone, dopiero wtedy można je dostrzec. „Najbardziej uderza, a może nawet boli, lecz ostatecznie urzeka, że matka w tym wyobrażeniu przestaje być moją matką, a staje się cząstką Kosmosu”. Gdy obraz matki zostaje zatomizowany, pokawałkowany, wtłoczony we wzory Wszechświata, w słowa literatury, w materialność przedmiotów, wtedy czytelnik dostrzega prawdziwą bohaterkę tej relacji – obcość.

To obcość wielopoziomowa, budowana misternie poprzez kolejne (udane) próby odrealnienia matki. Odsuwanie jej ciała, łączenie z abstrakcyjnymi pojęciami – z Pismem, ze Zmysłami, Śnieniem, Żałobą – które patronują eseistycznym modułom. Ale są one gdzieniegdzie przerwane intymnymi wspomnieniami. Matczyne dłonie na szpitalnej kołdrze, matka przygotowująca mieszankę warzywną Hortex, matka, która żąda mięsa – to potknięcia w wielkiej wizji „Kontenera”, sprowadzające relacje do konkretu.

Jednak te sceny, prywatne memuary, szybko tracą swoją wyjątkowość. Syn bardzo szybko zaczyna je uniwersalizować. Dziennik przemienia się w traktat. Wychodzi poza prywatny kontekst i zaczyna być przyczynkiem do snucia filozoficznych refleksji. Matka zamienia się w figurę, w totem, w posąg. Bieńczyk potrafi umiejętnie, subtelnie te przejścia zainicjować, dlatego nie ma w tym fałszu, niedbałego skrótu, jest za to szczególna fascynacja łączeniem konkretu i abstrakcji.



Ułuda granicy

„Kontenerowi” patronuje przezroczysta fizjologia. Pełno w niej gęstniejących wdechów, duszących zapachów. Następuje tu detronizacja wzroku i dotyku – choć pojawiają się w miejscach bardziej intymnych, jak wspomnienie o matczynych włosach czy dłoniach, niewątpliwie są mniej ważne. To oddech jest nobilitowany; to on, wypełniając strony książki, prowokuje do zadawania podstawowych pytań.

Autor wielokrotnie zestawia rytm oddechu z rytmem poezji, sugerując, jakoby pisanie było poddane prawom fizjologii, a oddech był jego stymulatorem. Przywołuje Elfriede Jelinek i jej diagnozę nad stylem Thomasa Bernharda – maniera pisarska Austriaka miała być rezultatem zaburzeń oddechu pisarza. Zaraz za nimi ustawia astmatyka Prousta, w którego twórczym idiolekcie dopatrywano się tych samych źródeł. Dyskredytując granicę między przestrzenią ciała i ducha, narrator podsuwa myśl, że granica między życiem a literaturą jest tak samo umowna.


Odkrywanie wzoru


Narrator często powraca do obrazów, które parę rozdziałów wcześniej opisywał. Przywołuje jętki, by w niemalże równym rytmie (mniej więcej co kilkanaście opowiadań) ponownie pokrywały brzeg rzeki. Podąża wzrokiem za zdecydowanymi ruchami tancerzy flamenco. Powraca do ćwiczeń w lesie. Sytuacjom, zjawiskom, wyobrażeniom przygląda się w coraz to nowych kontekstach, tworzy z coraz to nowych słów. Z matematyczną precyzją szuka wzorów, które mogły doprowadzić do rozwiązania – bo to ono staje się punktem wyjścia.

To śmierć matki była impulsem do wszczęcia poszukiwań na taką skalę. Jednak nie są to prywatne doświadczenia, a przynajmniej nie tylko. „Kontenerowi” patronuje Kierkegaard: „Kiedy mówię, wyrażam powszechność. Kiedy milczę, nikt mnie nie może pojąć”. Narrator wierzy więc w powtarzalność doświadczenia, a co za tym idzie w możliwość odkrycia (nie stworzenia, bo widać wyraźnie u Bieńczyka skłonność do myślenia esencjalistycznego) wspólnego słownika żałoby. Wierzy nie w proste podręcznikowe tezy, ale w powtarzające się metafory, których liczba interpretacji jest równa liczbie odczytań.

Argumentów na potwierdzenie swojej tezy pisarz szuka w tekstach kultury. Wczytuje się w „Dziennik żałobny” Barthes’a, analizuje wypowiedzi św. Augustyna, cytuje poezję Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego i znajduje prawidłowości. Potwierdzenie tego, że ze swoją stratą należy do większego imperium sensów i znaków. To jest pocieszenie. Jeszcze nie radość, choć można wyczuć wyraźne ożywienie, oczarowanie w momentach odkrycia zależności. One są przedwiośniem, które uniemożliwia pogrążenie się w smutku.

Temperatura tekstu waha się między melancholijnym ciepłem wspomnień, snów, scenek rodzajowych, synestezyjnych uroków rzucanych na czytelnika a chłodem potoczystych, pełnych badawczej czujności zdań.

Gest powracania i przybliżania pozwala wybrzmieć rytmowi opowieści. Dzięki niemu czytelnik może popaść w trans, przybliżyć się do alchemii słowa, doświadczyć zmartwienia, które autor rozumie w specyficzny sposób. Cenna w „Kontenerze” jest ta szczególna wrażliwość semantyczna, to przyglądanie się słowom, zrzucanie z nich wytartej, wyeksploatowanej fasady, by stały się przedmiotem pogłębionej refleksji, gry skojarzeń i ożywiania znaczeń.

Lektura „Kontenera” to czytelnicza wędrówka poprzez kolejne wcielenia żałoby. Każda epifania straty zostaje potraktowana z krytycznym namysłem. Punktem, do którego prowadzi, jest satysfakcja z odnalezionych połączeń, miejsc styku, wspólnych odruchów i metafor. Na szczęście nie są to proste odpowiedzi. Pojemna forma „Kontenera” rozgałęzia myśli, nie daje im zastygnąć.

MARTA  MACIEJEWSKA


MAREK BIEŃCZYK (1956) – prozaik, eseista, historyk literatury, tłumacz. Opublikował powieści „Terminal” (1994) i w „Tworki” (1999), a także książki eseistyczne;. „Czarny człowiek” (1991) „Melancholia. O tych co nigdy nie odnajdą straty” (1998), „Oczy Dürera. O melancholii romantycznej” (2002), „Przezroczystość” (2007), „Książka twarzy” (2011), „Jabłko Olgi, stopy Dawida” (2015), „Kontener” (2018). Jest także autorem książek dla dzieci, m.in. „Księcia w cukierni” (2012). Uchodzi za jednego z twórców założycieli polskiej krytyki winiarskiej. Zajmuje się ponadto tłumaczeniami z języka francuskiego, przede wszystkim książek Milana Kundery. W roku 2012 otrzymał Nagrodę Nike za „Książkę twarzy”.


POZNAŃ POETÓW 2019: POD POZOREM PROZY – Marek Bieńczyk, Dorota Masłowska, Andrzej Stasiuk. Prowadzenie: Magdalena Kicińska, Piotr Śliwiński. Centrum Kultury ZAMEK (Sala Wielka), 14.05.2019, g. 20-21.30

zobacz także: „Jeden Poznań, dwa serduszka, ojojoj”
zobacz także: PP 2019: Barbara Klicka – trzy wiersze
zobacz także: PP 2019: Joanna Roszak – dwa wiersze
zobacz także: PP 2019. Ariko Kato: Jedna czy dwie półki poezji
zobacz także: PP 2019: Marcin Baran i Marcin Sendecki – wiersze
zobacz także: PP 2019: Ciało ofiarowane. O ciele i wątkach homoerotycznych w poezji Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego
zobacz także: PP 2019: Marta Eloy Cichocka – trzy wiersze
zobacz także: PP 2019: GIRL NOT AFRAID

Bal >>

Prywatyzacja szczęścia, albo dlaczego partia pracy nie jest dziś możliwa >>

PNL 2019: Miłość w czasach końca kapitalizmu >>