Festiwal Fabuły: Żaden tu Berlin (murale w Poznaniu)

14 maja 2018

Sebastian Frąckiewicz, Żaden tu Berlin - murale w Poznaniu, Festiwal Fabuły 2018

 

Podczas gdy Gdynia i Katowice zrozumiały, że murale dla miejskiego krajobrazu to broń obosieczna, Poznań zdaje się nie zauważać żadnych zagrożeń. Kolejne prace powstają w miarę regularnie, bez szerszej strategii, jednak nie toczy się wokół nich żadna merytoryczna dyskusja.

 

Najlepsza reklama to taka, której docelowy odbiorca nie odczytuje jako reklamy – mówi stara zasada w tzw. branży kreatywnej. Jeśli coś takiego uda się zrobić agencji reklamowej czy działowi marketingu, można otwierać szampana. W Poznaniu szampana mogło otworzyć szefostwo Hotelu DeSilva, przeczytawszy „Głos Wielkopolski” z szóstego października 2017 roku. Błażej Dąbkowski w tekście „Murale w Poznaniu: Od trębacza po zszywanie Polski” oznajmiał: „Choć od wielu lat to Łódź uchodzi za polską stolicę murali, w Poznaniu powstaje coraz więcej atrakcyjnych malowideł. Tworzą je u nas także artyści światowej sławy”.

Tekst ilustruje galeria zdjęć, w skład której wchodzą różne prace, w tym wielkoformatowa reklama – mural wspominanego wyżej hotelu. Jeśli dziennikarz nie odróżnia reklamy od dzieła sztuki, to już naprawdę nie jest z nami dobrze. Jeśli na domiar złego na takiej wielkoformatowej reklamie widnieją poznańskie koziołki, a ona sama od tych prawdziwych z miejskiego ratusza ulokowana jest w odległości kilkuset metrów, można mówić o bolesnym, wizualnym banale i tautologii wprowadzonej do przestrzeni publicznej. I to w samym sercu miasta. Czy to spełnia definicję atrakcyjnego malowidła? Śmiem wątpić.

 

MONOPOL NA MURALE

 

Po pierwsze: co to właściwie znaczy „atrakcyjne malowidło”? Po drugie, jaką funkcję w przestrzeni publicznej powinien pełnić mural? Czy naprawdę chodzi o atrakcyjność? A może przespaliśmy moment, by uczynić z murali sposób na krytyczne komentowanie naszej rzeczywistości lub przynajmniej metodę na podnoszenie poziomu kultury wizualnej w mieście?

Problem z muralami w Poznaniu polega przede wszystkim na tym, że na żadnych łamach nie przetoczyła się wokół tego tematu dyskusja. W Łodzi, w lokalnych mediach, taka debata się odbyła. Tymczasem poznańska prasa i portale ograniczają się do poinformowania swoich czytelników, że na danej ulicy powstaje kolejny mural. Nikt nawet nie próbuje dokonać jakiejkolwiek oceny. Zamiast niej mamy galerię zdjęć i dopisek: „Jak wam się podoba?”. Czytelnik sam ma wcielić się w rolę krytyka, bo przecież dziś każdy głos jest równie istotny. Teoretycznie to bardzo demokratyczne i piękne założenie, choć nie mam złudzeń, że wynika z intelektualnego lenistwa.

Kolejny kłopot z muralami polega na tym, że nie istnieje spójna wizja i plan, ile powinno ich być, gdzie mogą powstawać, a przede wszystkim – jaką mają pełnić funkcję. Właściwie każdy, kto znajdzie w mieście pustą ścianę na budynku nieobjętym nadzorem konserwatorskim i przejdzie przez niezbyt restrykcyjne sito plastyka miejskiego, może z powodzeniem malować.

Praktyka pokazuje, że w przypadku murali najlepiej sprawdza się w mieście monopolista. Celowo przywołuję przykład Gdyni i Katowic, ponieważ w każdym z tych miast przez lata taki monopolista funkcjonował. I w obydwu przypadkach był to podmiot z zapleczem merytorycznym i wizją. W Gdyni powstawanie pierwszych murali zainicjowało stowarzyszenie Traffic Design, a w Katowicach – Street Art Festival z inicjatywy miejskiej instytucji Katowice Miasto Ogrodów. Zarówno gdyński, jak i katowicki festiwal w ciągu kilku lat przeszedł ciekawą ewolucję: od klasycznego festiwalu wielkoformatowego malarstwa, gdzie liczyła się liczba i skala prac, do festiwalu sztuki miejskiej, gdzie istotny był koncept prac, które przybrały postać instalacji, rzeźby czy różnych działań z lokalną społecznością.

Także Poznań w latach 2011–2013 posiadał swojego muralowego monopolistę w postaci Outer Spaces Festiwal. Można śmiało powiedzieć, że ludzie robiący Outer Spaces zajęli się muralami, zanim to było modne, ze smakiem i rozsądnie, nie upychając wszystkich realizacji w centrum. Jednakże w ostatniej edycji również odeszli od klasycznego muralizmu na rzecz imprezy bardziej konceptualnej i działań z lokalną społecznością. W 2014 festiwal już się nie odbył. Niestety, mało kto wyciągnął wnioski z ewolucji, jaką przeszło Outer Spaces i od kilku lat Poznań przeżywa swoją przygodę z muralami na nowo, z opóźnionym zapłonem i bez głębszej refleksji. Bo w czasie, gdy inne miasta z murali rezygnują, stolica Wielkopolski zakochuje się w nich na nowo. W dodatku bezkrytycznie.

 

ŚRÓDKA – LABORATORIUM GENTRYFIKACJI

 

„Do czego rośniemy” – takie hasło pojawiłoby się na muralu zaprojektowanym przez nieistniejącą już dziś grupę Twożywo. Mural miał zostać zlokalizowany na jednej ze ścian Śródki, vis-à-vis dzisiejszego ICHOT-u. Działo się to wszystko w 2009 roku, a konserwatorką zabytków była wówczas Maria Strzałko. Jednak odrzuciła projekt Twożywa, uznając, że nie pasuje do architektury miejsca. Poza wspomnianym hasłem projekt także był prosty, stylizowany na dziecięcy rysunek. Tekst zestawiony z obrazem nie przedstawiał radosnej wizji przyszłości Śródki, szczególnie jej najmłodszych mieszkańców. Do realizacji nie doszło.

Minęło zaledwie 6 lat, a w dzielnicy pojawił się zupełnie inny mural, czyli „Opowieść śródecka z trębaczem na dachu i kotem w tle”. Jak się okazało, tym razem mural pasował do architektury i ani nowa konserwator, ani plastyk miejski nie mieli zastrzeżeń, choć estetycznie praca jest kiczowatym freskiem, będącym fantazją na temat Śródki – tyle że inspirowanym przeszłością miejsca. W dodatku przedstawia sielankową i wyidealizowaną wizję życia w małym miasteczku, którym Śródka już dawno przestała być. Co więcej, zarówno za sprawą muralu, jak i przyciągającego zwiedzających ICHOT-u dzielnica stała się istnym laboratoriom gentryfikacji i turystyczną dekoracją, enklawą drogich knajp wypierających dawne, zwyczajne życie z okolicy. Ale gentryfikacją zdaje się nikt w Poznaniu nie przejmować, no może poza ludźmi, którzy na kiosku koło śródeckiego muralu przybili antygentryfikacyjny manifest, będący w gruncie rzeczy smutnym wołaniem na puszczy. I to nie manifest, ale kiczowatą scenkę rodzajową turyści i media masowo wrzucają na Fejsa. A kto ma lajki na Fejsie, ten ma rację. Do czasu.

 

DALEKO OD BERLINA

 

W Berlinie wiedzą to już od paru lat – murale nie rewitalizują, ale gentryfikują. Murale nie służą mieszkańcom, lecz turystom. A masowa turystyka jest jak szarańcza. Gdy tylko znajdzie nowe „klimatyczne” i „autentyczne” miejsce, eksploatuje je do cna. Następnie porzuca, bo staje się zbyt turystyczne, nieprawdziwe, więc należy odlecieć dalej w poszukiwaniu następnych autentycznych wrażeń. Przekonali się o tym zarówno mieszkańcy Barcelony, Pragi, jaki i Berlina, protestujący przeciwko turystom.

Tymczasem Poznań, który tak bardzo często chwali się, że do Berlina ma bliżej niż do Warszawy, na błędach Berlina zupełnie się nie uczy, nie dostrzegając tego, że to przez „alternatywne” knajpy, murale i bycie jedną z kilku europejskich stolic street artu Berlin przestał być „biedny, ale sexy”. Wręcz przeciwnie, stał się drogi, oczywisty i zadeptany przez turystów. Co więcej – tam murale się już zamalowuje.

Tak zrobił Blu – jeden z najbardziej utalentowanych i krytycznych twórców światowego street artu i jeden z niewielu idealistów, który uznał, że nie chce, by jego mural cieszył oczy nowych, zamożnych mieszkańców zgentryfikowanej dzielnicy Kreuzberg. W Poznaniu – o czym mało kto pamięta – też mamy mural Blu, znajduje się w zaniedbanym kącie przy ul. Kantaka. Nie jest pstrokaty i kolorowy jak ten ze Śródki, więc nie zostanie jednym z turystycznych cudów Polski. Namalował go facet, który unika mediów i który uznanie zdobył wieloletnią pracą, często nielegalnie. Inaczej, niż to miało miejsce w przypadku Maupala.

 

OD BARAŃCZAKA DO SZYCIA FLAGI

 

Mauro Pallotta, czyli Maupal, to dobry przykład tego, jak dziś funkcjonuje street art i muralizm, a funkcjonuje przede wszystkim w świecie wirtualnym, a nie fizycznie na ulicy. Również w świecie wirtualnym jest lajkowany i podziwiany. Włoch – zupełnie nieznany w środowisku streetartowym – rok temu namalował na terenie Watykanu zabawną, całkiem udaną i niewielką pracę, przedstawiającą papieża Franciszka grającego w kółko i krzyżyk. Tyle że zamiast kółek można było zobaczyć pacyfki. Decorum Squad, czyli specjalny oddział do walki z graffiti i street artem (każde większe europejskie miasto posiada taką instytucję), postąpił z pracą Maupala tak samo jak postępował do tej pory z każdą nielegalną – zamalował ją. Tymczasem media na czele z brytyjskim „Guardianem” zrobiły z tego wielkie wydarzenie, nieomal zamach na artystyczną wolność i akt cenzury. Dzięki mediom społecznościowym historia Maupala rozprzestrzeniła się na cały świat.

Nie miejmy złudzeń – gdyby z jakiegoś powodu Decorum Squad przeoczyło jego pracę, o Maupalu nikt by się nie dowiedział, bo nie miał on żadnego większego dorobku. Nie dowiedziałby się o nim także poznański radny Marek Sternalski, który zaprosił Włocha do Poznania. Efekt tej współpracy to duży, rzucający się w oczy ze względu na soczystą czerwień, mural przy ul. Nowowiejskiego. Z jednej strony w przestrzeni miejskiej Poznania pojawiła się w końcu pierwsza od wielu lat wielkoformatowa praca, która w jakikolwiek sposób komentuje społeczno-polityczną rzeczywistość, co jest sytuacją zupełnie wyjątkową. Z drugiej strony ciekawy pomysł – kobieta zszywająca polską flagę – został zrealizowany w topornym, bardzo dosłownym stylu, przy użyciu szalenie krzykliwej kolorystyki. A hałasu w przestrzeni jest i tak zbyt wiele, choćby z powodu wszechobecnych reklam. Pallotta, który dobrze radzi sobie z mniejszym formatem, w dużym zupełnie nie ma wyczucia. Zresztą nie on jeden, bo mural przedstawiający Stanisława Barańczaka na odnowionym Collegium Novum to z kolei przykład na kompletny brak szacunku do modernistycznej architektury, do której nijak nie pasuje ta praca, będąca zwykłą, przeskalowaną karykaturą prasową. Nic zatem dziwnego, że głównymi wrogami murali są architekci. W takich chwilach w pełni ich rozumiem.

 

Cóż jeszcze osobliwego zobaczymy w Poznaniu? Bo to, że przy okazji rewitalizacji centrum ujrzymy kolejne prace, jest nieomal pewne. Przecież Śródka jest tak wspaniała, medialna i tak słynna na cały świat (ach te kompleksy), że „efekt Śródki”, będący karykaturą efektu Bilbao, zaostrza w Poznaniu apetyty na kolejne murale o podobnym charakterze. Już jedna taka praca powstała na Wildzie, ale za jakiś czas przykryła ją reklama.

Tu Barańczak, tam kobieta z flagą, gdzie indziej mural powstańczy, a w kącie zapomniany Blu i tlejący Remed. A do tego niepozorne, zupełnie niemedialne i ciche wiersze, jak chociażby ten przy przychodni na placu Kolegiackim. O reklamach z koziołkami już przypominał nie będę. Nijak nie układa się to w spójną całość. Może w takim razie zamiast tworzyć kolejne murale, warto postawić pytania o granice i sens. Ile jeszcze nowych miałoby powstać? Czy są w ogóle potrzebne? A co ze starymi? Kto zadba o Blu na Kantaka? Czy warto je konserwować? A co z muralami z czasów PRL-u? Czy nie warto odnowić ledwie widocznego muralu PZL niedaleko synagogi? A może zamiast finansować kolejne wielkie formaty na osiedlach, trzeba odnowić dawne modernistyczne rzeźby? Chociażby na Ratajach… Przecież sztuka w przestrzeni publicznej to nie tylko murale.

Poznań nigdy nie był stolicą polskiego muralizmu. Życzę mu (i sobie), żeby nigdy się nią nie stał, bo robienie ze ścian miasta wielkiego bloku rysunkowego, na którym każdy może pobawić się swoimi pisakami, to żadna wartość.


SEBASTIAN FRĄCKIEWICZ

 

SEBASTIAN FRĄCKIEWICZ (ur. 1982) – dziennikarz kulturalny i krytyk, kurator wystaw komiksowych, pracował także jako copywriter w agencjach reklamowych. Publikował w „Tygodniku Powszechnym”, „Lampie”, „Filmie”, „Polityce”, „Przekroju” oraz w internetowym magazynie Dwutygodnik.com i w portalu Filmweb.pl. Autor trzech książek z rozmowami: „Wyjście z getta. Rozmowy o kulturze komiksowej w Polsce”, „Żeby było ładnie. Rozmowy o boomie i kryzysie street artu w Polsce” oraz „Ten łokieć źle się zgina. Rozmowy o ilustracji” (Wydawnictwo Czarne, 2017).

Zobacz takżeprogram Festiwalu Fabuły 2018

Festiwal Fabuły: W rozgałęzieniach rozwidleń >>

Narodowy kornik walczący >>

Marcin Markowski: Książki najpierw wącham >>