Katarzyna Kłosińska: Zawsze kupowałam więcej książek, niż mogłam przeczytać

19 marca 2020

Katarzyna Kłosińska Fot. M.Kaczyński © CK ZAMEK

Katarzyna Kłosińska. Fot. M. Kaczyński ©CK ZAMEK

Mam taki odruch, że biorę książkę do ręki i od razu chcę ją kupić. Ale zaraz w głowie pojawia się myśl: „No nie, nie mam gdzie jej zmieścić”. I hamulce działają. Z profesor Katarzyną Kłosińską, językoznawczynią i przewodniczącą Rady Języka Polskiego, rozmawia Anna Solak.

Co pani czyta do poduszki?

Do poduszki czytam głównie tygodniki, na przykład „Politykę” albo „Duży Format”, a więc przede wszystkim reportaże. „Tygodnik Powszechny”, „Dwutygodnik”… w związku z tym na nocnej szafce mam telefon albo tablet, bo czytam je głównie w wersji elektronicznej. Z racji obowiązków czytam też prace magisterskie i doktorskie, książki naukowe, socjologiczne i medioznawcze. Jeśli chodzi o beletrystykę, kupuję raczej audiobooki i tu mam podwójną przyjemność, bo nie tylko obcuję ze świetnym tekstem, ale i z jego interpretacją.

Jacyś ulubieni interpretatorzy?

Właściwie nie zetknęłam się z taką sytuacją, żeby tekst czytany przez zawodowego aktora czy lektora był źle zinterpretowany. Ale gdybym miała wybierać, tobym wskazała Wojciecha Pszoniaka – mistrzostwo świata to mało powiedziane!

Ewentualny problem może tu raczej polegać na tym, że naszego wyobrażenie bohatera literackiego rozmija się z wersją zaproponowaną przez danego lektora.

Ale właśnie na tym polega dobre aktorstwo, żebyśmy zapomnieli o osobie aktora, a widzieli lub słyszeli wyłącznie postać. Znakomita była na przykład interpretacja Macieja Stuhra „Króla”i „Królestwa”Szczepana Twardocha, zresztą czytał też jego „Morfinę” i za każdym razem to była inna postać. Uwielbiam też „Idiotę”w wykonaniu Wojciecha Pszoniaka i „Rok 1984” w wersji Jerzego Radziwiłowicza.

Teraz mam w telefonie obszerny reportaż Emila Marata „Sen Kolumba”, nominowany zresztą do Nike. To historia Mikołaja Krzysztofa Sobieszczańskiego (pseudonim Kolumb), który był w pewnym sensie pierwowzorem Kolumba z powieści Bratnego i był uważany za typowego przedstawiciela pokolenia „Kolumbów”, choć – jak pokazuje książka – nasze wyobrażenie o Kolumbach zostało ukształtowane przez mity, podczas gdy rzeczywistość była (jak to rzeczywistość) wielowymiarowa. W zasadzie nie interesuję się historią II wojny światowej – choć w książce opowiedziane są również jego losy przedwojenne – natomiast bardzo lubię reportaż literacki.

Pochłonęłam wręcz cykl Jacka Hugo-Badera poświęcony Rosji, „W rajskiej dolinie wśród zielska”, a wcześniej „Białą gorączkę”, oczywiście też „Gottland” Mariusza Szczygła… Z literatury współczesnej uwielbiam Dorotę Masłowską i Sylwię Chutnik. Długo by wymieniać.

A co z innymi gatunkami literackimi? Poezją, książką artystyczną, esejem?

Poezją, głównie klasyczną, zaczytywałam się wiele lat temu. Czytam eseje naukowe i filozoficzne, a ostatnio sprezentowano mi bardzo ciekawie wydaną sztukę teatralną Witkacego „Gyubal Wahazar, czyli na przełęczach bezsensu. Nieeuklidesowy dramat w czterech aktach”. To książka wykonana przez studentów Polsko-Japońskiej Akademii Technik Komputerowych – na jej różnych stronach są umieszczone kody QR, a przy odpowiedniej aplikacji coś dzieje się z grafiką, na przykład ilustracja towarzysząca tekstowi jest animowana. Dla mnie było to zupełne odkrycie i poszerzanie granic książki.

Widzę, że jest pani dość nowoczesnym czytelnikiem.

Owszem, choć na przykład staram się nie pożyczać książek, a jeśli już, to wyłącznie osobom zaufanym. I tak wystarczająco często nie mogę ich znaleźć, czasem szybciej wypożyczę dany tytuł z biblioteki, niż znajdę go u siebie.

Jest ich aż tak wiele?

Sporo. Zajmują cztery pokoje i jeszcze kilka innych kątów, a jak wiadomo mieszkanie nie jest z gumy. Zawsze kupowałam więcej książek, niż mogłam przeczytać.

Czy mimo tych ograniczeń ma pani książkę, na którą w tej chwili „choruje”?

Lubię chodzić do księgarni, najlepiej tych kameralnych, gdzie wciąż mam oczywiście taki odruch, że biorę książkę do ręki i od razu chcę ją kupić. Ale zaraz w głowie pojawia się myśl: „No nie, nie mam gdzie jej zmieścić”. I hamulce działają. Pewnym rozwiązaniem jest czytnik, ale jeszcze nie do końca się do niego przyzwyczaiłam – czytam na nim jedynie teksty potrzebne mi do pracy.

Myśli pani, że kiedyś zupełnie odejdziemy od papieru?

Formę elektroniczną traktuję bardziej jako narzędzie służące tylko przeczytaniu książki, ale żeby się nią delektować, obcować z książką jako dziełem, potrzebna jest tradycyjna forma. Wciąż ważne są dla mnie ilustracje albo grubość papieru.

Ma pani jakieś ustalone rytuały czytelnicze?

Mam ulubioną kanapę, na której czytam. Na ogół jestem tak zajęta czytaniem, że żadna herbata nawet nie wchodzi w grę, bo tak zatapiam się w lekturze, że od razu by wystygła. Muzyka za bardzo mnie rozprasza, więc jestem sam na sam z książką.

Ulubiona książka dzieciństwa?

Moje dzieciństwo było już tak dawno temu, że nie pamiętam. W połowie podstawówki zaczytywałam się w poezji: Gałczyńskim, Tuwimie. Oczywiście była też klasyka młodzieżowa: Bahdaj, Niziurski, Siesicka. I wspaniałe ilustracje Bohdana Butenki.

Nasza Małgorzata Musierowicz?

Nie do końca się na nią załapałam, bo kiedy publikowała najlepsze części „Jeżycjady” wyrosłam już z takiej literatury.

Kreśli pani po książkach?

Czasem w tych naukowych. Ale jeśli książka jest ważna, zakładam osobny zeszyt, w którym robię notatki. Mam wrażenie, że wtedy lepiej utrwalają mi się myśli.

Czyta pani recenzje książek?

Mam swoich ulubionych recenzentów, na przykład Justynę Sobolewską. Nie czytam natomiast blogów literackich. Nie mam czasu na szperanie w internecie, poza tym jestem naukowcem starej daty… No, może nie starej daty, ale na pewno z krwi i kości, więc bardziej ufam opiniom specjalistów niż zwykłych czytelników, choć oczywiście społeczny odbiór książki jest równie ważny. Z książką jest jak z filmem – nie trzeba być wykwalifikowanym recenzentem, by móc je oceniać.

Wraca pani do przeczytanych już lektur?

Wracam do klasyki. Wysłuchałam ostatnio w samochodzie całego Dostojewskiego, „Annę Kareninę”i „Rok 1984”Orwella. Nigdy nie słucham audiobooków, jadąc autostradą (bo przy dużych prędkościach nie chcę się rozpraszać), za to często, gdy jeżdżę po mieście.A zatem słucham ich sporo, bo jak wiadomo, w Warszawie głównie się stoi, a nie jeździ.

Pomagają się zrelaksować?

Gdy słucham i prowadzę, to się nie wyciszam – mam natomiast poczucie, że dzięki audiobookowi nie marnuję czasu.

rozmawiała: ANNA SOLAK

 

KATARZYNA KŁOSIŃSKA – dr hab. językoznawczyni, pracownik naukowy Wydziału Polonistyki UW, przewodnicząca Rady Języka Polskiego PAN. Prowadzi audycję „Co w mowie piszczy?” w radiowej Trójce.

ANNA SOLAK (ur. 1987) – dziennikarka i redaktorka miesięcznika „IKS” i portalu Kulturapoznan.pl. Absolwentka historii, dziennikarstwa i Polskiej Szkoły Reportażu. Miłośniczka literatury pięknej i non-fiction. Książki czyta w każdej wolnej chwili i miejscu.

ZAMEK CZYTA: „Dobra zmiana (czyli jak się rządzi światem za pomocą słów)”– spotkanie z Katarzyną Kłosińską i Michałem Rusinkiem. Prowadzenie: Piotr Śliwiński. 19.02.2020, g. 18, CK ZAMEK /Sala Wielka

 

Poznań zły: „Ubiezpieczyciel” >>

Mroczna fanaberia. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk >>

Zwierzę, czyli oskarżenie. „Tarsjusz” Wisławy Szymborskiej   >>