Na nowo. Wokół „Spisu z natury” Krystyny Miłobędzkiej

16 października 2020

Krystyna Miłobędzka Spis z natury

Czytając „Spis z natury” – książkę poetycką wydaną dopiero po ponad półwieczu, od kiedy powstał jej zamysł – nie sposób nie zadać oczywistego pytania: co łączy jej autorkę, wówczas niespełna trzydziestoletnią debiutantkę z Krystyną Miłobędzką, tegoroczną laureatką Poznańskiej Nagrody Literackiej?

 

„[…] będzie myślał[a], że opowiada bajkę, i napisze to wszystko o aksolotlach”.

Julio Cortázar, „Aksolotl” (przeł. Zofia Chądzyńska)

 

   1.

Czytając „Spis z natury” – książkę poetycką Krystyny Miłobędzkiej wydaną dopiero po ponad półwieczu, od kiedy powstał jej zamysł – nie sposób nie zadać raczej oczywistego pytania o to, co łączy wówczas niespełna trzydziestoletnią debiutantkę, autorkę pisanych pełnymi zdaniami próz poetyckich, znanych z cyklu „Anaglify” (publikowanego we fragmentach w prasie, a później w retrospektywnych wyborach), z Krystyną Miłobędzką, która zdradza, że w swojej nowej i – jak zapowiada – ostatniej książce udało się jej zamknąć własne życie w sześciu słowach: „wiatr którym żyłam / piasek po odejściu” (z. III, s. 7).

Poetka zarazem nie odcina się od swych pierwszych publikacji, raczej jak w „anaglifie” o kałamarzu, w którym „siedzą pofarbowane myśli”, sięgając coraz głębiej, dostaje się do tych najgęstszych (z. I, s. 57). Poza tym, mimo wyraźnej zmiany poetyki, najdawniejszy tomik z niektórymi spośród późniejszych – „Wykazem treści” (1984), „wszystkowierszami” (2000),Zbieranymi” (2006),gubionymi” (2008)– łączy pomysł na tytuł, tak czy inaczej, mniej lub bardziej metaliteracki.

Każdy z wymienionych mówi coś o statusie tekstów – niepewnym, amplifikacyjnym, wynikającym z maksymalistycznego rozumienia wiersza – a także o pozycji i kondycji autorki. W konsekwencji kolejne jej książki okazują się próbami pomyślenia na nowo o języku, o trudzie docierania do słowa.

Pisanie bowiem to jeden z najważniejszych powracających tematów tej poezji. Zaś pytanie o możliwość „spisania z natury” zamiast spisywania treści – abstrahując na razie od zleksykalizowanego znaczenia szczególnie pierwszej frazy – pozostanie wielkim pytaniem i wielką troską całej twórczości Miłobędzkiej (tej raczej do czytania i tej raczej do wystawiania na scenie). Choć w pierwszych tekstach nietożsamości między słowami a rzeczami eksploruje ona z pewnym zaciekawieniem oraz (z czasem dopiero malejącą) ufnością w mediacyjną rolę takich spięć, wydobywających niekiedy materialność języka.

W kontekście nieprostych losów „Spisu z natury” – pierwotnie zaniechanego, również dlatego, że zanim pojawiła się możliwość publikacji, w pisarstwie Miłobędzkiej zdarzyło się już nowe (czyli tom „Pokrewne”), adekwatna okazuje się forma, w jakiej ta książka ostatecznie się ukazała, czyli trzech zeszytów (podobnych do notatników przez lata służących autorce). Składają się na nie dwa cykle: „Anaglify”, „Małe mity” oraz rozmowa pt. „Jesteś samo śpiewa” przeprowadzona przez Jarosława Borowca.

Wszystkie te tomiki ilustrowane są szkicami (botanicznymi, anatomicznymi, technicznymi), które kojarzą się z rycinami z dawnych encyklopedii, ale w „Spisie z natury” bywa, że rysunki umieszczone na jednej kartce wchodzą ze sobą w nieoczekiwane związki, czasem wręcz się na siebie nakładają. Pełnią bowiem nie tyle funkcję ozdobników, ile dyskretnych gestów interpretacyjnych, zdają się nawiązywać do niekonwencjonalnych opisów Miłobędzkiej, a może i czekać, by dotarły one również do prawdy na ich temat. Tak jak ma to miejsce w przypadku wynalezionej przez poetkę na potrzebę studium broszek – imaginacyjnej archeologii, która odkrywa, że te „żyły kiedyś na wolności” (z. I, s. 45), czy imaginacyjnej botaniki oraz zoologii – stworzonych m.in. dla agaw (z. I, s. 36) i meduz (z. I, s. 29).

Udaje się więc w tym projekcie edytorskim – mimo ryzyka – uniknąć z jednej strony pretensjonalności falsyfikatu, z drugiej efektu druku bibliofilskiego. Co więcej, dzięki tej publikacji rysują się potencjalne, nowe (lub komplementarne względem dotychczasowych) odczytania Miłobędzkiej.

 

   2.

W cyklu „Małe mity” szczególną uwagę zwraca niespodziewanie deklaratywny tytuł jednej z próz – „Mały trakt o wyobraźni”. W pewnym momencie w rozmowie z Borowcem, który we wspomnianym tekście dopatruje się zagęszczonego opisu wnętrza mięsożernej rośliny, autorka stwierdza: „Bo to może jest nie tylko rosiczka? To może jest fizyczne zbliżenie kobiety i mężczyzny. A może tylko zapis zmysłów, które łapią obraz” (z. III, s. 22). Niewykluczone, że te sugestie objaśniające – bez teoretyzowania – działanie wyobraźni, odsyłają również do głębiej ukrytych sensów obu cykli, dotąd właściwie niedostępnych.

Komentarze Miłobędzkiej sprawiają, że poza wszystkim, co można powiedzieć o jej wczesnych prozach poetyckich i co o nich już powiedziano, „Spis z natury” sytuuje się także wśród najoryginalniejszych książek miłosnych, zwłaszcza że pozbawiony jest oczywistych śladów wyznania, te pozostały w prywatnym archiwum autorki.

Borowiec zdradza, że swój egzemplarz „Twórczości” (1961, nr 1), gdzie ukazały się jedne z pierwszych tekstów z „Anaglifów”, Miłobędzka opatrzyła, jak na nią wyjątkowo bezpośrednią dedykacją adresowaną do przyszłego męża i najważniejszego, pierwszego czytelnika – Andrzeja Falkiewicza: „Przez Ciebie, dla Ciebie, o Tobie, Tobie” (z. III, s. 14).

Właśnie on – przenikliwy akuszer debiutu – wysyłał jej utwory do prasy literackiej (perypetie pierwodruków zostały udokumentowane w nocie edytorskiej). Swoją pewnością wyciszał wątpliwości, które ona wciąż miała. Zdaje się, że prawem szczególnej sukcesji, zrekonstruowaną po latach książkę autorka ofiarowała, czego dotąd nie praktykowała, innemu bliskiemu czytelnikowi, przyjacielowi i wydawcy – Jarosławowi Borowcowi.

Z ich rozmowy wynika, że co najmniej kilka spośród opublikowanych po raz pierwszy w 2019 roku tekstów należących do obu cykli edytor wydobył z korespondencji Miłobędzkiej i Falkiewicza, jaką wymieniali na początku swego związku, gdy mieszkali w dwóch różnych miastach. Poetka mówi, że przytrafiło się jej wtedy „gwałtowne otwarcie pisarskie, które daje miłość” (z. III, s. 11). I robi w tych tekstach coś, do czego jednak nie wszyscy zakochani byliby skłonni, z niespotykanym rozmachem i niemal bezgraniczną ufnością wtajemnicza ukochanego w swój świat.

W kolejnych utworach opowiada, jak postrzega pojedyncze – „wzięte wprost z życia” (z. III, s. 20) – zjawiska, przedmioty, organizmy; a opowiadając, rozluźnia związki łączące je z „twardą” rzeczywistością, dla każdego z osobna wynajduje własny mit, odzyskuje ich autonomię (może temu służyć zaledwie wzmianka o poparzonych wnętrzach popielniczek [z. I, s. 56] albo o tym, że mozaiki powstają, gdy „cienka warstwa koloru ogrzewa cement, który chłodzi barwy” [z. I, s. 25]). Zarazem w ten sposób poetka odsłania siebie przed kimś od niedawna najbliższym i powołuje już intymną rzeczywistość dwu wyobraźni.

W pewnym sensie anaglif (termin odnoszący się do techniki wytwarzania złudzenia optycznego umożliwiającego widzenie przestrzenne) i miłość mają wiele wspólnego – pozwalają zobaczyć świat w trójwymiarze. Na nowo. W istocie znajdując język dla dwojga, Miłobędzka znalazła też swój (pierwszy) język poetycki. Budowała te teksty w oparciu o wiarę w porozumienie z kimś jednym jedynym, co dawało jej siłę wydobywać zakłócenia komunikacyjne i przezwyciężać nieporadności słów wobec złożoności świata, a ostatecznie też zapoczątkowało znacznie szerszy dialog z czytelniczkami i czytelnikami.

W utworach z późniejszych tomów będzie poetka tę wizję głębokiej więzi dwóch osobowości nadwątlać szczerymi napomknieniami o przejściowych rozsunięciach perspektyw, o tym, że nawet najbliżsi czasem żyją na osobności: „Jesteśmy razem ale każde z nas samo” (cytat z tomu „Wykaz treści” – „Zbierane”, s. 159).

Niemniej z tamtych, początkowo zapewne ekstatycznych, doświadczeń autorki „gubionych” wynika zasadniczo afirmatywna wymowa jej pierwszych zapisów (jak zaczęła z czasem określać swoje teksty). Co jednak nie odbiera im powagi, a niekiedy i pewnego krytycznego rysu oraz wyczulenia na ból dotykający pojedyncze istnienia, wrażliwości na smutek niepozornych, zaniedbanych przedmiotów – „ofiar” interesowności naszej uwagi albo narzędzi naszych rozmaicie motywowanych roszczeń i rozrachunków, czego przykładem są miny morskie, tak naprawdę eksplodujące ludzkim strachem (z. I, s. 30).

 

   3.

Warto wreszcie wrócić do tytułu scalonej po latach książki, w którym spotykają się jeszcze inne klucze interpretacyjne. Stała formuła „spis z natury” jest właściwie tożsama z zapożyczoną z łaciny „inwentaryzacją”, etymologiczne – przez pierwotne znaczenia: „odkrywać”, „znaleźć” – odsyłającą do „inwencji”.

Miłobędzka, oscylując między inwencją a inwentaryzacją, często postępuje podobnie, jak chciał Julio Cortázar w zakończeniu opowiadania „Aksolotl” tworzy prawdziwe bajki i w ten sposób nie tylko kompromituje dychotomię realistyczne – fantastyczne, ale też opozycję natura – kultura.

W istocie drugi człon tytułu naprowadza na sensy, których zwłaszcza dziś nie sposób pominąć (te wątki powracają zresztą w całej twórczości Miłobędzkiej). Staje się interesująco aktualny w obliczu refleksji na temat antropocenu. Na przykład w środkowym ogniwie prozy „Małe mity” pojawia się taki obraz: „kiedy ryba upadła na piaszczysty brzeg, jeden z nich podszedł i obrysował ją. W tym czasie w głowie ryby powstał już pomysł ludzkiej męki. Bez możności wydostania kostniał powoli w białe narzędzia zbrodni – gwoździe, włócznie, krzyż. I mówili, że ryba z pisaku to za mało na ślad ryby i za mało na ślad człowieka. I nadal łowili ryby żywe, a jedli ryby martwe” (z. II, s. 9).

Jednak istotą zapisów Miłobędzkiej nie są wywrotowe reinterpretacje wielkich opowieści kultury. Toteż bardziej reprezentatywna dla jej wyobraźni wydaje się otwierająca ten sam cykl „Ziemia” – skondensowana, przenikliwa wizja planety jako hiperorganizmu („rozprzestrzeniona o wszystkie życia” [z. II, s. 5]), oplecionego nieskończonymi powiązaniami i życiodajnymi zależnościami. Te bowiem – rzeczywiste i zmyślone – obejmują większość tekstów poetki, łączą na przykład ptaki i drzewa (z. I, s. 40) czy ludzi i grzyby (z. I, s. 51), ujawniają zaniechane pokrewieństwa (o czym mówią „Ptasie obrazki” z „Małych mitów”). Ale nierzadko wydobywają też nasze nadużycia wobec przyrody (w „Kołysance” to człowiek „rzeki wyświecone spragnionymi językami pozbawił głębi” [z. II, s. 17]).

Jednocześnie okazuje się, że z powstałych przed niemalże sześćdziesięciu laty tekstów wyłaniają się również, nadal aktualne, alternatywne i swoiście ocalające scenariusze aliansów gatunkowych, demaskujące umowność granic między poszczególnymi bytami („jesteśmy jednym żywym organizmem” – mówi poetka [z. III, s. 22]). W „Spisie z natury” bowiem autorka bardzo wyraźnie daje do zrozumienia, że podlegający ustawicznym przemianom świat sprzyja tego rodzaju rekonfiguracjom istnień, w związku z czym – co stanie się w późniejszych tomach sednem jej zmagań z językiem – nie należy go sztucznie unieruchamiać w percepcji i w rezultacie: w zapisie.

Tak więc początek poezji Miłobędzkiej wciąż posiada potencjał początku i to nie tylko jako nowa perspektywa oglądu (cało)kształtu jej twórczości.

ANITA JARZYNA

Krystyna Miłobędzka, „Spis z natury”, Wydawnictwo Wolno, Lusowo 2019

 

ANITA JARZYNA (1984) – pracuje w Instytucie Filologii Polskiej i Logopedii UŁ, wykładowczyni Wydziału „Artes Liberales” UW. Badaczka literatury, głównie poezji XX-wiecznej, interpretatorka. W obszarze jej zainteresowań znajdują się ekokrytyka, studia nad zwierzętami oraz studia nad Zagładą. Ostatnio opublikowała „Post-koiné. Studia o nieantropocentrycznych językach (poetyckich)”, Łódź 2019.

Marcin Jaworski: Książek nie należy się bać >>

Bogumiła Kaniewska: W książkach szukam drugiego człowieka >>

Festiwal Fabuły 2020: Konieczność fikcji >>