Jarosław Mikołajewski: „liryk z Bożej łaski”*

12 czerwca 2017

JarosŁaw Mikołajewski zamek czyta

Fot. M. Kaczyński ©CK ZAMEK

Jarosław Mikołajewski zasłynął jako twórca wierszy niezwykle bezpośrednich, pełnych czystego uczucia i prostoty. Szymon Wegner przedstawia osobistą sylwetkę pisarza.

 

Za moment wyruszę w podróż po Włoszech, mając za przewodnika Jarosława Mikołajewskiego, który zna Italię jak mało kto. Na razie jednak czekam na warszawskim Okęciu, aż mój samolot wystartuje. Pierwszy punkt mojej wyprawy, Warszawa, już zaliczony.

 

PONAD PÓŁ WIEKU TEMU W STOLICY

na świat przyszedł Jarosław Mikołajewski, przyszły poeta, autor kilkunastu tomów poetyckich. Na Uniwersytecie Warszawskim ukończył italianistykę, gdzie później wykładał przez ponad piętnaście lat. W tym czasie powstały jego pierwsze tomiki poezji, m.in. debiutancki zbiór „A świadkiem śnieg”, który zachwycił samego Zbigniewa Herberta.

Od kiedy zaczął pracować dla „Gazety Wyborczej”, dał się poznać także jako dziennikarz, szczególnie wyspecjalizowany w prowadzeniu wywiadów. I choć przeprowadził ich wiele, za najważniejszy bez wątpienia należy uznać ten z Julią Hartwig. Rozmowy „Największe szczęście, największy ból” są zapisem kilkunastu lat znajomości, powolnego poznawania się, rozkwitu przyjaźni między dwojgiem wrażliwych ludzi.

 

W SAMYM ŚRODKU

Mój samolot startuje, za parę godzin będę już w Rzymie. Na lotnisku im. Leonarda da Vinci czeka na mnie Jarosław Mikołajewski. Wcześniej widzieliśmy się tylko raz, nie mam pojęcia, jak zacząć rozmowę, ale on odbiera ode mnie walizkę i zaraz już siedzimy w niewielkiej trattorii na Zatybrzu, bo to ulubiona część Rzymu Mikołajewskiego. Poeta jawi mi się niemal jako Wergiliusz, który będzie prowadził mnie jak w „Rzymskiej Komedii”, erudycyjnie opowiadając o swych włoskich doświadczeniach, aż znajdę się w samym środku jednego z jego esejów, bo oprócz wierszy i wywiadów jeszcze eseje pisze.

Jarosław trzyma mnie z dala od głównego szlaku, wybierając wąskie i kręte uliczki, w których bez jego przewodnictwa zgubiłbym się niechybnie. Opowiada mi o miejskich legendach, podobnych do opowieści z jego zbioru opowiadań „Dolce vita”. Pytam go, dlaczego tak często skacze w bok, zdradzając poezję. Jarosław śmieje się serdecznie i stwierdza: „irytuje mnie nieokreśloność poezji, jej pięknoduchostwo. Ale pisząc, nie znam większego zadowolenia niż dobrze przeze mnie napisany wiersz”**.

Przenosimy się do stolicy Piemontu, Turynu, miasta, na którego ulicach można było spotkać niezwykłego włóczęgę, Cesarego Pavese. Jarosław ma olbrzymi sentyment do jego twórczości, tłumaczył zresztą wiele wierszy piemonckiego literata. W ogóle tłumaczenia dzieł włoskich pisarzy i poetów stanowią nieodłączną i bardzo ważną część dorobku Jarosława Mikołajewskiego. Leopardi, Ungaretti, Camilleri – to tylko kilka nazwisk włoskich mistrzów słowa, których utwory zyskały nowe życie i jakość dzięki popisom translatorskim Jarosława.

Jego tłumaczenia noszą znamiona dzieł autorskich tłumacza; w każdym utworze dostrzec można wyraźny ślad poety. Kiedy chwalę przekłady wierszy Pavesego, Jarosław dziękuje mi, ale stwierdza, że to jedynie próba oddania całej złożoności tej poezji i ma nadzieję, że jej nie zepsuł.

Kolejnym przystankiem podróży jest Florencja, miasto Niccolò Machiavellego, Michała Anioła i Carla Collodiego. Jarosław mówi mi, że stworzenie nowego przekładu „Pinokia” było dla niego nie tylko przygodą, ale też wielkim translatorskim wyzwaniem. Chciał oddać całą złożoność dialektu toskańskiego, z jego zaczepnością i elegancją. Od czasu przekładu „Pinokia” napisał kilka kryminałów i opowiadań dla dzieci. No tak, czyli jeszcze do tego twórca książek literatury dziecięcej. Ostatnia z nich, „Wędrówka Nabu”, opowiada historię dziewczynki zmuszonej uchodzić ze swojej rodzinnej wioski, aktualny i bardzo dojrzały problem przełożony w prostych słowach dla najmłodszych.

 

NIE BOJĘ SIĘ UCHODŹCÓW. BOJĘ SIĘ NAS

Wyprawę kończymy na wyspie, która stała się kołem ratunkowym i bramą do życia dla tysięcy uchodźców z Afryki. Jarosław Mikołajewski wracał na Lampedusę kilkakrotnie, rozmawiając z mieszkańcami wyspy, opisując ich zaangażowanie w pomoc uchodźcom. Tak powstaje reportaż „Wielki przypływ”, historia o ludziach, którzy dostrzegają w obcych takich samych jak oni ludzi. Nie dość, że poeta, eseista i tłumacz, to jeszcze powieściopisarz i reportażysta, a przede wszystkim – niezwykły człowiek. Stoimy na nadbrzeżu, z daleka widzimy małą łódkę wypełnioną po burty ludźmi. Z portu wypływa w stronę łupiny spory kuter z pomocą. Jarek mówi do mnie: „Nie boję się uchodźców. Boję się nas. Mówienia o innych kategoriami pierwotniaków, kategoriami zapewnień, że ich nie przyjmiemy, dzielenia tych, którzy uciekają od śmiertelnych zagrożeń, na chrześcijan i niechrześcijan. Ten czas to jest próba dla migrantów… Owszem, bo to im grozi śmierć, ale i dla nas: co z tego, że określamy się jako katolicy, że wmawiamy sobie i innym, że kochamy kulturę śródziemnomorską? Wręcz naskórkowo nie cierpię hipokryzji, określania siebie samych nieprawdziwymi kategoriami”***.

Pora wracać do Polski. Jarek musi jeszcze zostać trochę w Rzymie, ma kilka spraw do załatwienia. Proszę go na odchodnym, żeby w kilku słowach się opisał, może przyda mi się to przy tworzeniu tekstu. Jarek wyjmuje chusteczkę, zapisuje trzy linijki i podaje mi ją. Czytam i uśmiecham się, bo znam ten krótki wiersz:

 

jarosław mikołajewski

poeta polski nieżyjący

w rzymie****

 

Ściskamy sobie ręce i każdy idzie w swoją stronę, ja do samolotu, Jarek znika gdzieś w wąskich uliczkach strof Pavesego, Camilleriego, Leopardiego…

 

SZYMON WEGNER

 

ODNOŚNIKI:

* Określenie autorstwa Piotra Matywieckiego.

** Fragment wypowiedzi pochodzi z rozmowy Emilii Klimasary z Jarosławem Mikołajewskim

*** Fragment wywiadu Macieja Kędziaka z Jarosławem Mikołajewskim

**** Wiersz z tomu „Wyręka” (2014).

Narodowy kornik walczący („Nieumarły las”) >>

Seryjni poeci 47: Grzegorz Olszański – wiersze >>

Seryjni poeci 47: Patryk Czarkowski – wiersze >>