Karp w wannie

13 grudnia 2016

Dominika Słowik i Aleksandra Zielińska ZamekCzyta

Podróż do czasów dzieciństwa nie stanowi dla Dominiki Słowik i Aleksandry Zielińskiej ucieczki do krainy bez zmartwień i dorosłych problemów, lecz punkt wyjścia dla świadomego działania i dokonywania zmian właśnie w krainie ze zmartwieniami i dorosłymi problemami – w rzeczywistości.

przy świętach często zdarzały się u nas choroby, wręcz miniepidemie. ze wszystkich chorób najczęściej dostawało się pierdolca, zwłaszcza przed wigilią. dawniej podejrzewano, że to od żywych karpi, które na parę godzin przed egzekucją wpuszczało się do wanny. później w tej samej wannie, wieczorem, kąpała się cała rodzina (chociaż zwykle nie w tej samej wodzie). ale potem karpie kupowało się już ubite prądem i z odciętą głową, a pierdolca dostawało się mimo to, a nawet częściej i więcej.

Poznajecie? Gdzieś w tym momencie zapewne jesteśmy teraz, to ten czas i ta przestrzeń. Może tylko karp nie pływa już w wannie, ale to raczej nie ma większego znaczenia. Właściwie trudno powiedzieć, co ma większe znaczenie, gdy wszystko stoi małymi literami. Kira Pietrek pisała o tym tak:

co jest najważniejsze

nic nie jest najważniejsze

 

NIC

Otwierający fragment pochodzi z powieściowego debiutu Dominiki Słowik „Atlas: Doppelganger” z 2015 r. Cała książka składa się z serii tego typu fabułek przekazywanych przez narratorkę – błyskotliwych, dowcipnych i bardzo sprawnych językowo. Świat przedstawiony jest tu zawsze przechwycony – większość historii opowiada narratorce i jej koleżance Annie (głównie zresztą Annie, narratorka jest zawsze gdzieś obok) dziadek tej drugiej; jego wypowiedzi spisuje narratorka wiele lat później, jako własne (ale przecież całkiem nie) wspomnienia z dzieciństwa.

Dominika Słowik Atlas: Doppelganger

 

Zapośredniczenia zwielokrotniają się w drugiej części książki, gdy obok alinearnie nawarstwiających się kolejnych fabułek pisanych zwykłym trybem pojawia się chronologicznie rozwijana alternatywna historia kursywą mówiona z perspektywy dziadka, lecz o mężczyźnie, który dziadka obserwuje, więc w istocie o dziadku z perspektywy mężczyzny. Podmioty ulegają rozmyciu, a prawda i fałsz, wraz z tak zarysowaną strukturą przechwyceń, oddaje pole samemu aktowi opowiadania i przepływom kolejnych opowieści i opowiadających. Narratorka pozostaje w ukryciu, jakby nie chciała nadmiernie wychylać się ze swoją władzą, w końcu niewątpliwą, wyboru historii i sporządzenia ich opisu – nie wiemy o niej za wiele, nie wiemy nawet za bardzo, ani kiedy, ani gdzie spisuje wspomnienia dziadka.

Robi się płynnie – i nie bez powodu.

Akcja powieści – czyli moment, w którym dziadek opowiada dziewczynkom o swoich przygodach – rozgrywa się bowiem w latach 90. i czasach transformacji ustrojowej, gdy „wszystko mogło się zdarzyć – każdy mógł zostać ministrem, założyć firmę, która odniesie giełdowe sukcesy i wejdzie na międzynarodowe rynki”. Neoliberalizm był jeszcze bardzo neo- i zarzucał pięknymi mitami „od pucybuta do milionera”, które karmiły się założeniem o wszechogarniającej wolności obyczajowej, więc ekonomicznej: każdy na wejściu miał równe szanse, by osiągnąć najpotężniejszy z możliwych sukcesów, wystarczyła ciężka praca i trochę sprytu. Było tak równo i tak wolnościowo, że każdy miał nawet własne fakty, języki i narracje, a żadne nie były lepsze bądź gorsze: byle indywidualne; to „ja” było tu największą wartością, a wraz z nim niepohamowany, nieuporządkowany pluralizm. Nie było wielkich liter, a wartości pływały sobie w magmowatej zupie, bo wybór którejkolwiek jako tej ważnej czy dominującej byłby już przemocą.

Tak, to czasy, gdy ludzie naprawdę wierzyli, że wolność indywidualna to w ogóle jakakolwiek wolność. Teraz już wiemy, że rozwarstwienie społeczne, że różnice klasowe, płciowe i narodowe, że zabezpieczenia socjalne, że kapitał ponad siłą roboczą, że, mówiąc krótko: „byliśmy głupi”. Konsekwencją ówczesnych założeń jest obecnie „postprawda” – słowo roku 2016 według oksfordzkiego słownika.

 

NIE

Nielinearność, wielość narracji, „śmierć autora”, przechwytywanie opowieści, postpamięć i powtórzenia – powieść Dominiki Słowik znakomicie oddaje systemowe iluzje transformacji w języku. Sama historia, sklejana z nakładających się narracji, odbija je równie skutecznie.

Dziadek Anny to marynarz i górnik na emeryturze, który większość swojego życia spędził na morzu. Swoje wspomnienia, przepisane wiele lat później przez narratorkę, opowiada pod koniec życia w mieszkaniu, w którym żyje z żoną. Poza tym momentem i dosłownie kilkoma innymi – gdy przebywał w więzieniu za przemyt czy gdy za zarobioną fortunę kupił sobie cały blok na prowincji i żył w nim samotnie ze swoją sprzątaczką – znajdował się w nieustannym ruchu, pływał od portu do portu. Ten płynny status, ściśle powiązany z wodą, wyznaczał jego ontologiczną normę: podczas walk w klatce miał przewagę nad przeciwnikami nie dlatego, że był tak silny, lecz właśnie dlatego, że świetnie się odnajdował na niestabilnym, ruchomym podłożu. Podobnie jego opowieści są nielinearne, przesadzone, niespójne, przepływają jedna w drugą przez asocjacje.

W drugiej części powieści pojawia się równolegle druga odnoga, pisana kursywą, z perspektywy przybysza Sadowskiego, dla kontrastu jest chronologiczna: przybysz osiada w mieszkaniu opuszczonego bloku (obok bloku wykupionego w całości przez dziadka) i obsesyjnie, z listów pozostawionych przez dawnych jego mieszkańców, próbuje zbudować pewną całość – początkowo przez ich historie, strzępki faktów, które skrzętnie notuje, później nawet przez powtarzalność pewnych sylab i liter czy przez skreślanie co drugiego słowa, co przypomina eksperymenty poetyckie grupy OuLiPo. W efekcie nie udaje mu się zaprowadzić porządku w nieskoordynowanej całości ludzkich opowieści i dokończyć mapy bloku, bo dziadek nie dopuszcza go do mieszkań swojego bloku, które mogłyby wiele zagadek i relacji rozwikłać.

W pewnym momencie dochodzi zatem do zderzenia dwóch systemów i sposobów rozumienia świata: totalizującego według danych kategorii (np. czasowych, przestrzennych bądź literowych), unieruchamiającego, fetyszyzującego oraz totalnie anarchizującego, zmiennego, procesualnego. Zderzenie to dokonuje się przez konfrontację mapy bloków budowanej przez Sadowskiego i mapy morza, po którym pływał marynarz.

Mapa morza, wedle dziadka, jest absurdem – nie można bowiem zaznaczyć granic tego, co nieustannie jest w ruchu, i nie można odnaleźć się w granicach tego, co nieustannie jest w ruchu, gdy samemu jest się nieustannie w ruchu. Mapy morza, które za pomocą kolorów określały głębokość danego punktu, służyły zatem marynarzom do wynajdowania kształtów, w jakie kolory się układały – obrysowywali je potem konturami, często z niezwykłą dokładnością, zwłaszcza gdy przedstawiały genitalia bądź nagie kobiety; w późniejszym mieszkaniu z żoną z kolei mapy te używane były po prostu jako papier do pakowania kanapek lub papier toaletowy.

Gdzieś z połączenia tych dwóch map – jednej związanej z obsesją porządkowania i brakiem zmiany miejsca (mapa bloku), drugiej związanej z totalną wolnością i nieustanną zmianą miejsca, która właściwe sama się znosi (mapa morza) – wyłania się obraz potransformacyjnej Polski: płynnej, ale przecież przemocowej, nastawionej na wolność, ale w istocie zamykającej. Trochę jak z tym karpiem, który wprawdzie pływa w wannie, ale przecież nie ma w tym dla niego nic wyrównującego czy uwalniającego.

Więc płynna nowoczesność, ale jednak nie: spektakl.

 

JEST

Na Poczcie Głównej kłębi się tłum. Zbliżają się święta, jeden z najbardziej znienawidzonych trendów. Nie dziwi zatem, że w ścisłym centrum ludzie kręcą się, szukając gwiazdkowych prezentów.

Włączam się w strugę pasażerów, która opuszcza wagon czwórki i zatyka przejście dla pieszych. Prosto na Planty, gdzie względna cisza i spokój, bo cały ten rój głów ruszy do galerii handlowych albo na Rynek. Tam są świąteczne stragany z pamiątkami, darami i jedzeniem. Grillowany oscypek z żurawiną, pajdy chleba ze smalcem, grzaniec – wszystko, o czym marzą turyści.

To też teraz i tu, a konkretniej w Krakowie. W Krakowie rozgrywa się spora część drugiej powieści Aleksandry Zielińskiej „Bura i szał” z tego roku. Tam także odbywała się akcja debiutu Zielińskiej z 2014 r. „Przypadek Alicji”. Bohaterka-narratorka obu tych powieści zbudowana została na bardzo podobnej zasadzie: pochodzi ze wsi, gdzie mieszka jej wzorowa siostra z mężem i dzieckiem oraz rodzice; studiuje w Krakowie i znajduje się w mocno niestabilnym położeniu psychicznym. W drugiej książce nie znamy imienia bohaterki, przez cały czas posługuje się wyłącznie przydomkiem: Bura – od burego koloru włosów.

W „Burze i szale” psychoza już od pierwszej sceny, gdy bohaterka wyłania się z burzy w okolicach domu rodzinnego, związana jest z żywiołem wody. Nie bez przyczyny: przez wieś, z której pochodzi, przepływa Wisła, w niej zginął pierwszy kochanek jej matki, prawdopodobnie ojciec bohaterki, oraz chłopiec z wodogłowiem, pośmiewisko całej wsi (wszak takich trzeba ubijać podobnie jak inne kalekie zwierzęta); matka narratorki całymi godzinami przesiaduje nad rzeką i się w nią wpatruje.

Aleksandra Zielińska Bura i szał

 

Choroba psychiczna bohaterki naznacza jej funkcjonowanie na wsi – dziewczyna nieustannie doświadcza stygmatyzacji, właściwie nie istnieje inaczej niż jako ta psychicznie chora; dopiero w Krakowie zaczyna uczęszczać na terapię. Cała powieść jest niejako zapisem jej wspomnień opowiadanych podczas terapii, więc – podobnie jak w opowieściach dziadka Anny u Słowik – bywa nielinearna, asocjacyjna i emocjonalna.

Wyjątkowo hojnie czerpie także Zielińska z cytatów i powtórzeń, przechwytując popkulturowe języki, których lista znajduje się na końcu książki: są tam i Świetliki, i Łukasz Orbitowski, i Pink Floyd, i Ridley Scott; kilka rozdziałów inspirowanych jest konkretnymi utworami, np. wierszem „Daddy” Sylvii Plath czy powieścią „Angielski pacjent” Michaela Ondaatje; w książce znajduje się cała sieć przepływów. Dodatkowo psychodeliczne stany, które bohaterka odczuwa właściwie nieustannie za sprawą psychotropów, rozwadniają rzeczywistość tak, iż trudno ocenić, co w opowieści jest prawdą, a co zmyśleniem. Całość jest ciężka, klimatyczna i niezwykle mocna, a językowe „flow” prowadzi autorkę często w bardzo nieoczekiwane rejony, także lingwistyczne („święć się imię twoje, przyjdź kurewstwo twoje”); w thrillerowej akcji trup (nie tylko ludzki, głównie nieludzki) ściele się gęsto.

Woda w powieści Zielińskiej nie stanowi jednak nawet pozornie otwierającej i przygodnej przestrzeni, jaką były morza i oceany u Słowik. Tu Wisła to żywioł ciemny, niszczycielski, szaleńczy – rzeka nie tylko ma wyraźnie wyznaczone brzegami granice i nadaje mocny kierunek pływu, ale i jest linią wiążącą wieś i Kraków, przez co dziewczyna nawet po przeprowadzce do dużego miasta nie jest w stanie uwolnić się spod jej działania.

Podróż ze wsi do miasta pozwala jednak bohaterce dojrzeć, że jej wykluczenie miało charakter nie tyle psychiczny – choroby psychiczne nie są bowiem w mieście powodem do tak bezwarunkowych wykluczeń – lecz klasowy: to pochodzenie ustawiało percepcję bohaterki i jej pozycję.

W relatywizującej, alinearnej narracji pojawia się element, którego w raczkującym neoliberalizmie zabrakło – myślenie klasowe – w wyniku czego za systemowe porażki winą obarczało się nie system (więc właśnie dyskryminacje związane z pochodzeniem, klasą, płcią itd.), lecz indywidualne jednostki. „Płynne” szaleństwo, na wsi wykluczane przez niedostosowanie do panującego wzorca, w mieście otwiera na samodzielne działanie: „to ty decydujesz, po której stronie zdrowego rozsądku stajesz, i każdy wybór jest dobry, o ile dokonujesz go sama, a nie twoi rodzice, twoje rodzeństwo, twoi lekarze, na końcu twoje leki”. Co tu istotne, regularne narracyjne części powieści przeplatane są rozdziałami zatytułowanymi „Rorschach”, w których bohaterka opowiada o tym, co widzi na podsuwanych jej przez terapeutę plamach; to gest na kształt łączenia kolorów głębokości morza na mapach i ujawniania ich nowych konturów przez marynarzy – gest, który odchodzi od myślenia o obrazie czy mapie wyłącznie jako odwzorowaniu tego, jak jest, ale otwiera możliwość tworzenia – w obrazie czy mapie – tego, jak jest.

Klasowa świadomość, która ujawniła panujące zasady jako zasady panujące w pewnej klasie, a nie naturalne, pozwala otworzyć się na ich zmianę; nagle okazuje się, że dyskryminacja osób chorych psychicznie, o innej orientacji seksualnej czy kobiet (jak w sytuacji aborcji w „Przypadku Alicji”), a także zwierząt pozaludzkich (scen przemocy wobec nich jest w obu książkach całkiem sporo) nie jest działaniem zgodnym z naturą, z jakimś wielkim żywiołem, na przykład wodą, lecz z bardzo opresyjnym systemem, budowanym przez mapy na wzór tej Sadowskiego – i można je zmienić. Choćby i przemocą, zemstą – sprzeciwem. A to już zwykle nieszczególnie płynne.

 

NAJWAŻNIEJSZE

Płynność otrzymuje swoje dopełnienie – pozwala nie tylko płynąć w absolutnie dowolnie wybranym przez siebie kierunku, a najlepiej i we wszystkich kierunkach jednocześnie, ale i ujawnia wpływ: więc fakt, że płynie się skądś; to „skądś” nie jest już dowolne i do wyboru, lecz bardzo konkretne, często bez wyboru. Nieograniczony kierunek fetyszyzował neoliberalizm, z postmodernizmem, relatywizmem i postprawdą w bagażu, kierunek podejmowany z miejsca, w którym się stoi i z którego można podejmować autonomiczne decyzje, te zaś np. u mężczyzn i u kobiet, u osób z chorobami psychicznymi i u tych bez czy u ludzi i innych zwierząt (np. karpia) w istniejących warunkach nie są równie „wolne” – to już myślenie polityczne.

W efekcie obydwu autorkom bliski jest postulat zaangażowania literatury, o czym opowiadają w rozmowie z Kubą Wojtaszczykiem. Podróż do czasów dzieciństwa nie stanowi u pisarek ucieczki, eskapizmu do krainy bez zmartwień i dorosłych problemów, lecz przepracowanie indywidualnego, więc i społeczno-kulturowego gruntu, z którego wychodzą i który naświetla przestrzeń dojścia. Bez transformacyjnego szału neoliberalnych mrzonek ciężko byłoby pewnie zrozumieć postprawdę czy obecny zwrot w polityce. Właściwie byłoby to niemożliwe. Okazuje się zatem, że tylko z uwzględnieniem tego kontekstu można realnie działać i dokonywać zmian: inaczej rozbijamy się o fałszywe mity i pozory wolności, na kształt wolności karpia pływającego w wannie.

Co jest najważniejsze? Coś jest, to dla autorek nie ulega wątpliwości: to tu dokonują wyborów i to w nich jest przestrzeń ich wolności.

 

MAJA STAŚKO

 

Spotkanie z Dominiką Słowik i Aleksandrą Zielińską. 14.12., g. 18, Centrum Kultury ZAMEK, Scena Nowa. Prowadzenie: Maja Staśko

DOMINIKA SŁOWIK (ur. 1988) – autorka powieści „Atlas: Doppelganger” (Znak 2015), nominowanej do Nagrody Literackiej Gdynia. Laureatka Stypendium Twórczego Miasta Krakowa i stypendium Praga UNESCO. Obecnie pracuje nad drugą książką.

ALEKSANDRA ZIELIŃSKA (ur. 1989) – autorka powieści: „Przypadek Alicji” (W.A.B. 2014), nominowanej da Nagrody Conrada za debiut oraz „Bura i szał” (W.A.B. 2016). Jej proza była tłumaczona na niemiecki, ukraiński i czeski. Laureatka Stypendium Twórczego Miasta Krakowa.

MAJA STAŚKO – krytyczka literacka, doktorantka interdyscyplinarnych studiów w Instytucie Filologii Polskiej UAM. Współpracuje m.in. z „Ha!artem”, „Wakatem”, „Przerzutnią” i „EleWatorem”. Zajmuje się najnowszą poezją.

 

Poznań Poetów: Czy poezja może zmienić świat? >>

Poznań Poetów. Joanna Mueller. Intima thule – małe-wielkie światy >>

Poznań Poetów. Głowa w burzowych chmurach. Kamila Janiak >>