Bio-Polska, albo przedwiośnie nowoczesności. „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego

1 czerwca 2020

Fot. M. Kaczyński ©CK ZAMEK

W powieści Żeromskiego znaleźć można zarys państwa, które potrafiłoby zaanektować i przekroczyć groźną opozycję między ideą sprawiedliwości a ideą suwerenności. Jest to państwo biopolityczne – pisze Przemysław Czapliński, który proponuje nowe odczytanie „Przedwiośnia”.

Najczęściej „Przedwiośnie”[1] omawia się jako opowieść o młodym człowieku, który zbuntował się przeciw niesprawiedliwemu państwu i razem z komunistami ruszył na Belweder.

Być może Żeromski chciał w ten sposób otworzyć czytelnikom oczy na dramatyzm sytuacji, w której istnieją już tylko dwie ideologie – państwowa i komunistyczna. Dla pierwszej wartością najwyższą jest niepodległe państwo, dla drugiej – sprawiedliwość społeczna. Pierwsza, oczywista w czasie zaborów i wojny, po odzyskaniu niepodległości zaczęła funkcjonować jako alibi dla niepodejmowania reform społecznych, czyli dla pomijania nędzy wśród proletariatu miejskiego i ludności wiejskiej. Druga zyskiwała na znaczeniu jako wyrazista koncepcja walki o poprawę losu wyzyskiwanych. Alternatywa „reformizm albo komunizm” oznaczała, że każdy wybór będzie zły: albo nędza w niepodległej Polsce, albo sprawiedliwość bez Polski.

Nie kwestionując zasadności takiej interpretacji ani wynikających z niej pytań, zaproponuję inną drogę. Jej punktem wyjścia jest hipoteza, która mówi: w powieści Żeromskiego znaleźć można zarys państwa, które potrafiłoby zaanektować i przekroczyć groźną opozycję między ideą sprawiedliwości a ideą suwerenności. Jest to państwo biopolityczne.

 

1.

Cechą charakterystyczną państwa nowoczesnego jest troska o produktywność i militarną sprawność mas. Uwzględnienie obu tych czynników powoduje, że państwo nowoczesne przechodzi od zarządzania narodem bądź klasami do zarządzania populacją. Żeromski nie dopowiedział konsekwencji tej przemiany, ale zarysował w powieści kontur takiego państwa.

Rozwój polityki nastawionej na „bios” wymaga, jak pisze Michel Foucault, rozwinięcia „z jednej strony długiej serii specyficznych aparatów rządzenia, z drugiej zaś – typów wiedzy”[2]. Państwo biopolityczne czyni postępy w technikach sprawowania władzy nad żywotnością, produktywnością, rozrodczością, higieną i zdrowiem oraz chorobami i niesprawnością ciała, a sprzężona z tym rozwojem nauka – biologia, medycyna, socjologia, dietetyka, eugenika czy edukacja – wskazuje obszary i zjawiska wymagające działań, dostarcza rozwiązań i uzasadnień. Wszystkie te zagadnienia animowały europejską myśl polityczną początku XX wieku.

Narodziny biopolityki[3] jako pojęcia i propozycji strategicznej należy wiązać nie z Michelem Foucaultem. Uważa się, że jako pierwszy terminu tego użył Johan Rudolf Kjellén (1864-1922) – szwedzki politolog i polityk, będący również twórcą określenia „geopolityka”. Trudno uznać za przypadek fakt, że zarys obu polityk Kjellén stworzył w tym samym czasie, gdy Żeromski pisał swoje powieści – między I wojną światową i wyłonieniem się nowych strategii państwa. W 1917 roku Kjellén opublikował książkę Der Staat als Lebensform, później zaś, w artykułach i odczytach z lat 20. XX wieku, rozwijał swoją koncepcję biopolityczną. Jej podstawą było traktowanie państwa jako formy życia – bytu quasi-organicznego i „ponadindywidualnego”, potrzebującego przestrzeni, funkcjonującego dzięki korelacji poszczególnych swoich części. Zgodnie z tym Kjellén badał wojnę domową z perspektywy biologicznej, a inicjowaną przez siebie dyscyplinę wiedzy nazwał „biopolityką”[4].

Żeromski nie znał dzieł Kjelléna. Być może jednak wojna i wydarzenia powojenne rysowały kontury nowej rzeczywistości, którą różni ludzie w podobny sposób interpretowali. Za sprawą I wojny światowej i rewolucji odsłoniły się bowiem perspektywy biopolityczne: państwo nowoczesne dostrzegło populację jako właściwy przedmiot polityki i tym samym stanęło przed koniecznością wypracowania nowych form zarządzania. Biopolityka nie jest zainteresowana podmiotem. Jednostka, jej światopogląd, tożsamość kulturowa i religijna, podobnie jak konfliktowe idee grup społecznych są przez biowładzę wymijane. Kluczowe pojęcie nowego typu władzy to „zdrowie”, a poszukiwanie wskaźników pozwalających badać populację pod tym kątem sprawia, że metajęzykiem wszystkich nauk społecznych staje się statystyka demograficzna. Długość życia, potrzeby i choroby poszczególnych etapów rozwojowych, umieralność i poziom rozrodczości, wydajność ciał i ich odporność – oto dane, które gromadzi się w archiwach i przekłada na konkretne praktyki zaradcze. Wraz ze zmianą perspektywy państwo nie poszukuje maksymalnej wydajności wymiennych ciał, stara się natomiast wymusić na kapitalizmie i sferze militarnej optymalizację wykorzystania, regularność zastosowań oraz bezpieczeństwo.

Pozwolę sobie zaznaczyć: Żeromski nie wymyślił spójnej bio-Polski. Mimo to można w jego powieści dostrzec nową poetykę przedstawiania zbiorowości, sygnalizującą zarys nowej polityki. Aby to ukazać, skupię się na reprezentacjach bohatera zbiorowego w „Przedwiośniu”.

 

2.

Zacznijmy od sceny, w której Cezary Baryka przekracza granicę Polski:

 

Mijał ohydne budynki, stawiane, jak to mówią, psim swędem, z najtańszego materiału, kryte papą, którą wiatr poobdzierał […]. Pourywane rynny, dziurawe dachy, spleśniałe ściany kryła już ta nieśmiertelna artystka, wiosenka nadchodząca […]. Usiłowała osłonić nikłymi kolorami to wstrętne widowisko, które na jej tle pełnym wieczyście nieśmiertelnego piękna ludzie rozpostarli: miasteczko polsko-żydowskie. Cezary patrzył posępnymi oczami na grząskie uliczki, pełne niezgruntowanego bajora, na domy rozmaitej wysokości, formy, maści i stopnia zapaprania zewnętrznego, na chlewy i kałuże, na zabudowania i spalone rumowiska. Wrócił na rynek, obstawiony żydowskimi kramami o drzwiach i oknach zabryzganych błotem przed miesiącami, a i przedtem nie myte od kwartałów [P 115-116].

 

W scenie tej następuje konfrontacja wizji stworzonej przez ojca z naocznością doświadczaną przez syna. Ojciec zapowiedział spotkanie z pięknem, syn czuje dreszcz obrzydzenia. W wizji ojca Polska była pastelowa, ładna, jakby z IKEI wzięta, Cezary widzi ohydę, nędzę i prowizorkę. Pod naporem bezpośredniości pęka jednak nie tylko estetyka. Ojciec wierzył, podobnie jak XIX-wieczni utopiści, że jeden wynalazek potrafi wytworzyć harmonijną strukturę społeczną. Myślał o społeczeństwie przez pryzmat Archimedesowego punktu: uchwycenie owego punktu otwiera możliwość dokonania radykalnego skoku do królestwa materialnego dobrobytu i równości społecznej. Kto wejdzie w posiadanie odpowiedniego wynalazku i znajdzie moce potrzebne do masowej produkcji, ten przeprowadzi społeczeństwo do nowego etapu i uzyska środek pozwalający na eliminację wszelkich problemów życia zbiorowego. Ojciec wierzył przy tym w możliwość stworzenia ładu architektonicznego wymuszającego ład stosunków międzyludzkich. Syn – po szybkim odkryciu szklanej mistyfikacji – uznał, że należy zacząć od relacji międzyludzkich, by dojść do ładu całościowego. Ojciec postrzegał społeczeństwo jako wielość rodzin, które należy rozmieścić w dobrze zaprojektowanej przestrzeni, syn próbuje wymyślić ojczyznę poprzez segregację wszystkich ciał.

Dlatego bohater, systematycznie „uczony” przez autora nowego patrzenia, nie koncentruje się ani na jednostkach, ani na rodzinach, lecz na ciałach masowych – tłumach, grupach, klasach społecznych. Obserwuje ich stan i szuka odpowiedzi na pytanie, od czego zależą masowe działania.

W czasie rewolucji Cezary jest „bywalcem zgromadzeń ludowych” [P 32] i rozemocjonowanym obserwatorem egzekucji: „W tłumie, podnieconym, wzburzonym, rozjuszonym natłoku ludzi, pędził nieraz do więzień, gdy wywłóczono z lochów różnych białogwardzistów, reakcyjnych generałów, wsławionych okrucieństwami, i gdy ich mordowano” [P 34]. Po powrocie do domu, gdy opowiada matce „szczegółowo, co tam było i jak się odbywało”, ma „oczy rozszerzone, nozdrza rozedrgane”, jest „zziajany, wzruszony, uśmiechnięty diabelskim półuśmiechem” [P 34]. Dopiero jesienią 1918 roku, gdy „w ciągu czterech dni Tatarzy wzięli odwet, mordując siedemdziesiąt kilka tysięcy Ormian, Rosjan i wszelkich innych, jacy się na placu znaleźli” [P 56], zapał w Cezarym gaśnie: trafia na sam koniec procesu produkcji życia i śmierci – „zapędzony wraz z innymi przybłędami, którzy się od śmierci wykpić zdołali, do zakopywania licznych zwłok w ziemi” [P 57].

Za pośrednictwem Baryki – rówieśnika XX wieku, dojrzewającego w rytmie rewolucyjnych wydarzeń i okrucieństw, witanych przez bohatera ze szczególną ekstazą – czytelnik styka się z dwoma podstawowymi typami uczestnictwa masy w historii: reprodukcyjnym i niszczycielskim. Masa, którą widzimy w Baku, to nieforemny, bezbrzeżny quasi-podmiot potrafiący obalić władzę bądź zniszczyć struktury państwa, działający jednak pod wpływem niezrozumiałych impulsów. Jest siłą destrukcyjną, a w najlepszym razie – obstrukcyjną, obezwładniającą instytucje prawa. Kiedy jednak zbiorowość powraca do pracy, nie potrafi wykształcić nowych struktur, reprodukując dawne stosunki zależności. Okrutny karnawał spełniający się w ekstatycznym trwonieniu życia cudzego i własnego to jeszcze nie biopolityka. Ale w zbiorowych gwałtach i rzeziach dostrzec należy kluczowe wyzwanie dla przyszłych władz – wyzwanie do optymalizacji zarządzania masową siłą rozrodczą i uśmiercającą.

 

3.

Problem nabiera wyrazistości w czasie wojny polsko-rosyjskiej. Mobilizacja po stronie polskiej przebiega jeszcze pod znakiem ekstazy. Cezary – ze zdumieniem, pobłażaniem, potem z rosnącym podnieceniem – stwierdza: „Szli wszyscy, wszyscy, wszyscy. Jak na bal, jak na zamiejską wycieczkę. Jeszcze nie widział w swym życiu takiego zjawiska, jak ten entuzjazm Polaków” [P 121]. Bohater odnotowuje zatem pospolite ruszenie z charakterystycznym dlań masowym bałaganem. Również walki nie przedstawiają pod tym względem niczego nowego – pełno w nich przypadkowości, chaosu i nieskoordynowanych grupowych przemieszczeń. Dopiero widok kolumny jeńców wywołuje u Baryki swoiste przebudzenie: „Była to olbrzymia, wprost niezmierna bolszewicka kolumna […] szóstkami idąca w jarzmo po radzymińskiej szosie” [P 123]. Wrażenie, jakie na Cezarym robi kolumna jeńców, wynika stąd, że widzi on uporządkowaną zbiorowość – karne szeregi prowadzone przez „małych i niedorosłych żołnierzy polskich” [P 123]. Zabrzmi to paradoksalnie, ale wojna z Rosją i skuteczna obrona niepodległości okazały się mniej istotne dla bohatera niż pierwsze spotkanie z nowym uformowaniem zbiorowości. To już nie rewolucyjny tłum szalejący na ulicach Baku ani karnawałowy korowód ochotników bezładnie idących na wojnę, lecz zwarte szeregi. Karność żołnierzy jest jednak okupiona bezwolnością, co świadczyłoby, że można mieć tylko jedno z dwojga – energię mas bądź ich uporządkowanie. Energia jest niebezpieczna, bo może obrócić się przeciw państwu, uporządkowanie zaś jest osiągane za cenę stłumienia energii. Od tej chwili poszukiwania Baryki, modelowane przez autora, będą dotyczyć możliwości połączenia obu tych aspektów. Stąd bohater analizuje właściwości masy – jej żywotność, przydatność i stopień zorganizowania.

Kilka miesięcy po zakończeniu wojny, podczas pobytu w Chłodku, bohater, w ramach „nauki” nowego patrzenia, dostrzega inne zjawisko – komorników, czyli wiejską biedotę:

 

byli to chłopi i ich rodziny nie posiadający wcale roli, a zamieszkujący „kątem” u gospodarzy małorolnych […]. Życie komorników było nędzne nad wyraz. […] W czasie wojen rozmnożyli się, narośli i wypełnili wioski i wioszczyny. Wojny nie wygubiły ich, lecz właśnie rozpleniły – nic im nie przydając. Wielu z nich skrwawiło się, pokryło ranami i zdobyło kalectwo w walce o wolność narodu polskiego, a ojczyzna, w nowe państwo przekształcona, nie zdołała jeszcze nic dla nich uczynić […]. Był tego po wsiach […] tłum, mnogość, powszechność [P 276].

 

W opisie tym grupa społeczna zamienia się w byt biologiczny, w „pleniący się” twór owadopodobny, w czyste mięso, pokryte ranami i krwawiące. Metafory ukryte w czasownikach – ujmujące ludzi jako niezróżnicowaną masę biologiczną – nawiązują do poetyki naturalizmu i wykraczają poza jej ramy, jako że ciało komorników zostało odniesione do „ojczyzny”. „Tłum, mnogość, powszechność” nie odsyłają zatem do gry instynktów, lecz do państwa, które powinno coś „dla nich [tzn. komorników] uczynić”. Skoro ciała nie wygubiły się, lecz „rozpleniły”, to przed państwem wyłania się obowiązek kontrolowania przyrostu; rany i krwawienia owego ciała implikują zadania z zakresu masowej opieki medycznej; kalectwo nasuwa myśl o działaniach „naprawczych”, „tłumność” zjawiska otwiera zaś problem niewykorzystywanych zbiorowych zdolności produkcyjnych.

Spojrzenie Baryki zostaje tu podwojone: nadal obserwuje on świat jako rewolucjonista, który chciałby oskarżyć państwo o nędzę chłopów, a chłopów o rewolucyjną bierność. Równocześnie patrzy oczyma polityka stającego przed problemem degradacji ciał, które można „odzyskać”. Cezary rozpoznaje zatem obowiązki państwa tam, gdzie ciało masowe budzi wstręt. Zadaje wówczas pytanie, czy „obrzydliwość” skrywa w sobie jakiś pożytek dla przyszłości.

Nie znajduje owego pożytku w ciałach starych kobiet. Dlatego opis starszych pań napotkanych podczas balu jest tak bezwzględny – mizoginiczny i okrutny. Ich ciała są kłamliwe i egoistyczne: oszukują sztucznym powabem, a ewentualną rozkosz zabiorą dla siebie. Kiedy opadają pudry, kiedy znikają „fabrykaty piersi” [P 221] i ulatnia się woń perfum, wówczas do zmysłów dociera prawda – nadmiar „jakichś smrodliwych i rozkudłanych” „starych pań” [P 281]. Estetycznie odrażające ciała starych kobiet ani nie dadzą rozkoszy, ani nie urodzą dzieci – są to więc ciała niezwrotne, niedające się wpleść w relacje wzajemności i wymiany. Jeśli wcześniej zaobserwowane szeregi jeńców wojennych nasunęły myśl o konieczności uporządkowania masy cielesnej, widok biedoty wiejskiej nakazał zaś dołączyć do tego ideę naprawiania ciał, to teraz ujawnia się przed nami osobne kryterium dla kobiet. Wejdą one do przyszłej ojczyzny, jeśli ich uroda będzie szczerą zapowiedzią rozkoszy i/ lub potomstwa. Stare kobiety muszą pozostać na uboczu[5].

Można jednak uznać, że stare kobiety zostały zaatakowane zastępczo – jako reprezentacja klasy ziemiańskiej. Jeśli uznamy, że to nie „ciotki” są bezpłodne, lecz mieszkańcy Nawłoci, wówczas ziemiaństwo w ujęciu pisarza okaże się klasą społeczną posiadającą wysoki status i pozbawioną siły rozrodczej. Ziemiaństwo to bio-klasa, która nie jest już zoe-klasą[6]. Żeromski charakteryzuje ją od strony potencji biologicznej jako klasę zdegenerowaną: z tych ciał nie urodzi się nowe życie, a z trudu rąk nie powstanie nic pożytecznego.

Gdyby na podstawie opisu nawłociańskiej społeczności formułować diagnozę, to mówiłaby ona, że ziemiaństwo – klasa „stara”, bezpłodna i bezproduktywna - powinno całkowicie przeorganizować swój model życia. Jeśli tego nie uczyni, zestarzeje się i zniknie z areny dziejowej.

Ostrzejsze wykluczenie dotyczy części społeczności żydowskiej. W dzielnicy żydowskiej Baryka widzi, jak po ulicach włóczą się „typy […] w łachmanach tak wyświechtanych, iż składały się jakby z zeskorupiałej pozłoty tłuszczu” [P 296]. Na jednym z podwórek – „którego bezprzykładnego nieładu, brudu, wstrętnej bezmyślności rzeczy naprędce rzuconych nic nie zdoła wysłowić” [P 297] – widać Żydów, którzy „biegali, krzyczeli, roili się i o coś wodzili za łby” [P 297]; gdy na podwórku pojawił się towar, „wypełzło, wynurzyło się jakby spod ziemi mnóstwo Żydów i Żydówek, przeważnie starych, koślawych, powykrzywianych, zrudziałych, obrośniętych kłakami” [P 297-298]. Wzrok napotyka zatem odrażający świat, w którym żyją ludzie upodobnieni do insektów i szczurów. Zwątpiwszy w istnienie skrytej pod wstrętną powierzchnią wewnętrznej wartości, którą można by wykorzystać jako podstawę zmiany, Baryka odwraca spojrzenie i stawia pytanie o zewnętrzny czynnik zmian: „Jakaż reforma społeczna mogłaby ich podnieść na wyższy stopień społeczny? Co można by dla tych ludzi zrobić, ażeby ich zrównać z innymi ludźmi w prawach, w posiadaniu dóbr tego świata, w pracy, obyczajach, sposobie życia?” [P 298]. Odpowiedź, której sobie udziela, zakłada częściowe wykluczenie: Żydzi, którzy pracują, mają „zewnętrzny wyraz inny, normalny, ludzki”, natomiast „nadmiar nędzarzy-łachmaniarzy, który zużywał ruchliwość przyrodzoną rasy żydowskiej na oszukiwanie się wzajemne”, to „karykatura ludzkiej postaci”, to zbiorowisko „ruchliwych i gadatliwych próżniaków” [P 298]. Podobnie jak w przypadku ziemiaństwa Cezary odkrywa grupę, która „oszukuje”: stare kobiety nakładały na siebie pozór życia (zdolności do dawania rozkoszy bądź do urodzenia dzieci), Żydzi ruchliwością pozorują produktywność. Obie grupy nie mają energii wewnętrznej, czyli siły wegetatywnej. Pomoc ze strony państwa – podniesienie na wyższy poziom, czyli uznanie statusu politycznego – należy się tylko pracowitej części społeczności żydowskiej, natomiast oszukańczy nadmiar nędzarzy karykaturujący człowieczeństwo należy zostawić samemu sobie. Bohater nie wierzy w samoczynny skutek reform: konieczne jest sprzężenie zwrotne działań naprawczych z wewnętrzną energią tkwiącą w ludziach. Żydzi mający w sobie ową energię mogą zostać włączeni do przyszłego społeczeństwa. Inni muszą radzić sobie sami.

Żeromski przydzielił więc Cezaremu rolę eksperymentatora, który po rezygnacji z wymyślania społeczeństwa pięknego kieruje swoją troskę ku zbiorowości żywotnej. Męska i kobieca produktywność, przyjęte przez Barykę jako kryteria w przymiarkach do nowego społeczeństwa, przygotowują nas na ostateczną rozmowę z komunistami. Warto podkreślić, że bohater nie prowadzi tej polemiki na gruncie ideologii, lecz właśnie na gruncie biopolityki. Usłyszawszy z ust Lulka lament nad złym stanem klasy robotniczej – stanem, który komuniści traktują jako część oskarżenia państwa burżuazyjnego – Cezary odpowiada:

 

Jeżeli tutejsza klasa robotnicza przeżarta jest nędzą i chorobami, jeśli ta klasa jest w stanie zwyrodnienia czy na drodze do zwyrodnienia, jeżeli ta klasa pozbawiona jest kultury, to jakimże sposobem i prawem ta właśnie klasa może rwać się do roli odrodzicielki tutejszego społeczeństwa? […] Klasa przeżarta nędzą i chorobami może być tylko obiektem czyjejś akcji odrodzeńczej, lecz w żadnym razie nie czynnikiem odradzającym. Chory dotknięty klęską braku kultury nie może przecie ani sam siebie, ani nikogo innego skutecznie leczyć. Tego chorego musi leczyć ktoś świadomy – lekarz [P 328].

 

Wszystko to – od rzezi w Baku, przez doświadczenie uporządkowania jeńców, ogląd zbiorowego ciała chłopów bezrolnych, wykluczenie bezpłodnej klasy ziemiańskiej i bezproduktywnych Żydów, aż po biopolityczne ujęcie klasy robotniczej – wyznacza ścieżkę dojrzewania Baryki. Jego zaangażowanie (czyli marsz na Belweder) nie jest równoznaczne z opowiedzeniem się po stronie idei komunistycznej, oznacza zaś próbę obsadzenia państwa w roli biozarządcy – specjalisty od stanu zdrowia ciała zbiorowego i menadżera zawiadującego dynamiką cielesnych skupień. Bohater przyznaje sobie prawo do występowania w roli swoistego eksperta, ponieważ skompletował doświadczenia związane z różnymi manifestacjami masy. Wie, wobec kogo warto zastosować terapię, nie zajmuje się tymi, którzy na troskę nie zasługują.

Doświadczenia Baryki wprowadzają nas zatem w nowe myślenie o państwie. Relacja między społeczeństwem i państwem jest tu ujmowana przez pryzmat masy, problemy postępu jawią się zaś jako kwestie zarządzania zdrowiem i pożytkiem. Wiele w tej edukacji niespójności i niekonsekwencji – Baryka na przemian jest bardziej i mniej radykalny od pisarza – ale tendencja wydaje się wyrazista: państwo powinno zmierzać ku rozwiązaniom biopolitycznym.

Jednakże z punktu widzenia biowładzy namiętne pytanie Baryki o ideę dla Polski okazuje się zbędne. Albo nie aż tak istotne. Musimy więc założyć, że Żeromski nakazał je wykrzyczeć bohaterowi po to, by wprowadzić jeszcze jeden aspekt żywotności masy. Gra toczy się o to, by populacja była w równej mierze przedmiotem zabiegów państwa, co podmiotem działań własnych.

 

4.

Wszystkie doświadczenia Baryki potwierdzały rozłączność dwóch podstawowych przedmiotów zainteresowania państwa: można mieć albo posłuszeństwo mas, osiągane za cenę stłumienia energii, albo dynamikę mas potrzebną do rozwoju państwa, ale łatwo wymykającą się spod kontroli i zagrażającą porządkowi powszechnemu.

Wydaje się, że specyfikę idei, którą Żeromski przypisał Baryce, określa – niezbyt spójne, lecz może z racji niespójności inspirujące – połączenie obu tych wyobrażeń. Przybiera ono postać samoorganizującego się tłumu – zdolnego do wspólnych działań. Znacząca pod tym względem okazuje się manifestacja uliczna kończąca powieść:

 

Ludzie […] ściągnęli z niskiego Powiśla i z dalekiej Woli. Przemknęli się pojedynczo wszystkimi ulicami, a tutaj dopiero, u wylotu Alei Ujazdowskich, spiknęli się i z radością natrafili na swoich. […] Manifestacja wyszła nagle z placu i ruszyła na Belweder. W pierwszym szeregu znacznego tłumu szli ująwszy się pod ręce ideowi przedstawiciele, między innymi Lulek i Baryka [P 356].

 

Manifestacja została więc przedstawiona jako działanie przechodzące od bezładu i osobności do porządku i masowości, od rozproszenia do zjednoczenia. Przekształcanie się jednostek w tłum i tłumu w oddział to właśnie przejaw pożądanej aktywności – uporządkowanej rewolty. W ten sposób Żeromski uniknął powtórzenia obrazu zdziczałych mas rozlewających się po ulicach miasta w morderczym amoku; zamiast tego postawił naprzeciw siebie zwarty tłum robotników oraz policję, która reprezentuje państwo. Scena wieńczy gorączkowe dojrzewanie Baryki, który przez cały okres pobytu w Polsce wahał się między ideą rewolucji a racją państwowego reformizmu. Polemizując ze swoimi mentorami, postępował tak, aby żadnemu z nich nie przyznać racji; argumenty Gajowca zbijał oskarżeniami, które zaczerpnął od komunistów, a do komunistów przemawiał racjami zasłyszanymi u Gajowca. Żeromski skazał swojego bohatera na lawirowanie, aby połączyć wiarę Baryki w potencję rewolucyjną mas z własnymi intuicjami biopolitycznymi.

Nie jest to dopracowana fabuła ani nawet powieściowo uargumentowana racja. To raczej mieszanka oczekiwań i rozczarowań pisarza, połączenie diagnozy koniecznych zmian i niewiary w to, że państwo wprowadzi je w życie drogą proceduralną. Żeromski intuicyjnie zarysował koncepcję mas, które ze względu na swoją wartość produktywną i zdolność do samoorganizacji mogą stanowić rzeczywisty podmiot dziejowy, i zarazem podpowiedział rządzącym bioklasową analizę społeczeństwa. Z tej perspektywy spór ideowy prowadzony przez Barykę był dramatycznie aktualny w odniesieniu do lat 20. XX wieku, a zarazem już wtedy anachroniczny. Bohater domaga się państwa, które dbałoby o klasę robotniczą w imię sprawiedliwości, Żeromski chciałby państwa, które czynić to będzie w imię zdrowia populacji. Jeśli, czytając „Przedwiośnie”, damy się wciągnąć w debatę między reformizmem a rewolucjonizmem, zabrniemy w pułapkę: żaden z reprezentantów dwóch głównych idei nie jest pozbawiony racji, żaden z nich nie ma racji ostatecznej. Wyjście proponowane przez Żeromskiego polega na wskazaniu bio-masy jako rzeczywistego przedmiotu troski nowoczesnego państwa. Jest to rozwiązanie kompromisowe wobec żądań proletariackich, a zarazem dyskryminujące wobec grup nieprzydatnych (czyli nieodwracalnie wstrętnych). Akcentowanie odrażającej powłoki poszczególnych klas okazuje się więc funkcjonalne: Polska może stać się państwem bez wstrętu nie wtedy, gdy zostanie zabudowana szklanymi domami, lecz wtedy, gdy spod ohydy wyłoni się żywotność.

Nakierowując spojrzenie czytelnika na ciało masowe oraz na obowiązki państwa względem takiego ciała, Żeromski udzielał odpowiedzi na gniewne pytanie Baryki. Odpowiedź ta mówi, że ideą „w świecie nowoczesnym” jest państwo, które powinno uwzględnić w swoich reformach przede wszystkim masowe ciała pożyteczne, samoorganizowalne i dysponujące energią. Państwo, które skoncentruje się na zapewnieniu bezpieczeństwa takiej populacji, osiągnie pułap nowoczesności. Kosztem modernizacji będzie jednak wykluczenie ciał nienaprawialnie wstrętnych.

Nie „szklane domy” zatem, lecz zoptymalizowane ciało zbiorowe – oto przedwiośnie nowoczesności, które wyczytać można z powieści Żeromskiego.

 

PRZEMYSŁAW CZAPLIŃSKI

 

Tekst pochodzi z wydanego w 2017 roku ekokrytycznego przewodnika lekturowego „Literatura i jej natury”.
Całość książki w wolnym dostępie: Przemysław Czapliński, Joanna B. Bednarek, Dawid Gostyński, „Literatura i jej natury. Przewodnik ekokrytyczny dla nauczycieli i uczniów szkół średnich” Wydawnictwo Rys, Poznań 2017 [epub].

 

[1] Wszystkie cytaty wg wydania: Stefan Żeromski, Przedwiośnie, przyp. i posł. Henryk Markiewicz, Czytelnik, Warszawa 1976. Lokalizacja przytoczeń bezpośrednio w tekście – po skrócie P.

[2] Michel Foucault, Rządomyślność, w: Filozofia, historia, polityka, tłum. Damian Leszczyński, PWN, Warszawa 2000, s. 184.

[3] Zob. hasło →BIOPOLITYKA w Słowniku.

[4] Thomas Lemke, Biopolityka, tłum. Tomasz Dominiak, Wydawnictwo Sic!, Warszawa 2010, s. 17.

[5] Wiąże się to z wątkiem matki, wymagającym osobnego omówienia.

[6] Zob. hasło →BIOS/ZOE w Słowniku.

 

PRZEMYSŁAW CZAPLIŃSKI – historyk literatury XX i XXI wieku, eseista, tłumacz, krytyk literacki; współtwórca Zakładu Antropologii Literatury (UAM); członek-korespondent Polskiej Akademii Nauk. Współtwórca Centrum Humanistyki Otwartej. Ostatnio opublikował: „Resztki nowoczesności” (2011), „Poruszona mapa” (2016), „Literatura i jej natury. Przewodnik ekokrytyczny dla nauczycieli i uczniów szkół średnich” (współautorzy: Joanna B. Bednarek, Dawid Gostyński, 2017). Redaktor i współredaktor tomów zbiorowych – ostatnio: „Nowa humanistyka: zajmowanie pozycji, negocjowanie autonomii” (2017), „Moc truchleje. Wielogłos o polskim katolicyzmie” (2018), „Prognozowanie teraźniejszości” (2018), „O jeden las za daleko. Demokracja, kapitalizm i nieposłuszeństwo ekologiczne w Polsce” (2019), „Tożsamość po pogromie” (2019). Kurator wielu cyklów dyskusyjnych. Laureat nagród: im. Ludwika Frydego, Fundacji im. Kościelskich, im. Kazimierza Wyki, im. Jana Długosza.

 

zobacz także: Obywatel, człowiek, wyjątek. „Antygona” Sofoklesa
zobacz także: W gruncie rzeki. „Jądro ciemności” Josepha Conrada
zobacz także: Oran – miasto zamknięte. „Dżuma” Alberta Camusa
zobacz także: Zwierzę, czyli oskarżenie. „Tarsjusz” Wisławy Szymborskiej  
zobacz także: Mroczna fanaberia. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk

Mroczna fanaberia. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk >>

O teraźniejszości wymykającej się z rąk >>

Poznań zły: „Ubiezpieczyciel” >>