Mroczna fanaberia. „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk

3 lipca 2020

Fot. M. Kaczyński ©CK ZAMEK

Co może zrobić ten, kto chciałby zmienić relacje między człowiekiem i zwierzęciem? Olga Tokarczuk zaczęła od jednego słowa – pisze Przemysław Czapliński.

 

kto rozwikła zwierzę

ten rozwikła przemoc

Szczepan Kopyt, archeology, w tomie buch

 

Czas akcji: początek XXI wieku. Miejsce: osada zwana Lufcugiem, gdzieś w Kotlinie Kłodzkiej, blisko Kudowy i czeskiego miasteczka Nahod. Życie toczy się tu niespiesznie: osada pustoszeje zimą, a ożywa latem, gdy właściciele letnich domków przyjeżdżają na wypoczynek.

Pewnego zimowego dnia lokalną społeczność alarmuje wieść o zabójstwie... Rusza śledztwo, ale zanim dowiemy się, kto i z jakich powodów zabił pierwszą ofiarę, pojawią się kolejne cztery. „Prowadź swój pług…”[1] nie jest jednak powieścią kryminalną; jest pastiszem, a więc naśladowaniem wzorca literackiego dla osiągnięcia celu nie mieszczącego się w konwencji. Autorka wykorzystała „kryminał” do rozegrania śledztwa w sprawie ważniejszej od przestępstwa. Nie chodzi o zabijanie, lecz o prawo do zabijania.

Problem uświadamia nam główna bohaterka i narratorka Janina Duszejko – emerytowana pani inżynier, która osiadła w Lufcugu; w lokalnej szkole uczy dzieci języka angielskiego, a dorabia doglądając zimą letniskowych domków. Gdy rusza akcja, dowiadujemy się, że jakiś czas temu straciła dwa ukochane psy. Prywatne śledztwo pozwala jej nie tylko odkryć zabójcę psów, lecz także zorientować się w uniwersalnej sytuacji zwierząt. Duszejko uświadamia sobie mianowicie, że zwierzęta w świecie ludzkim są „dysponowalne”: pozostają – niczym urządzenie – do dyspozycji człowieka, który może je hodować, przerabiać na mięso i futra bądź na nie polować.

Uświadomiwszy sobie ową „dysponowalność” Duszejko rozpoczyna gwałtowną interwencję. Udaje się do wszystkich instancji, które mogłyby coś zmienić. I za każdym razem ponosi klęskę. Najpierw zwraca się do myśliwych z gniewnym okrzykiem: „Nie wolno wam strzelać do żywych Istot!” [PP 80], co można rozumieć jako powołanie się na oczywisty – funkcjonujący w moralności codziennej – zakaz zabijania. Myśliwi jednak odwołują się do kodeksu i odpowiadają: „Niech się pani nie denerwuje. Jesteśmy w prawie” [PP 81]. Bohaterka zwraca się więc o pomoc do policji, ale oficer wyjaśnia jej: „my jesteśmy policją od ludzi” [PP 39]. Wreszcie przeprowadza krótką rozmowę z księdzem, który w imieniu kościoła katolickiego mówi: „Nie wolno traktować zwierząt, jak ludzi. To grzech, to ludzka pycha […]. Bóg dał miejsce zwierzętom niżej, w służbie człowieka. […] Zwierzęta nie mają duszy, nie są nieśmiertelne. Nie będą zbawione” [PP 274].

A zatem cały porządek świata ludzkiego w Lufcugu – potoczna obyczajowość, prawo i metafizyczne uzasadnienie ładu ziemskiego – opierają się na oddzieleniu „ludzi” od „nie-ludzi”[2]. Dzięki owej różnicy – urastającej do rangi absolutu – ludzie wiedzą, co powinni i czego nie muszą szanować, czego strzeże i nie strzeże prawo, wreszcie, co zbliża do boga (bycie nie-zwierzęciem) i co od niego oddala (bycie zwierzęciem).

W prostej powiastce – powtórzmy: powiastce będącej pastiszem popularnych konwencji powieści detektywistycznej i sensacyjnej splecionych z poetyką horroru – pojawia się zatem fundamentalna kwestia: co odróżnia ludzi od nie-ludzi. Odpowiedź najprostsza brzmi: nie-ludzi wolno zabijać. A zatem nie dusza czy rozum stanowią o człowieczeństwie, lecz władza dysponowania nie-ludzkim życiem.

Jak powstaje ta władza? Jej źródłem jest podział na życie obdarzone wartością, czyli to, którego nie wolno bezkarnie odebrać, oraz życie pozbawione wartości, czyli takie, którym można dysponować. Włoski filozof Giorgio Agamben w pracy „Homo sacer. Suwerenna władza i nagie życie”[3] określił te dwie formy życia jako bios i dzoe, i wykazał, że od starożytności do dnia dzisiejszego wyznaczanie różnicy między życiem chronionym przez prawo (bios) i życiem nagim (dzoe) określa władzę suwerenną[4]. Suwerenny władca to więc nie ten, kto może bezkarnie zabijać, kto dla kaprysu posyła setki czy tysiące na śmierć, lecz ten, kto mocą swej władzy wyznacza linię oddzielającą tych, którzy są obdarzeni pełnią praw, od tych, których życiem prawo pozwala dysponować.

Ktoś mógłby stwierdzić, że granica oddzielająca życie wartościowe od pozbawionego wartości to po prostu granica między człowiekiem i zwierzęciem. Gdyby tak jednak było, nie istniałoby niewolnictwo, które – w postaci akceptowanej i wykorzystywanej również przez kościół rzymsko-katolicki – opierało się na nadawaniu statusu nagiego życia dziesiątkom milionów ludzi; nie byłby również możliwy polski feudalizmu, który jeszcze do XIX wieku oddawał życie chłopa do dyspozycji pana (z zabiciem włącznie – bez ponoszenia konsekwencji); nie byłoby nazistowskich obozów koncentracyjnych ani sowieckich obozów pracy, czyli zinstytucjonalizowanych form redukowania człowieka do życia wegetatywnego. Granica bios-dzoe nie oddziela więc rozumnych ludzi od nierozumnych zwierząt albo obdarzonych duszą od duszy pozbawionych. Natura czy bóg mają tu do powiedzenia tyle, na ile suwerenna władza udzieli im głosu. Granica okazuje się pochodną – historycznie zmiennych – praw, które zawsze i wszędzie są nadawane, nigdy zaś naturalne. Ruchomości granicy dowodzi zaś nie tylko ustawiczne redukowanie ogromnych mas niewolniczych do nagiego życia, lecz także współczesne przesunięcie zwierząt domowych na stronę „życia obdarzonego wartością” (domowych zwierząt pod groźbą kary nie wolno głodzić, torturować, zabijać, wolno natomiast uczynić je podmiotami prawnymi, zapisując im na przykład majątek w testamencie).

Wyprawa Janiny Duszejko nie jest zatem prostą interwencją w pojedynczej sprawie, lecz wyjawieniem zakrytej podstawy prawa i działaniem na rzecz jego zahamowania. W tym celu bohaterka dokonuje zamiany pojęciowej: zamiast mówić „ludzie i zwierzęta”, używa wspólnego rzeczownika „istoty”. Ta prosta operacja wymusza zmianę w definiowaniu życia. Kiedy bowiem obejmiemy wspólną nazwą zwierzęta i ludzi, wówczas zabicie zwierzęcia stanie się przestępstwem równym zabiciu człowieka. Właśnie to odsłoniła Janina Duszejko, dokonując seryjnych morderstw.

W klasycznej powieści kryminalnej wykrycie sprawcy kończy śledztwo, bo pozwala orzec o winie. Olga Tokarczuk kieruje nas jednak ku pytaniu głębszemu: „Na jakiej podstawie orzekamy winę?”.

Gdyby odbył się proces, Janina Duszejko zostałaby skazana w imię prawa, które mówi: nie wolno zabijać człowieka, ponieważ życie człowieka jest wartością niewymierną. Ale śledztwo protagonistki odsłoniło zakrytą treść prawa, które mówi: życie człowieka jest wartością, ponieważ nie jest on zwierzęciem, a nie jest zwierzęciem, ponieważ chroni go prawo, które czyni go czymś od zwierzęcia różnym. Prawo nie opiera się więc na niczym poza samym sobą. Dopóki ono obowiązuje, dopóty bohaterka jest winna. Ona sama działała jednak w imię alternatywnego, jeszcze nie istniejącego prawa, które opiera się na wspólnej nazwie „istoty”. W świetle tej nominacji zabicie istoty (zwierzęcej) powinno być takim samym przestępstwem, jak zabicie istoty (ludzkiej). Bohaterka przeciwstawia więc prawu negatywnemu – człowiek to istota nie-zwierzęca – prawo zmieszane: człowiek to istota nie dająca się oddzielić od zwierzęcia.

Naszkicowana powyżej interpretacja powieści Tokarczuk pokazuje, że zastąpienie „człowieka” „istotą” wywołałoby zmianę całego porządku ludzkiego: obyczajowego, prawnego i metafizycznego. O tym, że łatwo przeoczyć tę wywrotowość, świadczy głos recenzenta, który napisał: „Ostatecznie idzie […] o to, czy wypada jeść mięso, czy nie. […] z całego ogromnego pakietu problemów i kontrowersji wynikających z działalności Kościoła katolickiego w Polsce Olga Tokarczuk wybrała kwestię, o której wolno chyba pomyśleć, że w hierarchii bolączek czy punktów zapalnych jest bardzo nisko ulokowana i ma charakter – rzekłbym – peryferyjno-fanaberyjny”[5].

Recenzent chciał zbagatelizować sprawę. Tymczasem – wbrew własnej intencji – odsłonił wielki antropologiczny skandal. Wiemy już bowiem, że definicja człowieka ma charakter negatywny – że człowiek jest ustanawiany jako „nie-zwierzę” i dopiero w tej postaci otrzymuje prawa obywatelskie. A skoro wartość życia ludzkiego pochodzi od prawa, to kwestią peryferyjno-fanaberyjną jest nie tyle jedzenie bądź niejedzenie mięsa, lecz bycie człowiekiem. Jest to „fanaberia” historycznie zmienna, ustanawiana przez prawo i strzeżona przez władzę. Ale i my mamy w niej udział: wzmacniamy ją praktykami życia codziennego i podziałami, które wprowadzamy do rzeczywistości przy użyciu języka.

Co może zrobić ten, kto chciałby zmienić relacje między człowiekiem i zwierzęciem? Olga Tokarczuk zaczęła od jednego słowa.

PRZEMYSŁAW CZAPLIŃSKI

 

 

Tekst pochodzi z wydanego w 2017 roku ekokrytycznego przewodnika lekturowego „Literatura i jej natury”.
Całość książki w wolnym dostępie: Przemysław Czapliński, Joanna B. Bednarek, Dawid Gostyński, „Literatura i jej natury. Przewodnik ekokrytyczny dla nauczycieli i uczniów szkół średnich” Wydawnictwo Rys, Poznań 2017 [epub].

 

[1] Wszystkie cytaty wg wydania: Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009. Lokalizacja przytoczeń bezpośrednio w tekście – po skrócie PP.

[2] Jeśli wcześniejsza twórczość Olgi Tokarczuk – zwłaszcza za sprawą powieści Prawiek i inne czasy (1995) oraz narracyjnej sylwy Dom dzienny, dom nocny (1998) – była kojarzona z nurtem małych ojczyzn, to powieść Prowadź swój pług… należałoby uznać za demitologizację owego nurtu. Pług… przedstawia nie tyle „małą ojczyznę”, co „martwą ojczyznę”; sygnalizuje to już tytuł będący przytoczeniem mądrości piekielnych z poematu Blake’a Zaślubiny nieba i piekła (1793). Lufcug to właśnie Blake’owska Ziemia Ulro, pustynia porządkowana przez instrumentalny rozum; zamieszkuje ową ziemię społeczność, która nie zna sprawiedliwości, nie wytworzyła mocnych więzi międzyludzkich i nie odczuwa metafizycznego zadomowienia w świecie.

[3] Giorgio Agamben, Homo sacer. Suwerenna władza i nagie życie, tłum. Mateusz Salwa, Prószyński i S-ka, Warszawa 2008.

[4] Zob. hasła →BIOPOLITYKA oraz →BIOS/ZOE w Słowniku.

[5] Dariusz Nowacki, [rec. powieści Prowadź swój pług przez kości umarłych], „Gazeta Wyborcza” z 24 XI 2009. Korzystam z przedruku recenzji w książce: D. Nowacki, Kto im dał skrzydła. Uwagi o prozie, dramacie i krytyce (2001-2010), Wyd. Śląsk, Katowice 2011, s. 114.

 

PRZEMYSŁAW CZAPLIŃSKI – historyk literatury XX i XXI wieku, eseista, tłumacz, krytyk literacki; współtwórca Zakładu Antropologii Literatury (UAM); członek-korespondent Polskiej Akademii Nauk. Współtwórca Centrum Humanistyki Otwartej. Ostatnio opublikował„Resztki nowoczesności” (2011), „Poruszona mapa” (2016), „Literatura i jej natury. Przewodnik ekokrytyczny dla nauczycieli i uczniów szkół średnich” (współautorzy: Joanna B. Bednarek, Dawid Gostyński, 2017). Redaktor i współredaktor tomów zbiorowych – ostatnio: „Nowa humanistyka: zajmowanie pozycji, negocjowanie autonomii” (2017), „Moc truchleje. Wielogłos o polskim katolicyzmie” (2018), „Prognozowanie teraźniejszości” (2018), „O jeden las za daleko. Demokracja, kapitalizm i nieposłuszeństwo ekologiczne w Polsce” (2019), „Tożsamość po pogromie” (2019). Kurator wielu cyklów dyskusyjnych. Laureat nagród: im. Ludwika Frydego, Fundacji im. Kościelskich, im. Kazimierza Wyki, im. Jana Długosza.

 

zobacz także: Obywatel, człowiek, wyjątek. „Antygona” Sofoklesa
zobacz także: W gruncie rzeki. „Jądro ciemności” Josepha Conrada
zobacz także: Bio-Polska, albo przedwiośnie nowoczesności. „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego
zobacz także: Oran – miasto zamknięte. „Dżuma” Alberta Camusa
zobacz także: Zwierzę, czyli oskarżenie. „Tarsjusz” Wisławy Szymborskiej  

To wróci. Miasto w czasie pandemii >>

Bio-Polska, albo przedwiośnie nowoczesności. „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego >>

Marcin Jaworski: Książek nie należy się bać >>