Daj głos niemym ofiarom ekobójstwa. O książce „Delfiny i Belzebub” Wojciecha Tochmana

18 maja 2026

„Skończone. Nic mi się nie śni. I nikt” – tymi słowami Wojciech Tochman zamykał swoje najważniejsze reportaże o Rwandzie czy Bośni. Jednak historia o realiach wojny w Ukrainie nie pozwala na taką kropkę. „Delfiny i Belzebub” to pierwsza książka w dorobku reportera, która „wcale się nie kończy”, bo jej bohaterowie – ludzie i zwierzęta – wciąż są pod ostrzałem, a ich cierpienie trwa każdego dnia.

Gdyby na mapie Ukrainy zaznaczyć czerwonymi punktami wszystkie miejsca, gdzie w wyniku trwającej wojny zginęło zwierzę, żaden skrawek terenu nie pozostałby niezamalowany. W miejscu, gdzie ludzkie życie przestało mieć wartość, troska o zwierzęta domowe, gospodarskie czy dzikie staje się ostatnim bastionem przyzwoitości. Nie jest to laurkowa opowieść o heroicznych ratownikach. Książka Tochmana to kronika głodu, brudu i trudnych wyborów, w której pomoc jednej istocie często oznacza pozostawienie innej na śmierć.

Tochman wykracza poza ramy klasycznego reportażu wojennego, proponując nam optykę posthumanistyczną. W jego narracji cierpienie nie zna ograniczeń gatunkowych, tutaj skowyt psa i milczenie martwego delfina mają tę samą wagę, co ludzki płacz. To literatura, która domaga się nowej etyki współczucia, takiej, która podkreśli fakt, że ludzie i ekosystem to nierozłączna jedność.

„Delfiny i Belzebub” to wielowarstwowe studium cierpienia, empatii i pamięci, które można analizować na wielu poziomach. Tochman przesuwa punkt ciężkości z antropocentrycznego postrzegania konfliktu zbrojnego na istoty pozaludzkie. Pokazuje, że los człowieka i zwierząt na wojnie jest nierozerwalny. Śmierć starszego mężczyzny w nieogrzewanym mieszkaniu jest bezpośrednio spleciona z tragicznym losem jego psa. Widzimy zwierzęta padające na atak serca od wybuchów bomb, zagłodzone, przerażone.

 

Studium powolnej przemocy, która trwa jeszcze długo po eksplozji bomby

Kolejne karty reportażu zabierają nas do Narodowego Parku Przyrodniczego Tuzłowskie Limany. Poznajemy tutaj biologa Iwana Rusewa, który skutki wojny wprost nazywa „ekobójstwem”. W momencie powstawania tekstu Tochmana szacowano, że wojna pochłonęła już co najmniej 85 tysięcy delfinów, co stanowi jedną piątą całej ich populacji. Sonary okrętów wojennych „oślepiają” je akustycznie, niszcząc im mózgi i uniemożliwiając polowanie. W tym samym parku, przez ostrzały i wojskowe radary, flamingi porzuciły czterysta gniazd, zostawiając swoje jaja na pożarcie bardziej drapieżnym od siebie zwierzętom. Natomiast miliony ptaków migrujących z Afryki straciły przystanki w zbombardowanej krainie stepów.

W dzisiejszych czasach wojna, pomimo uzbrojenia w najnowszą technologię, w swej brutalnej istocie pozostaje niezmienna. Każde zdanie napisane przez Tochmana w jego nowym reportażu to studium powolnej przemocy, która trwa jeszcze długo po eksplozji bomby. Kiedy wysadzane są tamy, do wody uwalnia się toksyczny koktajl pestycydów i metali ciężkich, zatruwając organizmy tam żyjące. Przez zablokowane kanały, których dziś nikt nie odważy się oczyścić, bezpowrotnie zniknęło już pięć tysięcy hektarów unikalnych mokradeł.

„Delfiny i Belzebub” to reportaż pisany „na żywo”, niemal w biegu między kolejnymi transportami karmy a alarmami przeciwlotniczymi. To książka-podziękowanie dla tych, którzy niosą pomoc, jak i książka-prośba o wsparcie dla ocalałych zwierzęcych ofiar wojny. Tochman, choć sam mówi, że „powinien dokumentować dalej, a z pisaniem poczekać”, stworzył reportaż, który jest potrzebny już teraz. Brudny od błota, głośny od psiego skowytu i syren, ale paradoksalnie dający nadzieję. Dopóki ktoś czule przeprasza swojego czworonożnego przyjaciela, wkładając go do ewakuacyjnej klatki, dopóty jest szansa, że „Belzebub” – symbol niszczycielskiej siły – nie wygrał całkowicie. Tytułowy „Belzebub” jednak nie jest tu tylko biblijną metaforą zła czy okrucieństwa. Dla autora to imię o wiele bardziej osobiste, symbolizujące trudne, życiowe wybory i ciężar winy, który nosimy w sobie przez lata.

To nie jest książka, którą się „tylko” czyta

Po lekturze reportażu Wojciecha Tochmana nie można oprzeć się wrażeniu, że to najbardziej osobista książka tego autora. Reporter zdejmuje maskę chłodnego obserwatora i pokazuje, że pod kamizelką z napisem PRESS bije serce człowieka, który też popełnia błędy. „Delfiny i Belzebub” to nie jest książka, którą się „tylko” czyta. To reportaż, który w akcie lektury spełnia swoje gatunkowe założenia i prowadzi do afektywnego współodczuwania każdej historii. Tochman udowadnia, że reportażysta na linii frontu nie jest już tylko przekaźnikiem informacji, a depozytariuszem pamięci o tych istotach, o których za kilka pokoleń już nikt by nie pamiętał.

 

DARIA MAGDALENA MARZEC

 Autorka jest studentką studiów magisterskich kierunku sztuka pisania na Wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Naukowo zajmuje się badaniem postpamięci kobiecej traumy wojennej w literaturze. Laureatka głównej nagrody w pierwszym slamie prozatorsko-choreograficznym w Polskim Teatrze Tańca w Poznaniu. Zawodowo zarządza pracą kantyny Teatru Wielkiego im. Moniuszki. Aktywistycznie związana ze Stowarzyszeniem Les Pegazy. A prywatnie przygotowuje się do debiutu prozatorskiego.

 

Wit Szostak w „Suchych strugach” tańczy w parze ze wspomnieniami >>

Postępująca niewidzialność w świetle reflektorów. O niezdmuchiwaniu świeczek na „Urodzinach” Weroniki Murek >>

O śmiechu śmiertelnie poważnie. „Kasperl i Margit” Macieja Płazy >>