„[…] znak meduzy oznacza kobiecy gniew za poniesione krzywdy”. O „Złodziejce matek” Magdaleny Genow

17 maja 2026

Jestem już matką, czy nadal tamtą bezradną córką? Moja prawdziwa twarz jest czysta, czy zaczyna się od makijażu? Jak uratować ciało i duszę?

„Złodziejka matek” Magdaleny Genow to historia o byciu kobietą, córką i matką z próbą niezatracenia własnego imienia wraz z panieńskim nazwiskiem. Mała Emma przenosi nas na poznańskie rewiry wczesnych lat dwutysięcznych. Genow mapuje topografię miasta, a obrazy komponuje za pomocą zapachu, smaku i koloru, dzięki czemu staje się głosem konkretnej generacji. Przypomina o kwaśnej gumie shock, niemieckiej chemii na targowiskach, segregatorach z karteczkami, „Smerfach” w telewizji czy „Królowej Śniegu” na dobranoc. Szczegół osadza w przestrzeni i czasie. Cała powieść jest fizjologiczna i sensualna, dotyka kobiecych ciał w różnym wieku, porusza kwestie pierwszego okresu, seksu, porodu czy mycia cudzej pochwy. Opowiada dojrzewającą dziewczyńskość oraz dojrzałą kobiecość.

Mała Emma ekspresowo i bez zatrzymania dorasta w domu kobiet, wychowują ją samotna, chora psychicznie ezo-matka oraz babcia-rozwódka. Powieść przedstawia realia czasów, w których ojcowie są nieobecni, bo odeszli, pogrążyli się w nałogach bądź siedzą w więzieniach. Z nieszczęśliwego dzieciństwa naznaczonego biedą, przemocą psychiczną i fizyczną rodzi się postanowienie, aby być inną matką i żoną. Powieść rozprawia się z lękiem przed powtórzeniem błędów rodziców. To poszukiwanie recepty na bycie idealnym rodzicem z poradników, rozmowy z rówieśnicami oraz wystrzeganie się popadnięcia w klisze Matki-Polki czy pięćset-plusów. Narracja nasycona jest jednak niepokojem i niepewnością. Podstawowym pytaniem nie jest tylko to, jak być odpowiedzialnym rodzicem, ale czy w ogóle odpowiedzialnie jest nim zostać. Genow nie pozwala na ucieczkę z rzeczywistości. Pisze, że najlepsze książki to nie te, które pozwalają na eskapizm, lecz te, które zwielokrotniają nasz świat. Autorka osadza nas w nim pandemią, czarnymi protestami, wojną w Ukrainie oraz kryzysem klimatycznym, czyli kwestiami, które zdefiniują przyszłość (lub jej brak) dzieci naszego pokolenia. Dorosłą Emmę trawi poczucie winy o wszystko, co prowadzi do samobiczowania się. Wyniosła to z kościoła, który zaszczepił w jej młodym umyśle chorobliwy lęk przed grzechem.

W poruszaniu wrażliwych kwestii Genow pomaga styl. Poetycki język wyczerpuje się czasem w obliczu trudnej rzeczywistości, która wymaga kurwienia i pierdolenia. Piękne krajobrazy, metafory oraz oniryzm w stosownych momentach wymienia na reporterskie obrazy. Nie jest to powieść „krzykliwa”, tylko z ogłuszającym przekazem, który nie wszystkim się spodoba.

Stanowcze zakończenie cyklu przemocy prowadzi do przerwania połączenia międzypokoleniowego, międzykobiecego, jak i z samą sobą. W uszach buczy brak sygnału w telefonie. Młoda dziewczyna traci więź z własnym ciałem, które staje się obiektem, przede wszystkim wstydu i opracowuje strategie ucieczki z niego. Jedyną nadzieją na powrót na Ziemię jest relacja z naturą. Woda jest medium kontaktu, który łączy wszystkie żywe organizmy i nie daje się zerwać. Choć wywołuje respekt powodujący strach, to jednocześnie jest źródłem nadziei i punktem wyjścia do pragnienia o ponownym spotkaniu z rodziną, przyjaciółką, samą sobą z teraz i przeszłości czy nawet z mężem, który wydaje się kodować w obcym języku technologii. Bohaterka wikłając się w kolejne relacje staje się sobą, bo tylko dzięki innym możemy się stawać i trwać, nawet w najtrudniejszych czasach.

„Złodziejka matek” wpisuje się w szereg polskich powieści o trudnym macierzyństwie takich jak „Dzidzia” Sylwii Chutnik czy „Bezmatek” Miry Marcinów, pokazujących różne jego oblicza. Jeszcze raz porusza temat wielokrotnie powracający w pisarstwie kobiet, lecz nadal niewyczerpany. Brzmią u niej nieśmiertelne głosy feministek i aktywistek, które rozumiały moc opowieści i nadal nas inspirują. Genow własną historię otwiera mottem: „Wiem, że gromadzicie się tysiącami, by wspólnie rodzić i wciąż powracacie do miejsc, które odwiedzały wasze matki, gdy nosiły was w łonie. Czasami osiadacie na mieliźnie, ale udaje wam się przetrwać do następnego przypływu. […] Wszystkie wody są w kontakcie, wszędzie” (Alexis Pauline Gumbs, „Niezatapialne. Czarny feminizm i ssaki morskie”). Następną historię proponuję otworzyć cytatem ze „Złodziejki matek”. Znajdziecie ich w niej pełno.

TERESA KARWACKA

 Autorka recenzji jest po filologii polskiej, obecnie studiuje sztukę pisania, na nowo uczy się swojego języka i czytania. Swój mały debiut poetycki miała w gazetce festiwalowej Poznania Poezji. Feministka, która interesuje się archiwami kobiet i ich pisarstwem. Ze starym psem poszukuje inspiracji na spacerach

 

O śmiechu śmiertelnie poważnie. „Kasperl i Margit” Macieja Płazy >>

Daj głos niemym ofiarom ekobójstwa. O książce „Delfiny i Belzebub” Wojciecha Tochmana >>

Widzenie oraz niewidzenie wojny. „Być gościem w katastrofie” Tomasza Szerszenia >>