Widzenie oraz niewidzenie wojny. „Być gościem w katastrofie” Tomasza Szerszenia

19 maja 2026

Słowem, które na długo pozostało ze mną po lekturze, jest „uważność” – uświadomienie sobie, że w każdej nie-decyzji zawierają się faktyczne wybory, które kształtują nasze widzenie świata.

Temat wojny nigdy nie jest łatwy. Kto decyduje o wyborze faktów, perspektyw, balansowaniu ładunkiem emocjonalnym? Kto może zabrać głos? „Być gościem w katastrofie” nie jest esejem skupionym wyłącznie na wojnie w Ukrainie. Tomasz Szerszeń w swojej książce nie wybiera jednego toku rozumowania, lecz zachęca do jego ciągłego podważania, do zadawania pytań. Słowem, które na długo pozostało ze mną po lekturze, jest „uważność” – uświadomienie sobie, że w każdej nie-decyzji zawierają się faktyczne wybory, które kształtują nasze widzenie świata.

Autor „Być gościem w katastrofie” eksploruje wiele tematów, głosów i form sztuk, takich jak performans czy fotografia, jednak soczewką skupiającą tę wielowątkowość pozostaje wojna w Ukrainie, z wyraźnym podkreśleniem, że walka o dekolonizację nie rozpoczęła się 24 lutego 2022 roku. Decydując się na alinearną, fragmentaryczną formę, pozbawioną jednej dominującej kompozycji, Tomasz Szerszeń pokazuje historię jako proces wciąż trwający, którego nie da się zamknąć w uporządkowanym, uniwersalnym spisie. Autor nie skupia się na wydarzeniach z jednej linii czasowej: sięga do historii z różnych części świata, przywołując choćby przykład kolonizacji czasu poprzez ustanowienie przez Europejczyków rok 1492 odkryciem Ameryki, czy zestawiając cel działań Katarzyny II i Putina: „kolonizacja kultury, imperialna polityka i eksploatacja ziemi i ludzi”. Jednak czy taka uniwersalizacja jest pożądana? Co z pojedynczymi tragediami? Czy każda kolejna wojna unieważnia poprzednią?

Problematyka widzenia oraz niewidzenia i wynikających z nich konsekwencji jest fundamentem książki „Być gościem w katastrofie”. Tomasz Szerszeń nie przemawia w imieniu Ukraińców ani nie próbuje definiować ich historii. Autor sytuuje się w pozycji świadka. Zadaje także pytanie, jaka jest rola Polaków w tym konflikcie oraz jakie są możliwości na jej zmianę w przyszłości. Szerszeń określa wojnę w Ukrainie jako dotychczas „najlepiej widzialną, zwizualizowaną”. Zazwyczaj potrzebujemy obrazu, by uwierzyć, jednak obraz jest wyborem – przez nieuwidocznienie, które zawsze się dokona, decydujemy o nieistnieniu.

Motyw wizualności jest realizowany wielowymiarowo. W jednym z fragmentów zostajemy skonfrontowani ze spisem wydarzeń poprzedzonych zdaniem: „Polacy patrzą na wojnę”. Data i wydarzenie, data i wydarzenie, data i wydarzenie. Przy niektórych pojawiają mi się w głowie obrazy, które widziałam podczas tych dni, takie jak egzekucja dokonana na ukraińskim żołnierzu krzyczącym „sława Ukrainie!”. Tomasz Szerszeń podejmuje się tematu, który jest jak najbardziej aktualny, tematu naszego stopniowego tracenia zainteresowania wojną. Nie formułuje jednak prostych ocen ani normatywnych wskazań, a zamiast tego wchodzi w dialog z czytelnikiem, pokazując mechanizm zobojętnienia wynikającego z nadmiaru obrazów i ich (smutnej) powtarzalności.

Oprócz odniesień do myślicieli, takich jak Susan Sontag i jej „Widoku cudzego cierpienia”, autor analizuje także sztukę jako przestrzeń reagowania na wojnę. Przywołuje twórczość artystów (często ukraińskich), obejmującą malarstwo, fotografię czy teatr. Każda z tych form staje się kolejnym aktem widzenia, który przekształca się w świadectwo istnienia. Szczególne znaczenie zyskuje tu fotografia. Kadrowanie zostaje przedstawione jako akt polityczny, a obrazy funkcjonujące w mediach współtworzą sposób pożądanego postrzegania rzeczywistości. Jednak ich powszechność budzi również podejrzliwość.

Szczególnie doceniam uczynienie tego, co zazwyczaj jest niewidzialne, choć na chwilę widzialnym. Tomasz Szerszeń rezygnuje z antropocentrycznej perspektywy i pokazuje, że przyroda oraz zwierzęta również są aktywnymi ofiarami wojny. Nie zapomina też o druzgocącym wpływie konfliktów zbrojnych na pogłębianie się katastrofy klimatycznej. Z niewidzialności wyciąga również gwałt jako broń służącą do uniemożliwienia dalszego życia czy odsłania perspektywę queeru.

„Być gościem w katastrofie” nie jest linearną opowieścią, a esejem, który trudno jednoznacznie zaklasyfikować. Skupia on w sobie wiele ważnych pojęć, takich jak dekolonizacja, historia, obecność, widzialność, odpowiedzialność. Główną wartość, jaką uzyskałam po tej lekturze, to świadomość o nieświadomości. Celowo wykorzystywanej, której przeciwwagą jest uważność i nieustanne zadawanie pytań.

ZOFIA BOGACZ

O śmiechu śmiertelnie poważnie. „Kasperl i Margit” Macieja Płazy >>

Daj głos niemym ofiarom ekobójstwa. O książce „Delfiny i Belzebub” Wojciecha Tochmana >>

Ta proza nie pozwala się zdystansować – zmusza do bliskości. O „Arabeskach” Serhija Żadana >>