Apetyt rośnie. O „Lunecie z rybiej głowy” Patryka Zalaszewskiego

19 maja 2026

I te ryby. Są wszędzie – w języku, przestrzeni, w ciałach bohaterów i ich gestach, w sposobie patrzenia i myślenia. Ich zapach i faktura zdają się przenikać strony książki. Są źródłem i centrum życia, a jednocześnie ciężarem i klątwą.

Debiutancki zbiór opowiadań Patryka Zalaszewskiego to historie o mieszkańcach rybackiej wsi widziane oczami młodego chłopca. Bezimienny narrator opowiada o rzeczach, które przez lata uważnie obserwował, sam pozostając niezauważony. Dopiero zaczyna poznawać życie i próbuje je zrozumieć. Bohaterami jego opowieści są członkowie rodziny, sąsiedzi, znajomi.

Dojrzały język, jakim posługuje się chłopiec, sprawia, że opisywane historie brzmią, jakby zostały już przez niego przeżyte i w nim uporządkowane. A jednak wspomnienia wciąż pozostają żywe i narrator przychodzi do czytelnika „z opowieściami, które próbują wydostać się z jego głowy”.

Przedstawione historie są głęboko osadzone w przestrzeni, która nie jest tylko tłem, ale także ważnym bohaterem. Miejsce żyje, oddycha, pochłania ludzi, a ich losy są z nim nierozerwalnie związane. Czytając „Lunetę z rybiej głowy”, odnosi się wrażenie, że to słowa powołują postaci do życia i nimi sterują, natomiast gdy opowieści się kończą, bohaterowie wracają do przestrzeni, zlewają się z nią. Nawet gdy istnieją, wydają się pozbawieni kontroli nad sobą, oddzieleni od własnych ciał.

To właśnie sposób, w jaki Zalaszewski posługuje się językiem, zachwyca najbardziej. Jego proza ociera się o poezję, momentami wręcz się nią staje. Autor uważnie przygląda się światu, a swoje obserwacje ubiera w metafory. Buduje gęste obrazy, angażując wszystkie zmysły. W jego opowieściach czuć zapach, ciężar, wilgoć.

Lektura zbioru sprawia wrażenie płynięcia przez opowieść, ale nie jest to nieuważne przepływanie. Tekst nie pozwala na nieuwagę, a zabawa formą budzi czujność. Słowa leżą na stronach jak rybie głowy na stole, które trzeba zauważyć, pozbierać. Narracja ma pozbawiony monotonii wyraźny rytm, prowadzący czytelnika przez opowieść. Zdarzają się momenty, które uderzają mocniej, zatrzymują, by wybrzmieć, a dopiero później ruszyć dalej. Znowu płynąć, nabierać tempa i znów się zatrzymać. Ten ruch, naprzemienne zwalnianie i przyspieszanie, przypomina kołysanie morskich fal.

I te ryby. Są wszędzie – w języku, przestrzeni, w ciałach bohaterów i ich gestach, w sposobie patrzenia i myślenia. Ich zapach i faktura zdają się przenikać strony książki. Są źródłem i centrum życia, a jednocześnie ciężarem i klątwą. W opowieściach młodego narratora wyraźnie wybrzmiewa sprzeciw wobec świata, którego rytm wyznaczają ryby i morze. Nie chce do niego przynależeć.

„Luneta z rybiej głowy” to zbiór dla osób wrażliwych na słowo i obraz. Formą i treścią zaspokaja on pragnienie języka. Zaskakuje świeżym podejściem do prozy, w której narracja przenika się z poetyckością, a brzmienie opowieści staje się równie ważne co ona sama.

Debiut Zalaszewskiego zostawia czytelnika z uczuciem głodu. Nie dlatego, że czegoś tu brakuje. Jest tak dobry, że trudno pożegnać się z miejscem, do którego nas zaprosił. Z każdą stroną rośnie apetyt na więcej – więcej języka, więcej obrazów. Chce się dalej w tym świecie grzebać, dalej płynąć. A gdy docieramy do końca, zostają nam dwa wyjścia: powrócić do opowieści i wysłuchać ich na nowo, albo z mrowieniem w palcach czekać na kolejną książkę autora, która ten głód zaspokoi.

JULIA SZYDŁOWSKA

Autorka jest absolwentką studiów pisarskich na Uniwersytecie Szczecińskim. Obecnie studiuje sztukę pisania na UAM w Poznaniu. Interesuje ją to co ulotne, cielesne i ukryte w codzienności. Szczególnie bliskie są jej krótkie formy. Członkini nowopowstałego kolektywu pisarek – Sztuczki.

 

O śmiechu śmiertelnie poważnie. „Kasperl i Margit” Macieja Płazy >>

Daj głos niemym ofiarom ekobójstwa. O książce „Delfiny i Belzebub” Wojciecha Tochmana >>

Widzenie oraz niewidzenie wojny. „Być gościem w katastrofie” Tomasza Szerszenia >>